Reklama

Reklama

Koronawirus. Lekarze alarmują: Testujemy za mało. "Pacjenci nauczyli się kombinować"

Nie wszyscy pacjenci, mając objawy COVID-19, wykonują test na obecność koronawirusa. Część z nich, słysząc o takiej konieczności, dyskutuje z lekarzem, broni się, a nawet rozłącza się podczas teleporady. Inni, mimo objawów, po prostu do lekarza się nie zgłaszają. - Już nauczyli się, jak zakombinować, żeby tego testu nie wykonywać i by nie być na kwarantannie. To dotyczy coraz większej grupy osób - mówi Interii Tomasz Zieliński, wiceprezes Porozumienia Zielonogórskiego.

Polska jest w grupie państw Unii Europejskiej, które przeprowadzają najmniej testów na COVID-19. Według danych z 26 września siedmiodniowa średnia liczba testów na tysiąc mieszkańców wyniosła u nas 0,99. Mniej pacjentów testuje się tylko w Holandii - to tygodniowo 0,69 testu na tysiąc mieszkańców.

Doktor Michał Sutkowski, prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych, mówi Interii: - Pacjenci przyzwyczaili się do tego, żeby się nie testować i nie chcą tego robić. To widać wyraźnie. Szczególnie młode osoby - one wręcz z nami dyskutują, bronią się przed tym. Często rozłączają się podczas teleporady, gdy słyszą o tym, że być może trzeba będzie test wykonać. Oczywiście to nie wszyscy pacjenci, ale jednak jest pewna grupa osób, która tak się właśnie zachowuje.

Reklama

Nie zgłaszają się. "Nauczyli się kombinować"

Jest też grupa pacjentów, która mimo objawów w ogóle nie zgłasza się do lekarza.

- Pacjenci nie rozmawiają z lekarzami, kiedy wiedzą, że mają objawy, przez które zostaną skierowani na test. Już nauczyli się, jak zakombinować, żeby nie musieć tego testu wykonać i by nie być na kwarantannie. To dotyczy coraz większej grupy osób - tak wynika z mojej obserwacji i z rozmów z kolegami lekarzami - mówi Tomasz Zieliński, lekarz rodzinny i wiceprezes Porozumienia Zielonogórskiego.

Zgadza się z nim Michał Sutkowski. - Część pacjentów, nie chcąc nie chodzić do szkoły, do pracy, bojąc się kwarantanny jak ognia, nie zgłasza się do lekarza w ogóle. Pacjenci narzekają najpierw, że lekarze nie chcą ich badać, a później twierdzą, że jest odwrotnie i że chcemy badać nadmiarowo. Żaden lekarz nie kieruje bez powodu na te testy - wyjaśnia lekarz.

Sutkowski ocenia, że grupa osób niezgłaszających się to około 20-30 procent pacjentów. - Część z nich chodzi później do pracy i może zarażać. Inni biorą urlop i przez tydzień siedzą w domu. Jednak oni też gdzieś wychodzą, słabiej bo słabiej, ale funkcjonują również poza domem - komentuje.

Dostęp do punktów wymazowych

Tomasz Zieliński zauważa, że w ostatnich miesiącach w niektórych miastach zaczął powstawać problem z dostępnością punktów wymazowych.

- Kiedyś one działały i rano, i popołudniu - tak, by każdy mógł z nich w dowolnej porze skorzystać. Teraz w wielu miastach one funkcjonują tylko w godzinach porannych lub tylko popołudniowych. Dla ludzi, którzy są aktywni zawodowo jest to problem. Często z tego powodu ci, którzy gdzieś wahają się, czy się testować, rezygnują z wykonania testu - przyznaje Zieliński.

CZYTAJ: Kolczak zbrojny w Polsce! Na Dolnym Śląsku pojawił się niebezpieczny pająk

Przykładem takiego miasta jest Bydgoszcz. Działają tu cztery punkty, w których można wykonać darmowy test w kierunku SARS-CoV-2. Wszystkie działają w godzinach porannych -  jeden przyjmuje również po południu, ale tylko w niedziele.

Jak dodaje Michał Sutkowski, część pacjentów nie jest też przyzwyczajona do tego, by szukać punktu wymazowego dalej niż w okolicy ich mieszkania. - W krajach Europy Zachodniej jest zupełnie inaczej. Włosi jeżdżą nawet po 100 kilometrów żeby dostać się do dobrego punktu medycznego. Jak ktoś chce i ma świadomość to pojedzie i zrobi ten test. Proszę zobaczyć, jak daleko jeździliśmy, żeby się szczepić - nawet po kilkaset kilometrów - zauważa.

Karetki wymazowe. Tydzień oczekiwania

Dla osób, które są niesamodzielne lub niemobilne, w przypadku konieczności wykonania testu RT-PCR lekarz może zlecić zrobienie go zespołowi karetki wymazowej.

- Dostępność karetek wymazowych jest niska - alarmuje Tomasz Zieliński. - Z moich obserwacji wynika, że w stosunku do poprzednich fal koronawirusa teraz najdłużej czeka się na jej przyjazd.

Zauważa, że powodem może być protest medyków i braki kadrowe. A także to, że tych karetek ogółem jest niewiele i obsługują one po kilka powiatów jednocześnie.

CZYTAJ: Trzecia dawka szczepionki. Jakie skutki uboczne?

- Wcześniej bywało i tak, że zlecałem taki wymaz i wynik był jeszcze tego samego dnia wieczorem. W obecnej fali to już się nie zdarza. Wręcz trzeba czekać kilka dni. Miałem ostatnio sześcioosobową rodzinę pacjentów, którzy powinni jak najszybciej ten test mieć wykonany. Dwie osoby nie były mobilne, więc zleciłem sześć testów w domu z myślą, że naraz zostaną one wykonane. Rodzina nie dość, że czekała tydzień, to jeszcze karetka przyjeżdżała do nich aż trzy razy, robiąc po dwa testy na jednej wizycie - opowiada lekarz.

- Teraz mam kolejną pacjentkę leżącą, która już od co najmniej czterech dni czeka na karetkę wymazową. Z informacji, które posiadam na teraz, ta jeszcze do niej nie dojechała - dodaje.

Bez testów nie oddamy skali pandemii

Co robić, by tych testów jednak robiło się więcej?

- To ważne, abyśmy znali skalę pandemii w Polsce. Trzeba cały czas edukować ludzi i wyjaśniać im, jaki jest cel tego testowania. Tłumaczyć, że dzięki testom ograniczamy ilość zakażeń i rozprzestrzenianie się wirusa. Tym samym mniejsze jest ryzyko wprowadzania kolejnych, ostrzejszych obostrzeń. Zdrowie jest ważne, ale gospodarka również, to jest przecież powiązane - mówi Tomasz Zieliński.

- Gdyby to ode mnie zależało, zaangażowałbym bardziej sanepid, by ścigał osoby, które mają zlecony test, a go nie wykonują. Miałem taką sytuację przy szczepieniu - pacjent zaszczepił się pierwszą dawką, a drugą nie chciał. Po telefonie z NFZ zdecydował się na drugą dawkę. Oczywiście to nie zadziała na każdego, ale warto próbować - podsumowuje.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje