Reklama

Reklama

"Medycy na granicy" po pierwszej interwencji. "Nie był to łatwy widok"

- Nikt nie jest przygotowany na coś takiego - mówi Interii lekarz Jakub Sieczko, koordynator inicjatywy "Medycy na granicy". W czwartkową noc dyżurująca tuż przed strefą stanu wyjątkowego ekipa podjęła swoją pierwszą interwencję. Udzielono pomocy kilkunastoosobowej grupie, w której znajdowały się dzieci. Osoby te przebywały w pobliskich lasach od około 15 dni.

"Medycy na granicy" to grupa ponad czterdziestu lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych, którzy chcą udzielać pomocy medycznej obcokrajowcom na granicy polsko-białoruskiej. Nie otrzymali zgody władz na wjazd do strefy stanu wyjątkowego. W oczekiwaniu na tę zgodę docierały do nich informacje przekazywane przez organizacje pomocowe o rosnącej liczbie osób wymagających na miejscu pomocy medycznej. Dlatego ruszyli na granicę.

Pełnią całodobowe dyżury w trzyosobowych zespołach. Swoją karetkę ustawili w czwartek na południowy wschód od Białegostoku, niedaleko strefy stanu wyjątkowego. I tego dnia rozpoczęli pierwszy dyżur.

Reklama

Kilkanaście osób, w tym dzieci

Jak poinformowali "Medycy na granicy", już w trakcie pierwszego dyżuru zadzwoniła do nich członkini jednej z organizacji pomocowych działających na pograniczu polsko-białoruskim. "Poinformowała o grupie przebywających w lesie kilkunastu osób, w której znajdują się kilkuletnie dzieci. Niektórzy członkowie grupy mogli wymagać pomocy medycznej" - czytamy w komunikacie medyków. Osoby te przebywały w podlaskich lasach od piętnastu dni.

Mikołaj Łaski, Anna Borkowska, Jakub Borkowski - zespół pełniący wówczas dyżur - dotarł do poszkodowanych. Znajdowali się oni poza rejonem strefy stanu wyjątkowego.

"Naszej oceny wymagały cztery osoby. Trójka z nich były to dzieci w wieku 2, 4, 14 lat. Po badaniu dr Borkowska stwierdziła, że najmłodsza dwójka na szczęście nie wymaga pomocy medycznej. Wymagał jej 14-latek, który otrzymał od nas leki" - informują medycy.

"Podobnie postąpiliśmy w przypadku dwudziestokilkuletniego mężczyzny, który cierpiał z powodu zaostrzenia choroby przewlekłej, na którą zapadł jeszcze w kraju swojego pochodzenia. Otrzymał od nas leczenie doraźne w formie domięśniowej, przynoszące ulgę w zgłaszanych przez chorego dolegliwościach. Otrzymał on też zalecenia co do dalszego postępowania (lekarka stwierdziła działania uboczne jednego z przyjmowanych na stałe przez chorego leków i zaleciła jego odstawienie)" - relacjonują.

ZOBACZ: Nowa choroba odkleszczowa w Japonii

Żaden z pacjentów nie wymagał pilnej hospitalizacji. Otrzymali żywność i napoje, a dalszą opiekę nad nimi przejęła organizacja pomocowa.

"Nie był to łatwy widok"

"Medycy na granicy" informują też, że ich ambulans został zatrzymany do kontroli przez patrol składający się z żandarma wojskowego i policjanta. - Nie utrudniano nam pracy - zapewniają.

Cała interwencja medyczna trwała do 7 rano.

- Sytuacja, w której spotyka się w lesie, w październiku, grupę kilkunastu osób, żyjących w nim ponad dwa tygodnie, jest trudna. Nie był to łatwy widok. Zobaczyliśmy na własne oczy to, o czym informują media. Ludzie żyją w podlaskich lasach przez wiele dni, są głodni, odwodnieni. Jest im zimno. I są to również dzieci. Nikt nie jest przygotowany na zderzenie się z czymś takim - mówi w rozmowie z Interią lekarz Jakub Sieczko, koordynator inicjatywy.



Przyznaje, że sama interwencja medyczna nie była trudna. Nie zagrażała życiu tych osób, jednak w związku z tym zwykła karetka systemu mogłaby do nich nie dojechać. - Ponadto wiemy, jaka jest sytuacja w systemie ratownictwa medycznego - ratownicy protestują, rąk do pracy jest coraz mniej - zauważa.

- To, co wydarzyło się ostatniej nocy, jest najlepszym dowodem na to, że jesteśmy tam potrzebni. Pomagamy osobom, które nie mają odpowiedniej opieki medycznej, dostępu do leków. Dodatkowo warunki, w których przebywają powodują, że nabywają kolejnych chorób. Reakcja medyków w takich sytuacjach jest konieczna - podkreśla Jakub Sieczko.

Wjazd do strefy stanu wyjątkowego

Medycy chcą zostać przy granicy co najmniej do 15 listopada. Walczą o to, by mogli zostać wpuszczeni do strefy stanu wyjątkowego.

Pod koniec września poprosili o taką możliwość wysyłając pismo do MSWiA. Podkreślali, że nie zajmują stanowiska wobec aspektów politycznych wydarzeń na granicy polsko-białoruskiej, ale jako reprezentanci zawodów medycznych czują się w obowiązku nieść niezbędną pomoc ludziom, którzy - ich zdaniem - jej nie otrzymują.

MSWiA zgody nie udzieliło. Medycy zwrócili się również z apelem do prymasa Wojciecha Polaka.

- Niezmiennie deklarujemy gotowość do rozmów z MSWiA - podsumowuje Jakub Sieczko.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama