Reklama

Reklama

Szymon Hołownia: Oszust wciąż rozdaje karty

- W pierwszych tygodniach epidemii koronawirusa zobaczyłem państwo z kartonu i zszywek, pogrążone we własnej propagandzie sukcesu, uprawianej nawet teraz. Nie mówię tylko o tym cynicznym rządzie, ale też o koniunkturalizmie i impotencji części opozycji – mówi Interii Szymon Hołownia, kandydat na prezydenta.

Łukasz Szpyrka: Pana kampania w końcu jest zawieszona, czy nie?

Reklama

Szymon Hołownia: - Nie jest zawieszona. Gdy pojawił się koronawirus, zawiesiliśmy agitację wyborczą. Kampania trwa, choć jest chyba najdziwniejszą, jaką obserwowaliśmy w ostatnich 30 latach.

Kiedy powinny odbyć się wybory?

- Na pewno nie w maju, czy czerwcu tego roku. To nie jest kwestia polityczna, ale epidemiologiczna, to kwestia życia i śmierci Polaków. Widzimy liczbę stwierdzonych zakażeń, na początku maja nie zobaczymy nagle zera na liczniku. W działaniu władzy jest jakaś absurdalna niespójność. Z jednej strony zamykamy kraj, odwołujemy spotkania, wszyscy powtarzają, że należy robić wszystko, żeby uniknąć fizycznych kontaktów między nami, tymczasem listonosze będą musieli dostarczyć 30 mln przesyłek w pierwszej turze i 30 mln przesyłek w drugiej turze, dwukrotnie ludzie będą musieli zanieść koperty do skrzynek, zebrać się będą musiały komisje. Chyba że PiS ma prorockie charyzmaty i zakłada, że drugiej tury nie będzie. Tak, czy siak - narażamy ludzi na utratę zdrowia i życia. To głęboko nieetyczne i niemoralne. Mamy państwo, które chce płacić zdrowiem i życiem obywateli za utrzymanie się przy władzy jednej partii. Widzę szaloną determinację PiS-u, by wybory przeprowadzić teraz.

Gdyby jednak wybory odbyły się później, to preferuje pan formę tradycyjną czy korespondencyjną?

- Wybory w formie korespondencyjnej, przeprowadzone w maju tego roku, nie będą wyborami konstytucyjnymi. W innym terminie, np. jesienią, prawdopodobnie można byłoby je przeprowadzić na spokojnie, bezpiecznie, w trybie, jaki przewiduje konstytucja, czyli w formie tradycyjnej.

A jeśli czas pandemii potrwa dłużej? Może propozycja Jarosława Gowina, odraczająca wybory o dwa lata, jest lepsza?

- Konstytucji nie należy zmieniać, kiedy można ją po prostu stosować. Konstytucja precyzyjnie opisuje, co należy robić w stanie nadzwyczajnym. A w takim stanie bez wątpienia jesteśmy. Ten przepis powinien być teraz wykorzystany. Opowieści Jarosława Gowina o czyhających na Polskę odszkodowaniach, o które zaraz wnioskowałyby pewnie zagraniczne korporacje, gdyby wprowadzono stan klęski żywiołowej, to zasłona dymna, za którą jest wewnętrzna, polityczna gra w obozie Zjednoczonej Prawicy.

Jarosław Gowin zaszedł panu za skórę?

- Rozczarował. Gdy się mówi, że wybory nie mogą się odbyć 10 maja, a jednocześnie rekomenduje swoim posłom wsparcie niekonstytucyjnego projektu, który wprost do nich prowadzi - z czym mamy do czynienia? Dla posła Gowina to polityka. Dla chyba zdecydowanej większości widzów tej sceny, ocena jest prosta: jeśli ktoś mówi: "jestem przeciw oszustwu, ale zarekomenduję je kolegom", to jak to nazywa się w zwykłym, pozasejmowym życiu? Gowin mówi, że tym gestem i swoją dymisją kupił Polsce miesiąc stabilizacji, bo nie chce, żeby rząd upadł. Po pierwsze - ja w przeciwieństwie do niego nie utożsamiam Polski z rządem PiS, po drugie - rzeczywiście, zobaczymy, jak ów plan Gowina domknie się za miesiąc, gdy ustawa o wyborach wróci z Senatu do Sejmu. Jeśli wtedy Porozumienie i Gowin faktycznie zagłosują tak, że tych wyborów w maju nie będzie - wyślę mu butelkę wina i propozycję pojednania.

Gowin nazywa pana dużym chłopcem, który nie rozumie nic z polityki.

- On też jest całkiem słusznego wzrostu, co zauważył też Jarosław Kaczyński, dodając, że ma też bardzo ładne imię. Patrząc na scenę opisaną przeze mnie chwilę wcześniej: jeśli to polityka, to ja od takiej polityki chcę trzymać się naprawdę z daleka. Prymat - domniemanej - skuteczności nad jednoznacznością przekazu, nad prawdą, to coś, co zdecydowanie za długo oglądałem w polskiej polityce ostatnich lat. Polska klasa polityczna w znakomitej większości nadal robi wszystko tak, jak nauczyła się w latach 90. XX wieku. Narzędzia sprzed trzydziestu lat nie obsłużą XXI wieku z jego problemami.

Marcin Horała nazywa pana z kolei wersją Palikota 2.0.

- Mogę być Palikotem 2.0, Zełenskim 3.1 - nie ma to dla mnie znaczenia. Mój głos dociera do Polaków, a to niesie za sobą większy zapał publicystyczny u tych kolegów, którzy woleliby niczego w polskiej polityce nie zmieniać. Nie powiem, że mi to schlebia, ale z uwagą to obserwuję.

Zmienił pan nieco język w drugiej części kampanii. Z ułożonego kandydata coraz chętniej wchodzi pan w tego typu utarczki. Skąd ta zmiana?

- Po pół roku przyglądania się polskiej polityce nie z perspektywy komentatora, a od wewnątrz, zorientowałem się, ile w "prawdzie" jest prawdy, ile prawdziwej odpowiedzialności jest w słowie "odpowiedzialność". W najbardziej cierpliwym człowieku coś by pękło. We mnie wręcz strzeliło. W pierwszych tygodniach epidemii koronawirusa naprawdę zobaczyłem państwo z kartonu i zszywek, pogrążone we własnej propagandzie sukcesu, uprawianej nawet teraz. Nie mówię tylko o tym cynicznym rządzie, ale też o koniunkturalizmie i impotencji części opozycji. Mam wrażenie, że zachowuje się tak, jakby dotknął ją syndrom sztokholmski w relacjach z PiS, bo ciągle ucieka od jakiejkolwiek sprawczości. Nie zamierzam cedzić słów, gdy czas jest na realną zmianę.  

Wspomina pan o impotencji opozycji. Czy w kontekście takich słów możliwe jest wspólne działanie opozycyjnych kandydatów przed wyborami? Np. wspólne wycofanie się z wyborów?

- Jesteśmy w sytuacji, w której oszust wciąż rozdaje karty. Gdy oszust do końca je rozda, to będzie czas na decyzje. Wycofywanie się wcześniej to legitymizowanie oszusta, bo on dokładnie tego chce -żeby jego demonstracyjne szachrajstwa odgoniły nas od stołu, żebyśmy uciekli w świętym oburzeniu, a później pomstowali sobie strojąc się w męczeńskie szatki na Facebooku. A co, jeśli Kaczyński właśnie na to czeka, na gesty takie, jak ten Małgorzaty Kidawy-Błońskiej? A gdy odpędzi od stołu nas wszystkich, a na karcie wyborczej zostanie tylko Duda i Jakubiak, powie: "Hmmm, przemyśleliśmy to, wybory jednak jesienią, i w klasycznej formie". Co wtedy zrobimy, nie mogąc zrobić już nic? Ogra nas, jak dzieci. Co do porozumienia opozycyjnych kandydatów, to były takie próby. Jak na razie gry partyjnych interesów zwyciężyły.  Być może potrzebne jest nowe, zupełnie niestandardowe rozwiązanie, wspólne, w którym każdy będzie musiał nieco zrezygnować ze swoich interesów.

Ma pan na myśli konkretne rozwiązanie?

- Mam nadzieję, że po świętach sytuacja się nieco zmieni i będziemy mogli na ten temat porozmawiać.

Rozważa pan wycofanie swojej kandydatury?

- Na razie nie. Z powodów, o których mówiłem wcześniej.

Jest pan w kontakcie z kandydatami opozycyjnymi?

- Mamy do siebie telefony, ale z rzadka kontaktujemy się ze sobą. Częściej robią to nasze sztaby. Nie ma czegoś takiego jak gorąca linia kandydatów opozycyjnych.

Jakie to będą święta?

- To będą święta, jakich dotąd nie znaliśmy. W tej epidemii jest jakaś metafizyczna przewrotność. W sytuacji kryzysowej odruchowo garniemy się do siebie, chcemy okazać sobie troskę, czułość, wsparcie. Tutaj aktem miłości i troski jest to, żeby utrzymywać dystans. Święta spędzę w domu, z żoną i córką. Być może będzie ze mną też mój brat, który mieszka w Warszawie. Nie pojedziemy do naszych rodziców, mają ponad 70 lat, odizolowali się na wsi. Dobrze, żeby mieli jak najmniej kontaktu ze światem zewnętrznym. Będzie inaczej, ale mamy 2,5-letnią córkę, która na pewno zadba o to, żebyśmy się nie nudzili.

Jak pan ocenia postawę Kościoła w dobie pandemii?

- Mam bardzo mieszane uczucia. Mamy wielu wspaniałych księży, którzy próbują jak tylko się da wesprzeć zdalnie ludzi w tym bardzo trudnym czasie. Nie mam jednak wrażenia, że Episkopat Polski, ograniczający się dziś de facto do powielania komunikatów organizacyjnych rządu, pomaga nam jakkolwiek tę sytuację zrozumieć, że tamten poziom Kościoła rzeczywiście z nami jest. Mamy administratorów, nie widzę tu przyjaciół, inspiratorów, zaproszenia do wspólnej refleksji, nie widzę wsparcia. Są oczywiście pojedyncze wyjątki od tej reguły, ale u nas tak jest prawie od zawsze: mamy czasem całkiem sensownych biskupów, z którymi dzieje się coś bardzo niedobrego, gdy zmieniają się w KEP. A skoro w kryzysie nie ma z tej strony sensownego przywództwa, gdy kryzys ustanie - więź jeszcze bardziej osłabnie. Po długim niechodzeniu do kościoła, odkrywaniu, że można modlić się w inny sposób, w wielu z nas mogą jeszcze bardziej osłabnąć więzi z Kościołem instytucjonalnym. Jeszcze szybciej obumrze, więc w nim to, co było tylko rytuałem, wzmocni się to, co było w nim naprawdę.

Oczekiwał pan więcej?

- Tak. Oczekiwałem głośniejszego, jaśniejszego i bliższego ludziom głosu. Nie tyle nawet prób wytłumaczenia: "a dlaczego to się dzieje", "a po co", ale tego, czego oczekuje się od człowieka, gdy dzieje się coś nie do ogarnięcia - bycia w samym środku tego dramatu razem z nami. Ludzkich gestów. Prostej solidarności.

W którym z biskupów widzi pan potencjał na przywódcę w dobie kryzysu?

- Wiele takich cech ma abp Grzegorz Ryś. Podobnie Prymas Polski - abp Wojciech Polak. Gdyby pozwoliło mu zdrowie, mógłby pewnie wiele dobrego zrobić na szerszym forum koszaliński biskup Edward Dajczak. Może kiedyś z Watykanu wróci do Polski kardynał Konrad Krajewski, wtedy zobaczymy, co to znaczy biskup z ikrą. Może zarazi kolegów swoją chrześcijańską odwagą.

Rozmawiał Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy