Reklama

Reklama

Tomasz Zimoch: Przestałem słuchać radia publicznego

- Przyszedłem do domu i powiedziałem żonie, że być może będziemy jeść chleb z masłem, a może nawet z margaryną. Tlen został odcięty, więc nie miałem możliwości oddychania. Nie było łatwo pozbierać się psychicznie. To bardzo trudny czas. Nagle skończyło się wszystko - miłość, pasja, wyśniony zawód. Przecież ja poza radiem życia nie widziałem - przyznaje w rozmowie z Interią Tomasz Zimoch, dziś poseł, a wcześniej wieloletni komentator sportowy w Polskim Radiu. Dokładnie pięć lat temu, chwilę przed piłkarskimi mistrzostwami Europy, rozstał się z mikrofonem.

Łukasz Szpyrka, Interia: Startuje Euro, a po 38 latach pracy w radiu tym razem zostaje pan w domu. Minęło pięć lat od pana głośnego rozstania z mikrofonem. Euro to moment kiedy te obrazki wracają?

- Pięć lat temu już byłem spakowany, a do dziś mam zachowany bilet lotniczy do Paryża. Miałem zarezerwowany hotel, dokładnie rozpisaną pracę. Jasne, że te momenty wracają. W piątek 13 maja 2016 roku udzieliłem wywiadu "Dziennikowi Gazecie Prawnej", a w poniedziałek 16 maja zostałem zawieszony przez ówczesną prezes Polskiego Radia. Jej zdaniem tym wywiadem "obraziłem cały naród polski". Zostałem wycofany i z ekipy na piłkarskie Euro i z tej na igrzyska w Rio, a 6 czerwca została rozwiązana moja wieloletnia umowa o pracę. Te daty 13 maja i 6 czerwca 2016 roku, są o tyle dla mnie ważne, bo bezprawnymi decyzjami władze radia odcięły mi dostęp do zawodowego tlenu. Każdy turniej Euro będzie mi o tym przypominał.

Reklama

Jak pan sobie radził?

- Psychicznie nie było łatwo, musiałem wszystko poprzestawiać w swoim życiu. Łatwo nie było. Udzielając wywiadu powiedziałem o tym, co myślę. Odebrano mi prawo do pracy. Przekonałem się jednak, że solidarność ludzka jest ogromna. Otrzymałem wsparcie od tysięcy - często nieznanych ludzi. Nadal jestem dziennikarzem,  w tygodniku Angora pisuję w rubryce "Nie tylko o sporcie". Pozostałem w zawodzie, nie jestem posłem zawodowym i staram się mieć kontakt ze sportem. Jasne, to co innego niż przez te 40 lat pracy. Dziś mam wielki dystans do wszystkiego.

Co to znaczy?

- Patrzę na to, czym była dla mnie praca - a była całym życiem. Wiem, że nie można jednak dać się aż tak zatracić. Nie jestem zwolennikiem przeskakiwania z redakcji do redakcji, ale być może zbyt duże przywiązanie do jednej pracy nie pozwala dostrzec, że istnieje życie poza nią. Przecież ja poza radiem świata nie widziałem.

Radio pana zbudowało, ale też zniszczyło.

- Nie, nie mogę powiedzieć, że zniszczyło. Ludzie, którzy odeszli z Polskiego Radia po mnie, wahali się czy dadzą sobie radę. Byli w błędnym przekonaniu. Radiu zawdzięczam wiele, to była moja wymarzona praca.

Żałuje pan tego wywiadu, którego udzielił w 2016 roku?

- Nigdy nie żałowałem. Przecież tego wywiadu udzieliłem z miłości do radia. Zresztą od tego czasu moje słowa znajdują potwierdzenie codziennie.

Wspomniał pan, że to nie był łatwy czas. Może pan to rozwinąć?

- Przyszedłem do domu i powiedziałem żonie, że być może będziemy jeść chleb z masłem, a może nawet z margaryną. Tlen został odcięty, więc nie miałem możliwości oddychania. Nie było łatwo pozbierać się psychicznie. To bardzo trudny czas. Nagle skończyło się wszystko - miłość, pasja, wyśniony zawód.

Zazdrości pan Markowi Soleckiemu czy Andrzejowi Janiszowi, że jadą na wielkie imprezy, a pan musi siedzieć w sejmowych ławach?

- Nikomu nie zazdroszczę. Tak mnie wychowali rodzice. Jestem szczęśliwy z tego, co przeżyłem, a szczerze powiem panu, że nawet nie wiem komu miałbym czegoś zazdrościć, bo... przestałem słuchać radia publicznego. Proszę nie pytać dlaczego, bo to byłaby bardzo długa rozmowa.

Nie zapytam, ale zapytam czego pan dziś słucha. Radia Nowy Świat? Radia 357?

- Tak, ale nie jestem stałym słuchaczem. Słucham tam niektórych audycji muzycznych. W innych rozgłośniach słucham natomiast serwisów sportowych, głównie dla porównania. Najczęściej jednak wybieram TOK FM, szczególnie w samochodzie.

Dariusz Szpakowski zapowiedział, że napisze książkę. Przeczyta ją pan?

- Pewnie przeczytam. Napisałem już książkę, więc mogę mu podpowiedzieć, że wbrew pozorom to nie jest łatwe. Mam nadzieję, że Darek opisze kilka ciekawostek, choćby o tym jak na mistrzostwach świata w Meksyku w 1986 roku dzieliliśmy jeden pokój. Kiedy Darek wspomniał na wizji o tej książce przypomniała mi się jedna historia.

Jaka?

- Przylecieliśmy do Monterrey, a z lotniska odebrał nas Daniel Bautista, mistrz olimpijski w chodzie, wychowanek polskiego trenera Jerzego Hauslebera. Legendarna postać, na ulicach Monterrey  salutowali mu policjanci. Przed wyjazdem na te mistrzostwa uczulano nas, by uważać na różne choroby tropikalne.  Wsiadamy do tego samochodu z Danielem Bautistą, a ten wyciąga butelkę whisky. Uśmiechnęliśmy się. Po chwili Daniel wyciągnął też wielki kawał lodu, który w Meksyku można dostać w zasadzie wszędzie. Spojrzeliśmy na siebie z Darkiem i zrobiliśmy wielkie oczy. Miny nam zrzedły, bo właśnie czegoś takiego mieliśmy unikać. Natychmiast kupiliśmy elektryczny garnek, w którym przez wiele dni parzyliśmy owoce i warzywa. Aż do ogromnej przesady przestrzegaliśmy zasad higieny, które wpajano nam na specjalnym szkoleniu, ale pod koniec pobytu jedliśmy już wszystko, choć ameby baliśmy się potwornie. Przygód i opowieści jest dużo, ale z mojego punktu widzenia nie wszystkie nadają się do druku.

Świat mediów to rywalizacja, ale też przyjaźnie. Jak to jest w polityce? Który świat jest bardziej idealistyczny?

- To dwa zupełnie inne światy. W czasie kampanii od doświadczonych posłów wielokrotnie słyszałem, że największym wrogiem nie jest przeciwnik polityczny, a osoba z tej samej listy. Nie mylili się, ale nie będę rozwijał i tego wątku. Moim trzecim światem jest sport. I tutaj mam jedną refleksję - sport jest jedynym miejscem, które łączy. W poniedziałek wszyscy będziemy kibicować Polakom w meczu ze Słowakami.

Wydawało się, że w polityce może być podobnie, a taką sprawą mogła być choćby Białoruś. Niedawno złożył pan wniosek o odwołanie wicemarszałka Ryszarda Terleckiego, po jego wpisie dotyczącym Swiatłany Cichanouskiej.

- Zgadza się, ale wniosek jest dużo szerszy, polecam, by przeczytać go w całości. Osoba na takim stanowisku, pełniąca tak ważną funkcję, nie może się tak wypowiadać. W treści wniosku podkreśliliśmy jednak i sposób traktowania posłów przez wicemarszałka. Dzieje się to nie od dziś, ale od lat. Mówiłem do kolegów posłów, że nie może być przyzwolenia na takie traktowanie. Proszę sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby trener piłkarski  zachowywałby się w podobny sposób wobec zawodnika. Jak reagowaliby kibice, gdyby słyszeli kierowane do piłkarzy słowa trenera - "puknij się w czoło", "ty pajacu", "na głupotę nie ma rady." Takie zachowanie jest w sporcie nie do pomyślenia, a tak zachowuje się i ma na to przyzwolenie wicemarszałek wobec posłów. Gdyby zawodnikowi stała się krzywda to trener powinien się za nim wstawić. A wicemarszałek Sejmu nie wstawił się za posłankami, gdy były atakowane na ulicach. Nie powinien też mówić do nich, że mają maski ze znakami przypominającymi symbole Hitlerjugend i SS.

Posłowie PiS bronią marszałka i mówią, że bez niego w tym parlamencie byłoby nudno.

- Nie mówię, że ma być och i ach. Ale od wicemarszałka oczekuje się czegoś innego. Nie może być przyzwolenia na takie zachowanie.

Jeśli o oczekiwaniach mowa - czego oczekiwał pan od kierownictwa KO, gdy trafił pan do Sejmu?

- Zgodziłem się na kandydowanie, bo uważałem, że koalicja to świetne rozwiązanie. Myślałem, że nie będzie to klub jednopartyjny, ale szerszy, obywatelskiej grupy. Założenie rozminęło się z rzeczywistością, co było widoczne po kilku miesiącach pracy w Sejmie.

W jednym z wywiadów mówił pan, że czeka na Wąłęso-Frasyniuko-Tuska. Już się pan doczekał?

- Od wielu lat czekałem na kogoś, kto porwie tłumy. Bardzo bliski jest tego Szymon Hołownia, który mówi językiem zrozumiałym dla wszystkich, nie ma zadęcia partyjnego. Język jest ważny. Trzeba mówić, by dotrzeć do każdego, pobudzić do obywatelskości. Lubię w sali sejmowej słuchać wystąpień, ale nie każdy lider jest dobrym, porywającym mówcą.

A mówi to Mistrz Mowy Polskiej. Poda pan trójkę najlepszych mówców sejmowych?

- Bardzo dobre wystąpienie na początku kadencji miał Adrian Zandberg, na pewno jest w ścisłej czołówce. Lekkość przemawiania ma poseł Paweł Zalewski.

Pan już się spełnił na mównicy sejmowej?

- Każdorazowo, gdy tam staję, odczuwam tremę. A gdy jeszcze czuję na plecach oddech marszałka Terleckiego, który za chwilę może wyłączyć mikrofon, to już w ogóle jest ciężko. Zresztą na stanowisku radiowym też zawsze odczuwałem pewną tremę. Wystąpienia sejmowe są bardzo różne, a często dotyczą szczegółowych spraw. Nigdy nie lubiłem sztampy, w Sejmie też szukam sposobu, by dotrzeć do pani w Ustrzykach, pana w Macierzyszu, Samborsku, Gowarzewie, czy Szeligach.

Do którego z polityków chciałby pan dziś powiedzieć "Panie Turku, niech pan skończy ten mecz"?

- Każdy może się domyślić, kto byłby na tej liście numerem jeden. "Kończ pan, panie Turku" było związane z konkretnym zdarzeniem. Wszyscy trzymaliśmy kciuki za Widzewem Łódź, by zagrał w Lidze Mistrzów. W Sejmie często przypominają mi się te słowa. Słuchając wystąpień w Sejmie, albo widząc zachowania niektórych polityków, mówię dość często: "pora kończyć, panie...".

Pozostając przy tych porównaniach. Jeśli spojrzy pan na kadrę na Euro, to Szymon Hołownia jest dziś kimś wchodzącym do tego świata, jak np. Kamil Piątkowski czy Kamil Jóźwiak do piłkarskiej reprezentacji Polski?

- Coś w tym jest, choć dziś jest już inaczej traktowany. Wielu z niedowierzaniem komentowało jego wejście do polityki, jakby ten świat był zastrzeżony tylko dla graczy, którzy są w nim od dawna. W sporcie jest tak, że wydaje się, że są pozycje nie do ruszenia, ale nagle pojawia się młody chłopak i wcale nie gra gorzej od doświadczonych zawodników. Starszych gubi rutyna, która demotywuje. Z drugiej strony od zawsze imponowali mi mistrzowie, którzy przez lata potrafią utrzymać się na szczycie. Cenię tych, którzy nie tyle zdobywają Everest, ale potrafią się na nim utrzymać. Hołownia wchodzi na ten szczyt. Ma swobodę, intuicję, dar mówienia, czym absolutnie przerasta doświadczonych polityków i burzy schematy. Jest trochę jak Iga Świątek, która rok temu weszła do czołówki i się w niej utrzymuje. Zdobywa zaufanie i sympatię kibiców. Coś, co dane jest niewielu.

To kto jest na tym Evereście? Jarosław Kaczyński?

- W ostatnim czasie nikt nie może się tam wdrapać. Widzę jednak takich, którzy pędzą tam bez butli z tlenem. I tu pojawia się nasze zadanie, bo jeśli nie będziemy ich Szerpami, nie będziemy im poręczowali, nie będziemy w ich ekipach, w ich karawanach, to ta wyprawa może się nie udać.

Zanim Everest, to wróćmy do Euro, które przed nami. Wygramy?

- Wszyscy byśmy oszaleli. Nawet grając brzydko można wygrać wszystkie mecze. Myśląc jednak realnie - nie mamy szans. Tyle tylko, że w fazie pucharowej naprawdę wszystko może się wydarzyć. Rozum podpowiada, że mistrzostwa nie zdobędziemy. Serce bardzo by chciało. Jeśli będziemy w ćwierćfinale wszyscy powinniśmy się cieszyć. Swoją drogą bardzo żal mi Jerzego Brzęczka. On awansował na mistrzostwa z tą reprezentacją. Jeśli turniej się uda, to zmiana szkoleniowca okaże się zbawienna i będziemy chwalić prezesa, a jak się nie uda, to będziemy go krytykować. Dużo zależy od pierwszego meczu.

Stawiam, że ze Słowacją wygramy skromnie, 1:0. A pan?

- To wcale nie będzie łatwy mecz. Niech już będzie 2:1 dla nas. Zawsze słyszymy, żeby nie stracić bramki. A może kiedyś przyjdzie taki turniej, że wszyscy będą grać widowiskowo, nie będzie zachowawczości, ale wymiana ciosów? Takich mistrzostw nam życzę.

Ale kto miałby strzelać obok Lewandowskiego? Sousa gra na dwóch napastników, a wypadli Milik i Piątek.

- Chyba jednak Świerczok. Całkiem nieźle się pokazał i chyba on zagra w podstawowym składzie. Z ławki groźny może być Karol Świderski. Zresztą nieważne kto strzela, jakim systemem gramy, dla kibiców nie ma to żadnego znaczenia. Jak wygramy to nikt nie będzie myślał, jakim składem graliśmy. Może dobrze, że przed tym turniejem nie ma takiej atmosfery to bywało wcześniej. Bo już do granic absurdu byśmy napompowali balonik. Grajmy pięknie, bawmy się tym turniejem.

Ożywił się pan.

- Widzi pan, bo to sport! Polityka nie wciągnie do takiej dyskusji.

Rozmawiał Łukasz Szpyrka

Dowiedz się więcej na temat: Tomasz Zimoch

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy