Reklama

Reklama

Śmierć Stanisława Pyjasa. Bogusław Sonik: Na jego miejscu mogłem być ja lub Wildstein

- Staszek nie był alkoholikiem, nie pił do lustra. Ktoś musiał go widzieć. Jedyne, co może obudzić tę historię, to znalezienie człowieka, który zechce opowiedzieć, co działo się z Pyjasem od godz. 18 do jego śmierci - mówi Interii jeden z założycieli Studenckiego Komitetu Solidarności Bogusław Sonik. Poseł Platformy Obywatelskiej odniósł się też do pojawiających się w mediach nowych przypuszczeniach dotyczących śmierci Stanisława Pyjasa. - To perwersyjna chęć równania w dół. To perwersyjna satysfakcja, że po 40 latach patomorfolodzy znaleźli przedtem niezauważone pęknięcie miednicy. Główna teza tych materiałów jest absurdalna i obrzydliwa - uważa Sonik. Dodaje, że Lesław Maleszka to "konfident z rozdwojoną osobowością".

Łukasz Szpyrka, Interia: Znamienne, że spotykamy się w budynku przy ul. Grodzkiej 27 w Krakowie. Co to za miejsce?

Bogusław Sonik: To tutaj, w 1977 roku, na drugim piętrze, w mieszkaniu numer pięć, była nasza główna kwatera, zawiadująca organizowaniem protestów i bojkotem Juwenaliów. Tutaj były przygotowywane kleje, rozdawane ulotki. Spotykaliśmy się tu jeszcze wcześniej, od kiedy współpracowaliśmy z KOR-em. W nocy z 14 na 15 maja 1977 roku napisaliśmy tutaj deklarację założycielską i powołaliśmy Studencki Komitet Solidarności. Zdecydowaliśmy też, że wieczorem 15 maja zrobimy przemarsz z Szewskiej 7 pod Wawel, gdzie ogłosimy powstanie SKS-u.

Reklama

Szewska 7 jest 600 metrów stąd. Co wydarzyło się tam 44 lata temu?

- 7 maja rano znaleziono tam ciało Staszka Pyjasa. Byłem wtedy tutaj, na Grodzkiej, wczesnym popołudniem przybiegł Lesław Maleszka i krzyknął: Bezpieka zabiła Staszka! Byliśmy porażeni tą informacją. Zadzwoniłem do Jacka Kuronia mówiąc mu, że Maleszka przyniósł taką wiadomość. Taka była praktyka, że informowaliśmy KOR o ważnych wydarzeniach. Dzień później próbowaliśmy zamieścić nekrolog, ale gazety nam odmówiły. Zamówiliśmy mszę u dominikanów. Równolegle trwały przesłuchania kolegów i przyjaciół Pyjasa. Dostaliśmy informację, że milicjanci odmawiają wpisania do protokołu, że byliśmy inwigilowani przez Służbę Bezpieczeństwa, a koledzy Pyjasa dostawali anonimy wzywające do rozprawienia się z nim. Dziewczyny zorganizowały grupę, która poszła na Szewską, by przeprowadzić własne śledztwo.

Dużo się działo.

- Już wtedy wszystkie sygnały dawały nam jasny obraz. Niechęć do zanotowania informacji o inwigilowaniu, nekrologu nie drukują, a natychmiast po śmierci Pyjasa pojawia się informacja w prasie, że był pod wpływem alkoholu i spadł ze schodów. To było szokujące, bo ustalenie przyczyn zajmuje zwykle więcej czasu. Potem jest pogrzeb w Gilowicach pod Żywcem, gdzie roi się od pracowników SB, którzy zachowują się ostentacyjnie, fotografują uczestników pogrzebu. Zrozumieliśmy, że musimy działać.

Kiedy Maleszka wbiegł do tego budynku z informacją o śmierci Pyjasa z rąk bezpieki, od razu mu pan uwierzył?

- Nasuwało się to w sposób naturalny. W kwietniu były przecież anonimy wzywające do rozprawienia się z Pyjasem wszystkimi możliwymi sposobami. Notabene te anonimy były podstawą do złożenia skargi w prokuraturze na dzień czy dwa przed śmiercią Pyjasa. Wszystko wskazywało na to, że bezpieka maczała w tym palce. W oświadczeniu, które powołuje SKS 15 maja, nie wskazujemy jednak sprawców. Mówimy tam, że żądamy wyjaśnienia wszystkich okoliczności, żeby śledztwo nie było mataczone.

Jakie miał pan relacje z Pyjasem?

- Reprezentowaliśmy dwa środowiska, bliskie sobie, ale jednak inne. Ja akurat byłem studentem wydziału prawa. Pyjasa poznałem w listopadzie 1976 roku, na spotkaniu, gdzie uzgodniliśmy, że będziemy zbierać pieniądze na pomoc robotnikom Radomia i Ursusa. On i jego środowisko się w to włączyli, mieli przełożenie na akademiki, więc bardzo szybko zebraliśmy ponad 500 podpisów pod listem o uwolnienie aresztowanych robotników. Spotykałem się z nim sporadycznie. W marcu był na imieninach Józefa Ruszara, a na pamiątkowej laurce jest jego podpis. Ostatni raz widziałem go 6 maja po południu. Przyniósł mi informację o rewizji u Wildsteina.

Bezpieka regularnie pod was podchodziła?

- Wzięła nas na widelec jak tylko się zaangażowaliśmy. Już w listopadzie 1976 wezwali mnie na przesłuchanie. Było klasycznie - mówili, że jak się będę angażował, to wyrzucą mnie ze studiów. Po przesłuchaniu na Placu Wolności (dzisiejszy Plac Inwalidów w Krakowie - red.) rozpoczęła się totalna inwigilacja. Dzień i noc. U niektórych były rewizje, zastraszanie rodziców, wezwali też rodziców Pyjasa. Cała gama zastraszania. 1 maja 1977 roku pojechaliśmy w Gorce. Na szczycie Gorc, w bacówce, spotkaliśmy się z wysłannikami KOR. Byli tam m.in. Antoni Macierewicz, Andrzej Celiński, Wojtek Ostrowski i inni. To była taka noc rozmowy o planach na przyszłość. Zresztą do dziś, co roku, spotykamy się tam każdego 1 maja.

Dlaczego Pyjas był tak ważny? Dziś jego nazwisko obrosło w legendę, ale wówczas był młodym człowiekiem, takim jak wy wszyscy.

- Działaliśmy w dwóch różnych środowiskach. Ja funkcjonowałem przy duszpasterstwie akademickim, w Beczce, a oni sami siebie nazwali środowiskiem anarchizującym. Łączyła nas niechęć do systemu i dążenie do wolności. Pyjas wyróżnił się w czasie zbierania podpisów. Ton jednak nadawało nasze środowisko, bo my mieliśmy kontakt z KOR-em i krakowskimi środowiskami inteligenckimi. W pewnym momencie oni się do nas przyłączyli. Trudno powiedzieć, czym Pyjas mógł się w tak krótkim czasie wyróżnić. Bezpieka miała go na oku, bo był człowiekiem spoza Krakowa, bez własnego środowiska, łatwiejszym do zastraszenia. Poszły anonimy, bo chcieli rozbić chociaż jedną grupę. Nas wzywali na przesłuchania i w ten sposób chcieli zastraszyć. W sprawie Pyjasa posunęli się dalej.

Zapytam inaczej - czy na miejscu Pyjasa równie dobrze mógłby być pan, Bronisław Wildstein, czy ktokolwiek inny?

- Tak, zdecydowanie. Tylko akurat my funkcjonowaliśmy w środowisku krakowskim. Mieliśmy kontakty z kardynałem Karolem Wojtyłą, inteligencją krakowską. Jeżeli kogoś chcieli zastraszyć, to prościej im było uderzyć w kogoś z prowincji. W dodatku Staszek był niski, szczupły, według medyków sądowych niedożywiony i nosił okulary. Jednym słowem ofiara idealna. A jednak atmosfera buntu po 15 maja sprawiła, że postać Pyjasa stała się symbolem oporu.

Czy śmierć Stanisława Pietraszki i Mariana Więclewicza ściśle wiążą się ze śmiercią Pyjasa?

- Byłem tym, który jeździł do rodziców Pietraszki, próbując robić równoległe śledztwo. Rozmawiałem też, na zlecenie KOR-u, z jego przyjaciółmi. Jego rodzice podkreślali, że miał wstręt do wody, bał się wody i nie umiał pływać więc to było dziwne, że z własnej woli sam znalazł się w wodzie (w wakacje wyłowiono jego zwłoki z Jeziora Solińskiego. Był ostatnią osobą, która widziała Pyjasa żywego, spacerującego w dniu śmierci z nieznanym mężczyzną - red.). Powstał zresztą portret pamięciowy tego mężczyzny, który szedł z Pyjasem, więc niepokojąca zbieżność faktów jest. Nie da się jednak tego w 100 procentach połączyć, to pytania do śledczych.

A Węclewicz?

- Z materiałów śledczych wynika, że milicja posługiwała się tzw. grupami lumpów, do załatwiania różnych niewygodnych spraw (w październiku 1977 r. Węclewicz spadł ze schodów; był bokserem współpracującym z milicją. Według części przyjaciół Pyjasa mógł być sprawcą jego śmierci - red.). Nie zostało to potwierdzone. Zresztą trudno dziś wymagać, żebyśmy mieli materialne dowody na tego typu działania SB. Proszę spojrzeć na śmierć ks. Jerzego Popiełuszki. Gdyby nie Waldemar Chrostowski, który uciekł, też moglibyśmy stanąć w obliczu nieznanych sprawców, którzy wrzucili ks. Popiełuszkę do zalewu we Włocławku. Ks. Sylwester Zych został znaleziony na przystanku z czterema promilami alkoholu. Piotr Bartoszcze z kolei został wrzucony do studzienki przez nieznanych sprawców i przez lata mówiono o nieszczęśliwym wypadku.

Jak funkcjonowaliście słysząc o tych wszystkich przypadkach?

- Niosła nas grupa, która dawała dużą siłę. Byliśmy razem, nie mieliśmy telefonów i mediów społecznościowych, ale organizowaliśmy się przez spotkania i dyżury, które trzymaliśmy w kawiarni. Od jesieni organizowaliśmy wykłady - przyjeżdżali do nas Michnik, Moczulski, Macierewicz, Staszek Barańczak z poezją, Edward Lipiński mówił o ekonomii, Janusz Szpotański. Tworzyliśmy otwarty ruch intelektualny. Przychodzili do nas młodzi ludzie, studenci, ale też starsi od nas artyści, czy profesorowie wyższych uczelni. Kolportowaliśmy nielegalną prasę, uruchomiliśmy własną poligrafię oraz bibliotekę książek w PRL- zakazanych. To trwało do sierpnia 1980, kiedy włączyliśmy się w strajki.  A gdy nasz główny postulat został spełniony, ponieważ z naszym udziałem powstała niezależna organizacja studencka NZS, zakończyliśmy działalność jako SKS.

Każdy poszedł swoją drogą.

- Jest trochę dziennikarzy, jak np. Andrzej Mietkowski. Bronisław Wildstein jest dziennikarzem i pisarzem. Ja jestem w polityce, także Ryszard Terlecki i Róża Thun, Ewa Kulik jest dyrektorką Fundacji Batorego, Anna Krajewska przedsiębiorcą, Józef Ruszar dyrektorem Instytutu Literatury. Jan Polkowski świetnym poetą, a Wojtek Sikora po śmierci Jerzego Giedroycia i Zofii Hertz został szefem Instytutu Literackiego w Paryżu.

Spotykacie się jeszcze?

- Założyliśmy stowarzyszenie Maj 77, które gromadzi większość byłych członków i sympatyków. Robimy różne przedsięwzięcia, wydajemy książki. W tym wszystkim staramy się nie angażować w bieżącą politykę, bo wśród nas są ludzie o różnych poglądach. Nie zawsze udaje się jednak omijać te rafy.

Terlecki i Thun to dziś dwa kompletnie inne światy. Nie dziwi pana, że tak się rozjechaliście?

- To prawda, ale uważam, że to, co wtedy nas łączyło, jest w pewnym sensie ważniejsze od dzisiejszych podziałów. Zaletą tego środowiska jest to, że potrafimy ze sobą rozmawiać. 1 maja, kiedy spotykamy się w Gorcach, nasz przyjaciel Paweł Bąkowski, który dziś mieszka w USA, a wtedy był naszym łącznikiem między KOR a SKS, specjalnie po to przyjeżdża i organizuje te spotkania. Zawsze jest tam ponad 20 osób. Jemy obiad, wychodzimy na górę, opowiadamy o tym, co dziś robimy. To bardzo ważne, choć myślę, że taka więź, jak wtedy, już dziś nie zaistnieje.

Niedawno Maria Anna Potocka wydała książkę "Wokół sprawy Pyjasa". Krew się w panu zagotowała?

- To takie teksty potocko-czuchnowskie, bo na jej książce swój tekst oparł red. Wojciech Czuchnowski. Potocka, po pierwsze, zagrabiła dobrą wystawę Doroty Nieznalskiej ("Sprawa Stanisława Pyjasa" - red.). Nieprawdą jest, że była jej inicjatorką, nieprawdą jest, że w tamtych czasach znała nasze środowisko: nikt nie słyszał by w jakikolwiek sposób angażowała się w działania opozycji demokratycznej. Wykorzystuje artystyczną wystawę po to, żeby skierować to wydarzenie na tory polityczne. To próba dyskredytowania naszego środowiska sugerując, że stworzyliśmy mit, aby zbudować swoją tożsamość. To jakieś brednie po prostu.

To niewiedza czy celowość?

- To nie są pierwsze takie teksty. Polemizowałem już z Janem Widackim, Janiną Paradowską, którzy wygłaszali podobne tezy. To perwersyjna chęć równania w dół. To perwersyjna satysfakcja, że po 40 latach patomorfolodzy znaleźli przedtem niezauważone pęknięcie miednicy. Trzeba jednak pamiętać o jednej rzeczy - kłamstwem jest twierdzenie, że biegli w 1977 roku uznali, że śmierć nastąpiła w wyniku upadku ze schodów. To nieprawda. Sądowi eksperci wykluczyli taką ewentualność po wizji lokalnej, jaką na zlecenie Prokuratury przeprowadzili 21 maja 1977 roku. To podstawowe kłamstwo, bo my w naszym myśleniu oparliśmy się na werdykcie biegłych, a nie na komunikatach SB. W 1993 roku kolejna ekspertyza potwierdzała tamte wyniki, ale poszła dalej tłumacząc, że obrażenia powstały raczej w wyniku czynnego działania, czyli uderzeń. To nie myśmy wymyślili fakt, że Pyjas zginął w sposób wykluczający upadek ze schodów. Taka była opinia biegłych. Przez lata dążyliśmy do tego, by wyjaśnić wszystkie okoliczności. Najpierw nie chciano zwolnić SB-ków z tajemnicy państwowej, potem nie dopuszczano do przesłuchania tajnych współpracowników. Pisaliśmy nawet list do prezydenta Wałęsy w tej sprawie. Główna teza tych materiałów jest więc absurdalna i obrzydliwa.

Dlaczego teraz, dlaczego dziś pojawiają się takie teksty?

- To jest taka linia. Jest duże środowisko, które nie przepada za Wildsteinem. Tu może być źródło. Proszę popatrzeć na zajawkę Potockiej: "Rzeczywistość polityczna dała o sobie znać i dramatycznie wpłynęła na ich życie. Jeden stał się Bronkiem Wildsteinem, drugi Leszkiem Maleszką, a trzeci - Staszek Pyjas, przeistoczył się w mit. Każdego zdefiniowało coś innego. Bronisława nienawiść tropiciela". Ten wątek się później przewija i z tekstu wynika, że głównym winowajcą nieszczęść ludzkich jest Wildstein, który opublikował "Listę Wildsteina". A Maleszka to taki intelektualista, zagubiony, który w zasadzie nikomu nie zaszkodził.

Kim dla pana jest lub był Maleszka?

- Konfidentem. Konfidentem z rozdwojoną osobowością, który przebywając z nami potrafił się wcielać w opozycjonistę i przyjaciela, a gdy był z nimi w tego, który ujawniał nasze tajemnice, analizował słabe i mocne strony, ale też sugerował jak nas załatwić. Jest taka jego notatka, w której sugeruje, by Wildsteinowi podrzucić narkotyki, a nas zgarnąć z miejsca spotkania, gdzie mielibyśmy być pod wpływem alkoholu. Maleszkę definiuje historia z anonimami - związanych z rozprawieniem się z Pyjasem i pomawiania go o najgorsze, ujawniając szczegóły z życia prywatnego.

Ale wy też. Nie zauważyliście w jego działaniu niczego dziwnego? Nie budził waszych podejrzeń?

- Byliśmy środowiskiem otwartym, podaliśmy do wiadomości publicznej nasze nazwiska i adresy.  Świadomie zrezygnowaliśmy z podejrzeń, ponieważ - po obrzydliwych anonimach nawołujących do wykończenia Pyjasa - doskonale wiedzieliśmy, że bezpieka podsycała nastroje nieufności. Wiedzieliśmy, że są podsłuchy, że są konfidenci i postanowiliśmy to z tym żyć w przekonaniu, że nie robimy niczego złego. Tylko sprawy druku oraz zaangażowanie osób, które prosiły o dyskrecję utrzymywaliśmy w ścisłej tajemnicy. Taka strategia była najlepszą z możliwych, o czym świadczy fakt, że nawet w oficjalnej publikacji SB przyznało się do bezradności wobec nas. Z Maleszką miałem podejrzaną historię, gdy u niego w domu drukowaliśmy poezję Barańczaka. Wiedzieliśmy o tym tylko my dwaj. Po godzinie wpadła bezpieka. To mnie zdumiało... Odpowiedział, że może sąsiad doniósł.

Jak się zachowywał, gdy wpadła bezpieka?

- Udawał zdziwionego. Swoją drogą dziwne było, że miał całą ścianę wydawnictw bezdebitowych. Tylko jemu esbecy nie zabierali książek. Kładliśmy to na karb tego, że nawet SB  uważa go za dziwaka, tymczasem był to warsztat pracy, bo na te książki wabił do siebie wielu ludzi. Nie, nie podejrzewaliśmy go. Nie sądziliśmy, że w grupie 10 osób, która założyła SKS, może być konfident.

Jak Maleszka żyje dzisiaj?

- Wyizolowany. Marnuje swój talent intelektualny, bo mógłby pisać o wszystkim - literaturze, muzyce, swoich pasjach. Myślę, że jest złamany. Nie jest w stanie wrócić do obiegu publicznego. Nawet do czegoś, co nie jest związane z przeszłością.

Spotkał go pan?

- Od czasu, gdy ujawniliśmy, że był konfidentem SB raz się z nim widziałem. Chciałem wyjaśnić sprawę innego konfidenta z naszego środowiska Henryka Karkoszy. Żyje otoczony swoimi książkami i papierosami.

To było trudne spotkanie?

- Jestem człowiekiem raczej łagodnym, krew we mnie nie buzuje. Wiem też, że mam do czynienia z człowiekiem o rozdwojonej osobowości. Było więc spokojnie. Przysłał nam faks, na nasze 30-lecie, przyznając się do tego, co zrobił. Część środowiska uważa, że tak naprawdę nigdy szczerze nie powiedział wszystkiego. Inna sprawa, że Maleszka - w przeciwieństwie do wielu innych - nie szedł w zaparte, nie szukał usprawiedliwień i  przeprosił.

Lada dzień dojdzie do zmian w IPN. Nowa kadencja, nowy prezes, nowe otwarcie. IPN ma coś jeszcze do zrobienia w tej sprawie?

- Trzeba pamiętać jedno. Do tej pory nie zgłosił się nikt, kto wiedziałby, co się działo z Pyjasem od godz. 18 do czasu jego śmierci. Ówczesny Kraków nie wyglądał tak jak dziś. Miejsca, gdzie można było się spotkać i pić alkohol można było policzyć na palcach jednej ręki. Wtedy w tym mieście trudno było być anonimowym. Tymczasem ta kwestia pozostaje niewyjaśniona. A Staszek, jak wykazała ekspertyza, miał być pod wpływem alkoholu. On nie był alkoholikiem; nie pił do lustra. Ktoś musiał go widzieć. Jedyne, co może obudzić tę historię, to znalezienie człowieka, który zechce opowiedzieć, co w tym czasie działo się z Pyjasem.

Rozmawiał Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje