Reklama

Reklama

Wojna domowa w Nowej Lewicy, czyli momenty, które zmieniły partię

Nowa Lewica nie wyjdzie z tego kryzysu mocniejsza - niezależnie od tego, czy Włodzimierz Czarzasty spacyfikuje wewnętrznych rywali, czy przegra w małej wojnie domowej. Wzajemnych oskarżeń jest na tyle dużo, że jakiekolwiek ich pudrowanie będzie niezrozumiałe i trudne do wyjaśnienia. Genezy problemów należy dopatrywać się dużo wcześniej.

Sekwencja zdarzeń na Lewicy w ostatnich dwóch tygodniach mogłaby stać się scenariuszem do trzeciego sezonu skandynawskiego serialu "Rząd". Sytuacja zmienia się tam z dnia na dzień, a jej finałem są dzisiejsze rozstrzygnięcia.

Tłem problemów Nowej Lewicy są dwie przyczyny w skali makro - pierwszą jest próba połączenia dawnego SLD z Wiosną, a drugą zakulisowy flirt przewodniczącego z Prawem i Sprawiedliwością w sprawie poparcia dla Funduszu Odbudowy.

Zacznijmy od końca, bo zaledwie wczoraj pojawił się sondaż, który daje Lewicy 5 proc. poparcia. W mocnych słowach skomentował to Leszek Miller, który przypomniał, że w 2015 roku składająca się z dwóch partii koalicja nie weszła do Sejmu z poparciem rzędu 7,5 proc. Teraz Lewicę tworzą trzy partie, a Miller ma chwilę gorzkiej satysfakcji.

Reklama

Ostatni sondażowy wynik to osobista porażka Włodzimierza Czarzastego, który przeżywa najtrudniejsze chwile w partii. Czarzasty to współautor sukcesu, jakim był powrót Lewicy do Sejmu i jeden z trzech tenorów łączących pokolenia - obok Roberta Biedronia i Adriana Zandberga, jak sami siebie nazywali.

Dochodzimy do miejsca, które zdaje się mieć kluczowe znaczenie dla całego zamieszania po tej stronie politycznej sceny. Chwilę po wyborczym sukcesie politycy tej formacji ogłosili, że formalnie łączą siły i tworzą jedną partię. Od tego stanowiska zdystansował się Adrian Zandberg, który chce zachować podmiotowość Razem - jakby przypuszczał, że w otoczeniu nieprzewidywalnych partnerów wiele jeszcze może się zdarzyć.

Czarzasty i Biedroń z uporem powtarzali, że i tak połączą się w jedną partię. W międzyczasie Czarzasty wyprowadził szyld SLD, zmieniając nazwę partii na Nową Lewicę. Konsekwentnie też podaje rękę Biedroniowi, który po katastrofalnym wyniku w wyborach prezydenckich nie ma najlepszej passy. Połączenie Wiosny i Nowej Lewicy może być korzystne dla obu stron, o czym pisaliśmy już kilka miesięcy temu w Interii, ale ma też poważne obciążenia.

Lider powinien być jeden?

Kluczowa pozostaje kwestia przywództwa, bo już u podstaw projekt połączenia zakłada rozbicie nowopowstałej partii na dwie frakcje. Zabieg dotąd nigdzie niespotykany i niesprawdzony. Frakcje zostały już przyporządkowane - jedną miałoby tworzyć otoczenie Biedronia, drugą Czarzastego. Obaj panowie mieliby się też stać pełnoprawnymi liderami nowej formacji.

Tyle tylko, że konstrukcja rodem z sali gimnastycznej, nie wszystkim się podoba. Starsi działacze podkreślają, że lider powinien być tylko jeden, a inni, o przywódczych aspiracjach, że skoro nowa formacja ma mieć dwie frakcje, to dlaczego nie może mieć ich więcej?

W tej sprawie trwa pat i na lewicy ścierają się różne pomysły dotyczące funkcjonowania partii. Czarzasty ma prawo być zdziwiony, bo buntownicy sprawiają wrażenie, jakby obudzili się za pięć dwunasta. Do połączenia obu formacji ma dojść w październiku, a dotychczasowe sygnały niezadowolenia były jedynie małymi sygnałami - proces trwa bowiem od roku i był czas na zgłaszanie innych postulatów.

Dużo emocji

Inna sprawa to kwestia emocji, które na lewicy do tej pory były skrzętnie pudrowane. Dobrą minę do złej gry robili ci, którzy przekonywali, że wystawienie Biedronia w wyborach prezydenckich było dobrym pomysłem. Sam Biedroń nabrał wody w usta, gdy jego partyjna koleżanka Gabriela Morawska-Stanecka zdecydowała się opowiedzieć o poniżającym telefonie od Czarzastego. Milczy też w tym przypadku, choć po cichu kibicuje przewodniczącemu. Politycy Lewicy przytakiwali też, gdy Czarzasty udał się na rozmowy w sprawie Funduszu Odbudowy do Mateusza Morawieckiego. Dziś, powołując się na sondaże, w ostrych słowach mówią, że to był błąd. Wtedy jednak potakująco kiwali głowami, choć wydaje się, że powoływanie się na kontakty Czarzastego z PiS są wyłącznie pretekstem do wewnętrznych rozgrywek.

Emocje wzbudziło za to zawieszenie Marka Balta, a także dwójki radnych ze Śląska. Wśród nich była ciężko chora Gabriela Łacna, która od miesięcy znajduje się w szpitalu. To druga, po przypadku Morawskiej-Staneckiej, ludzka historia, która dała do myślenia członkom Nowej Lewicy.

W konsekwencji tych wydarzeń przeciwnicy Czarzastego chcieli pilnego zwołania zarządu. W grę wchodziło nawet odwołanie przewodniczącego, ale ten umie liczyć szable i prewencyjnie zawiesił buntowników. Ci nie składają broni i żądają pilnego zwołania rady krajowej.

Na dziś układ sił jest bardzo klarowny, choć w tym przypadku jednocześnie wyjątkowo trudny do rozstrzygnięcia. Partia w rzeczywistości, nawet bez specjalnej uchwały czy modyfikacji statutu, już podzieliła się na dwie frakcje. Co więcej, wyjątkowo równo podzielone.

Tymczasem główny beneficjent ostatnich wydarzeń, czyli Biedroń, wciąż chowa głowę w piasek. Od wydarzeń w Nowej Lewicy dystansuje się też pragmatyczne Razem.

Łukasz Szpyrka




Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje