Reklama

Reklama

Zbigniew Ziobro potrzebny czy nie, czyli dylemat prezesa "biało-czerwonej drużyny" [KOMENTARZ]

Publiczne pranie brudów, chęć utarcia nosa nielubianemu koledze i zapowiedź "zdecydowanych rozstrzygnięć". Poniedziałek ich nie przyniósł, ale sezon ze Zbigniewem Ziobrą w roli głównej trwa. Na czym polega dylemat prezesa "biało-czerwonej drużyny"?

21 września, przed południem, Warszawa, ul. Łazienkowska. Prezes Legii Warszawa Dariusz Mioduski zastanawia się, co zrobić z oddanym, ale ostatnio rozczarowującym trenerem Aleksandarem Vukoviciem. Mówi: "Vuko, nie na to się umawialiśmy. Miało być inaczej". Chwila namysłu, narada ze współpracownikami i decyzja zostaje podjęta. Czas na dobrą zmianę, by dać sygnał czerwono-biało-zielono-czarnej drużynie. Chwilę później dopinane są ostatnie szczegóły zatrudnienia nowego szkoleniowca - Czesława Michniewicza. Kibice mogą powiedzieć: "Umarł król, niech żyje król".

Reklama

21 września, przed południem, Warszawa, ul. Nowogrodzka. Dylemat podobny, ale prezes inny. Jarosław Kaczyński zastanawia się, co zrobić z człowiekiem, którego politycznie ukształtował, a który nie daje ostatnio powodów do radości. Częściej podąża własnymi ścieżkami, nie patrzy na zdanie kolegów. Kaczyński, na razie, myśli: "Zbyszek, nie na to się umawialiśmy. Miało być inaczej". Zbigniew Ziobro w tym czasie kaja się na konferencji prasowej i obiecuje poprawę. Chwila namysłu prezesa, narada ze współpracownikami, ale decyzja zostaje odroczona.

W poniedziałek, od samego rana, cała polityczna "biało-czerwona drużyna" przebierała nogami. Z zespołu miał odejść ten, którego niewielu lubi. Ten, który zazwyczaj sumiennie wykonuje obowiązki, ale który po treningu dzwoni do kolegów i narzeka na przełożonych. Ten, który podpadał już tyle razy, że dawno nie powinno być go w zespole. Jest jednak potrzebny, bo jest efektywny, a wraz z jego pożegnaniem trzeba by się liczyć z odejściem jego kolegów. A bez nich gra może nie wyglądać już tak dobrze. Mogą pojawić się porażki. Dlatego ten dylemat jest tak duży.

Zbigniew Ziobro dzień rozpoczął z uśmiechem w Prokuraturze Krajowej. Chwilę potem w Ministerstwie Sprawiedliwości zaczął nabierać rumieńców. Kajał się, bo wcale nie chce odchodzić z drużyny. Oddał jej serce i najlepsze lata, ale ambicja czasem bywa ślepa. Można się zapomnieć i za bardzo przeć do wyznaczonego celu. Być może zrozumiał, że popełnił błąd, a być może dostrzegł, że na jego barkach spoczywa większa odpowiedzialność niż sądził wcześniej. Tą odpowiedzialnością są ludzie, którzy mu zaufali, a dziś pełnią ważne funkcje: ministrów, wiceministrów, posłów, senatorów, sędziów, wicewojewodów, prezydentów miast, prezesów spółek skarbu państwa, członków zarządów tych spółek. Sieć powiązań jest duża. Na potknięciu jednego stracą wszyscy.

Ziobro starał się przekonywać, że tak naprawdę nic złego nie zrobił. Parafrazując, "mam tu wasz program, nie złamaliśmy żadnego punktu, możemy się jeszcze dogadać". Dalej: "głosowaliśmy przeciw, ale niektórzy od was też, nawet prezydent ma wątpliwości". I dalej: "a jeśli chodzi wam o tę drugą ustawę, to też jesteśmy otwarci, możemy ustąpić" - mówił.

- Ta konferencja niczego nie zmienia. Mleko się rozlało. To najlepszy moment na rozstanie, ale pytań pozostaje dużo - mówił nam w trakcie poniedziałkowego spotkania jeden z posłów PiS.

- Jakich? - dopytujemy.

- Z nim źle, ale bez niego nie wiadomo. Może być lepiej, może gorzej - słyszymy.

Dlatego potrzebna jest druga połowa. "Kajanie publiczne" można odhaczyć, potrzebne jest jeszcze "kajanie w cztery oczy". Tu trzeba się lepiej przygotować, bo prezes wiele już w życiu słyszał. Potrafi odróżnić szczerą chęć poprawy od nawijania makaronu na uszy. Zresztą przerabiał to także w tym składzie. Lata minęły, ale widać, że wcześniejsza nauka na niewiele się zdała. "Może to już czas?" - pewnie się zastanawia.

Prezes potrafi też liczyć. Umie policzyć np. do 231. Z biegłością dodaje i odejmuje. Lekką ręką ostatnio odjął 15 od 235. Pewnie tylko na chwilę, ale gdy odejmie jeszcze 19, to spadnie poniżej 200. A wtedy zaświeci mu się lampka. Tego wolałby uniknąć.

Z drugiej strony patrzy też w diagramy i słupki, słucha opinii ekspertów przewidujących szanse przed nowym sezonem. Te wskazują, że nawet i bez Zbigniewa drużyna sobie poradzi. Tyle tylko, że potrzebna będzie przerwa w rozgrywkach, kolejne narady w klubie i szatni. Prezes wie, że podobnie postąpią rywale. A zna też analizę SWOT. Jeśli w kolumnie "zagrożenia" pozycji będzie za dużo, ryzyka nie podejmie. Bo już grał w tę grę.

Prezes musi też panować nad morale zespołu. Zerkać zza lekko uchylonych drzwi, czy aby na pewno wszystko jest w porządku. Większości jest pewien. Co do innych może mieć wątpliwości. Innych trzeba pilnować, by nie prali publicznie brudów.

"Hej, oddajecie MŚ (Ministerstwo Środowiska - red.)? Tak bezinteresownie? Nie wierzę. A może za coś? Więc pytam za co?" - zwróciła się na Twitterze do Patryka Jakiego z Solidarnej Polski europosłanka Beata Mazurek z PiS. To znak, że dzisiejsze emocje wychodzą dużo dalej niż pokoje trenerów. Dalej niż wewnętrzne rozmowy i ustalone ramy. Trafiają na tory, których prezes do końca nie rozumie - wie jedynie, że są groźne i niepotrzebne. Dlatego wolałby, by brudy zostały w szatni.

Nie da się dopilnować wszystkiego. Niektórzy zaczynają wymachiwać rękami, kłócić się z sędzią, a co gorsza - między sobą. A fan na trybunach gotów jeszcze pomyśleć, że "biało-czerwona drużyna" ma kłopot i nie idzie taranem jak po swoje - a tak przecież miało być, bo "na to się umawialiśmy". Kibic, jak to kibic, pewnie dalej będzie jej kibicował. Ale czy jeszcze raz zaufa?

To pytanie przez jakiś czas zostanie z prezesem. Zanim przypomni sobie, że nadszedł czas na zdecydowane rozstrzygnięcia.

Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje