Reklama

Reklama

Koronawirus kontra ludzie. Tak zmienił im życie

Karol, Emil i Agnieszka. Życie tych trzech osób przez koronawirusa wywróciło się do góry nogami. 38-letni Karol po zakażeniu się wirusem trafił pod respirator. Wciąż trwa jego rehabilitacja. Emil zaś musiał zamknąć cztery z sześciu prowadzonych biznesów. Nie ma już z czego do nich dokładać. Agnieszka? 5,5 roku była stewardesą, mieszkała w Dubaju. Teraz pracuje w korporacji w Warszawie.

Reklama

Trudno oszacować, ile jest w Polsce osób doświadczonych koronawirusem. Historie, które opowiemy, to tylko przykłady

Kaszel, temperatura, respirator

Reklama

Karol Bońkowski ma 38 lat. Jest zdrowy, nie ma chorób "współistniejących". Był ratownikiem medycznym, później został żołnierzem. Kiedy nadeszła pandemia, poproszono go o pomoc.

- Na początku pierwszej fali oddelegowano mnie do pracy w pogotowiu, a na jesień do szpitala wojskowego, gdzie pobierane były wymazy. Od poniedziałku do piątku miałem tam dyżury - mówi Interii.

Cały czas miał kontakt z zakażonymi koronawirusem osobami, był świadom tego, że wirus może dopaść i jego. - Moi znajomi chorowali już na samym początku epidemii. Trochę kaszlu, temperatura, szybko się wylizali. Pomyślałem, że pewnie i ja zachoruję. I pewnie w podobny sposób - wyznaje Karol.

Zaraził się w grudniu. - Zaczęło się od stanu zapalnego zatok. Brałem leki jakieś trzy, cztery dni i niemal mi przeszło. Później, po dniu czy dwóch, zaczął się kaszel i stan podgorączkowy. Przez jedną noc tak mi się pogorszyło, że nie byłem w stanie chodzić. To się rozwinęło tak szybko. Moja wydolność maksymalnie spadła. Z rana już zadzwoniłem po karetkę - wspomina Karol.

- Mój stan z dnia na dzień się pogarszał. Brakowało mi powietrza. W ciągu kilku dni przeniesiono mnie na OIOM - mówi.

Podłączyli go pod respirator. Był w śpiączce.

Pomoc bliskich

- Moja żona i znajomi zaczęli szukać mi osocza. Udało się, zostało mi podane. Dostałem dwie dawki. Mój stan się stopniowo poprawiał. W końcu, po dwóch tygodniach, zostałem wybudzony - opowiada dalej Karol.

- Otworzyłem oczy. Byłem przerażony. Nie mogłem podnieść ręki. Zacząłem się zastanawiać, czy dam radę chodzić? Schudłem 25 kilogramów - dodaje.

Karol, jak wyjaśnia, od nowa musiał uczyć się ruszać rękoma i nogami. - Kompletnie zanikły mi mięśnie. Po zrobieniu trzech kroków czułem się tak, jakbym przebiegł maraton. Jeszcze tydzień leżałem na OIOM-ie, później na oddziale zakaźnym. Łącznie w szpitalu spędziłem sześć tygodni - mówi 38-latek.

Mimo, że jest młody, czeka go długa rehabilitacja. - Otarłem się o śmierć. COVID-19 wywrócił moje życie do góry nogami, wyjął z niego miesiące, a sporo walki jeszcze przede mną. Czuję się lepiej i liczę, że uda mi się szybko wrócić do pracy - dodaje.

Zamknięty interes

Międzymiastowa, Nadwiślańska, Molam, Bubble Toast Coctail Bar, Bezogródek Foodtrack Park. To pięć gastronomicznych miejsc na mapie Krakowa, których współwłaścicielem jest Emil Hołubiczko. Prowadzi również klub Prozak 2.0. Dziś tylko dwa spośród tych lokali są otwarte - z opcją zamówienia posiłku na wynos.

Jaki był dla niego ostatni rok? - Można go wymazać z pamięci. Tak, wszystko wywróciło się do góry nogami - mówi Interii Emil Hołubiczko.

Podczas pierwszego lockdownu wszystkie wymienione restauracje działały na wynos. - Początkowo każdy myślał, że cała pandemia jest chwilowa i potrwa maksymalnie do lata. Wśród ludzi, których zatrudniamy, nastawienie też było bojowe: działajmy, niebawem wrócimy do normalnego funkcjonowania. Natomiast podczas drugiego lockdownu morale spadły kompletnie. Początkowo tylko jeden lokal działał na wynos - Molam. To jedyne miejsce, które było w stanie obronić się swoją ofertą. Pozostałe to nie tylko restauracje, to również miejsca spotkań. Atmosfera, obsługa, muzyka, tego nie da się na wynos zapewnić. Zamknęliśmy więc wszystkie te miejsca. To był październik - opowiada Emil.

"Nie możemy zawieszać rat leasingowych. Nie udziela się nam kredytów bankowych"

- Widząc, że sytuacja się nie zmienia, a wręcz lockdown przedłuża się w nieskończoność, otworzyliśmy w tym roku jeszcze jedno miejsce, Nadwiślańską - mówi Hołubiczko.

Wylicza: obroty generowane przez te dwa lokale to około 10-15 proc. tego, co było przed pandemią.

- Prowadzenie każdego lokalu gastronomicznego wiąże się z ogromnymi kosztami. Musimy płacić czynsz, leasingi, opłaty administracyjne, media. To wszystko trzeba uregulować nawet, jak lokal jest zamknięty. W zależności od miejsca te koszty wahają się od kilkudziesięciu do nawet kilkuset tysięcy złotych miesięcznie. Nie możemy już zawieszać rat leasingowych. Nie udziela się nam kredytów bankowych, wszystkie instytucje odmawiają form finansowania ze względu na nasz PKD, który uznawany jest za wysokiego ryzyka - tłumaczy Emil Hołubiczko.

Bez skrupułów

Hołubiczko przyznaje, że dostawał pisma od firm windykacyjnych. - I to z datą uregulowania zadłużenia do końca dnia. Nawet, jeśli dobrze się wcześniej z kimś współpracowało, nawet, jeśli to był wieloletni partner, to teraz nie ma sentymentów. Zero skrupułów.

- To skąd pieniądze na to wszystko? - pytam.

- Jeszcze w pierwszym lockdownie dawaliśmy radę, bo byliśmy po bardzo dobrym sezonie. Później w ruch poszły prywatne oszczędności. Gdy i tych zabrakło, zaczęły się negocjacje z partnerami, prośby o zawieszenie płatności. Wiem, że są przedsiębiorcy, którzy sprzedają dom, samochody, ale nie każdy jest w stanie to zrobić. W moim przypadku nie bardzo było to możliwe, gdyż generowany zysk inwestowałem w kolejne przedsiębiorstwa - wyjaśnia.

"Ten biznes umiera"

- Ten biznes umiera. Nie dość, że nasze obroty drastycznie spadły, to coraz więcej ludzi rezygnuje z pracy w gastronomii. Wzmożoną falę odejść z branży obserwuję od początku tego roku. To naturalne, że ci, którzy nagle stracili możliwość wykonywania pracy w normalnych warunkach, muszą myśleć o sobie - dodaje.

Wielu kucharzy pracujących u Emila przebranżowiło się. - Znam ludzi, którzy pracują obecnie jako kurierzy, na budowie, albo w cateringach dietetycznych. Mocno to osłabia nas i całą branżę, bo to byli świetni kucharze z wieloletnim doświadczeniem - przyznaje.

 - Obawiam się sytuacji, w której będę musiał zwalniać ludzi. Wierzę jednak, że nie dojdzie do takiego scenariusza. Liczę, że nasi goście pomogą nam przetrwać, a rząd niebawem pozwoli działać. Nic innego mi nie pozostaje, niż mieć nadzieję - podsumowuje Emil Hołubiczko.

Życie na walizkach

Koronawirus zamieszał też w życiu 31-letniej Agnieszki Hadžić. Jaka jest jej historia? Sześć lat temu, zmęczona pracą w korporacji, wyjechała do Dubaju.

- Zostałam stewardesą. To jest praca, w której nie ma stałości. Każdy miesiąc jest zupełnie inny - w jednym jest dużo krótkich lotów i praca niemal codziennie, a w innym są trzy, cztery loty będące objazdowymi podróżami, podczas których nie było mnie w domu niemal dwa tygodnie - opowiada Agnieszka.

Żyła na walizkach. - Szukałam sposobu na przespanie ośmiu godzin w dwie, niestety go nie znalazłam - śmieje się. - Wszystko kręciło się wokół pracy, niczego nie dało się zaplanować. Ale uwielbiałam to, co robię. Ta praca była bardzo ekscytująca. Zobaczyłam dzięki niej najdalsze zakątki świata - wspomina.

Werdykt

- W Dubaju poznałam męża, też był stewardem, tylko w innej firmie. Najpierw on usłyszał werdykt. W czerwcu został zwolniony. Oswajaliśmy się z myślą, że będzie musiał znaleźć coś nowego. Dwa tygodnie później zwolniono też mnie. To był ogromny szok. Wiedzieliśmy, jaka jest sytuacja w naszej branży, bo od końca marca nie mieliśmy już lotów. Jednak nie spodziewaliśmy się, że zwolnią nas tak szybko - wspomina.

Jej mąż jest Serbem, ona Polką. - Zostanie w Dubaju nie było opcją, bo ludzie we wszystkich branżach tracili pracę na potęgę. Nie mieliśmy wyboru, musieliśmy wrócić - do Serbii lub Polski. Przeprowadzić tam nasze pięcioletnie życie. Wybraliśmy na start Polskę, to był sierpień. Daliśmy sobie miesiąc na psychiczny odpoczynek - mówi Agnieszka.

ZOBACZ: "Na złotej tacy serwujemy McDonald'sa". Polka o lataniu z saudyjską rodziną królewską

- Później zaczęliśmy poszukiwanie nowej pracy. Przemieszczaliśmy się między Krakowem a Belgradem. Nie mogliśmy się zdecydować, gdzie zostaniemy. Szukaliśmy pracy w obu krajach. Mój mąż został zatrudniony w Belgradzie, ja też dostałam ofertę, ale ze względu na pandemię kwestie związane z wydawaniem wiz i pozwoleń na pracę bardzo się przedłużały. Oczekiwanie przeciągało się miesiącami, stwierdziliśmy, że to nie może tak wyglądać - opowiada.

Z samolotu do korporacji

Agnieszka i jej mąż podjęli decyzję, że wracają do Polski.

Ostatecznie Agnieszka znalazła pracę w korporacji w Warszawie, w której zajmuje się finansami. - Szok jest duży. Bałam się powrotu do takiej formy zatrudnienia. Ostatecznie jednak jestem bardzo zadowolona i cieszę się, że tak wyszło. Potrzebowałam chyba takiej zmiany, rutyny - przyznaje była stewardesa.

- Też z mężem uczymy się naszego związku na nowo. Jesteśmy prawie cały czas razem, bo ja pracuję zdalnie, a on wciąż pracy szuka. Myślę, że dobrze się dla nas stało. Jestem też bliżej rodziny. Wiedziałam, że prędzej czy później wrócę do Polski. Pandemia podjęła decyzję za mnie - podsumowuje.

***
Darmowy program - rozlicz PIT 2020


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy