Reklama

Reklama

Sergiusz Trzeciak: Cyberatak to test dla naszego systemu politycznego

- Jestem przekonany, że nasze reakcje po cyberataku są bacznie obserwowane. Jesteśmy sprawdzani, jak reagują najważniejsi politycy, jak reaguje opozycja, jak podchodzą do tego media. I w zależności od tego, jak się zachowamy, ten spektakl może się ciągnąć jeszcze tygodniami, jeśli nie miesiącami - uważa dr Sergiusz Trzeciak, politolog, specjalista marketingu politycznego i komunikacji strategicznej. - Gra toczy się o zdestabilizowanie systemu politycznego. Są takie sprawy, kiedy potrzebny jest wspólny front rządu i opozycji - przekonuje.

Łukasz Szpyrka, Interia: Po wycieku wiadomości z prywatnych skrzynek polityków rząd jest w poważnych opałach?

Sergiusz Trzeciak: - W polskiej polityce mamy do czynienia z permanentnym zarządzaniem kryzysem. Są oczywiście mniejsze i większe kryzysy wizerunkowe i teraz jest podobnie. One znajdą odbicie w sondażach, ale zapewne nie na długo. Nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że przy tym co dotąd wyciekło, to katastrofa wizerunkowa. Zaznaczam, że na tym etapie, bo nie wiemy oczywiście co jeszcze się pojawi. Inna sprawa, że powinniśmy być bardzo ostrożni w ocenianiu tego, co się pojawia. Wystarczy, że do prawdziwej treści e-maila dopiszemy jedno słowo np. "nie" i już kompletnie zmieniamy jej treść. Zrzuty ekranu niewiele znaczą, bo nigdy nie wiemy czy te wiadomości są prawdziwe czy fałszywe.

Reklama

Używanie prywatnych skrzynek do celów służbowych to strzał w stopę?

- Niestety tak robią politycy na całym świecie, wspomnę choćby Hillary Clinton. To na pewno sygnał ostrzegawczy dla polityków. Mleko się rozlało, każdy powinien uderzyć się w pierś i wyciągnąć wnioski.

Opozycja buduje narrację, że rządzący nie używają służbowych skrzynek, bo nie ufają naszym służbom specjalnym.

- Powiedzmy sobie wprost - gdyby służby chciały monitorować danego polityka, to i ze skrzynką prywatną nie miałyby najmniejszego problemu. Politycy mogą też z innych powodów nie chcieć korzystać ze skrzynek służbowych. Może być to przyzwyczajenie czy zwykła wygoda. Może też oczywiście istnieć obawa, że ktoś ma wgląd w te wiadomości. Polityka ma to do siebie, że nikt nikomu nie ufa. Politycy też mogą nie ufać służbom. Posłowie opozycji przekonują, że nie ufają służbom i obawiają się inwigilacji, ale jestem sobie w stanie wyobrazić, że i niektórzy członkowie koalicji rządzącej mają podobne obawy. Zresztą takie same wątpliwości mają politycy w wielu krajach.

Rządzący nie dementują żadnych informacji.

- Zapewniają jednak, że w niektórych wiadomościach są dopisane niektóre słowa, zdania, a tym samym informacja jest zmanipulowana. Są więc prawdziwe i fałszywe. Problem w tym, że ludzie do takich informacji podchodzą bezkrytycznie - cytowana jest treść maila, w artykule pojawia się słowo "rzekomo", ale ludzie nie analizują tego dogłębnie. W pewnym sensie wpisujemy się w scenariusz, który zaplanowali hakerzy. Wypuścili informację, by przetestować nasz system i sprawdzić nasze reakcje. Jeśli okażą się one skuteczne może to zachęcić hakerów do dalszych ataków. Z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa to bardzo niepokojące zjawisko.

To znaczy?

- Ten atak pokazuje, że można w prosty sposób zatrząść 40-milionowym krajem i nie wiadomo, kiedy to się skończy. Im bardziej media są tym tematem zainteresowane, im więcej przedruków tych wycieków, tym większa chęć hakerów do publikacji kolejnych informacji i dalszego testowania naszego systemu. Tutaj upatrywałbym największego zagrożenia dla naszego systemu.

Jarosław Kaczyński wydał komunikat, który nieco wpisuje się w to, o czym pan mówi. Przekonuje, że to poważny atak, który może zdestabilizować państwo. Prezydent Andrzej Duda z kolei powiedział, że na razie jest za wcześnie, by wyciągać poważne wnioski i trzeba się wstrzymać z ocenami. Premier Mateusz Morawiecki natomiast unika odpowiedzi na pytania o cyberatak. Trzy bardzo ważne osoby w państwie nie są spójne komunikacyjnie.

- Każdy z tych polityków ma zupełnie inny styl komunikacji i w tym przypadku widać to jak na dłoni. Rzeczywiście nie ma tu spójności, jest duża różnica, jeśli chodzi o treść i formę tych wypowiedzi. Czasami trzeba się wznieść ponad plemienne podziały i spojrzeć na to z perspektywy interesów państwa. Dociera do mnie argument dotyczący bezpieczeństwa państwa, a jednocześnie byłbym daleki od bagatelizowania tego, co się stało. Skutki całego cyberataku będą naszą wspólną odpowiedzialnością. Jestem przekonany, że to wszystko jest bacznie obserwowane. Jesteśmy sprawdzani, jak reagują najważniejsi politycy, jak reaguje opozycja, jak podchodzą do tego media. I w zależności od tego, jak się zachowamy, ten spektakl może się ciągnąć jeszcze tygodniami, jeśli nie miesiącami.

Dziwi postawa opozycji, która do tej pory ostro krytykowała rządzących, a teraz dawkuje komentarze.

- Jestem w stanie uwierzyć, że ponad 100 polityków z różnych opcji zostało zaatakowanych. A jeśli tak jest, to mamy do czynienia z pułapką. Jeżeli ktoś skrytykowałby tę sytuację, ostro skomentował, za chwilę może się okazać, że sam padł ofiarą ataku albo jego konto zostało zhakowane. Myślę, że to słuszna strategia. Na miejscu polityków opozycji kilka razy zastanowiłbym się, jak to skomentować, bo sami mogli paść ofiarami podobnego ataku. To może być wykorzystywane w różnych momentach - jakieś dane mogą się pojawić np. przed wyborami samorządowymi czy parlamentarnymi. Jeśli hakerzy uznają, że jest to skuteczne, to cyberatak będą mogli ponowić lub wykorzystać te treści, które już posiadają. Szczerze mówiąc nie wierzę, że teraz wszyscy wyciągną wnioski i nikt nie będzie korzystał ze skrzynek prywatnych.

Czy ktoś w ogóle może politycznie wygrać na tym cyberataku?

- Krótkoterminowo ktoś może coś ugrać, ale próba wykorzystania tego politycznie w dłuższej perspektywie jest bardzo ryzykowna, bo jeśli to atak zewnętrzny, to nie jest to atak na jedną partię - rząd czy opozycję, ale na cały system polityczny w Polsce. W pewnym momencie ofiarą tego ataku może paść dowolne środowisko polityczne. Nie chodzi o to, czy na opozycji ktoś gra przeciwko PiS. Gra toczy się o zdestabilizowanie systemu politycznego. Są takie sprawy, kiedy potrzebny jest wspólny front. Czym innym jest uderzenie się w piersi, a czym innym jest zrozumienie, że jesteśmy częścią większego systemu bezpieczeństwa i to kolejny atak w kolejne państwo. Zachowanie solidarności na poziomie natowskim, europejskim, ale też krajowym oczywiście jest wskazane. Pokazujemy wyraźnie: nie skłócicie nas w ten sposób. Patrząc z punktu widzenia racji stanu, to jedna z niewielu sytuacji, kiedy rząd i opozycja powinny przyjąć wspólny front.

Widzi pan na to szansę?

- Wspólny front może pojawić się wówczas, kiedy przecieki zaczną dotyczyć polityków opozycji. Ale może właśnie o to chodzi? Może na razie nie ma tych przecieków, żeby nie udało nam się zbudować wspólnego frontu. Dało mi to do myślenia - skoro zhakowano skrzynki nie tylko rządzących, to dlaczego ktoś czeka z upublicznieniem wiadomości polityków opozycji? Jestem w stanie uwierzyć, że na tej liście są też głośne nazwiska, być może liderów różnych formacji. Więc może o to chodzi, by na razie nie ujawniać tych wiadomości i czekać, jak zachowa się opozycja. Jeśli upubliczniono by wszystkie opcje, to stronie polskiej łatwiej byłoby zbudować wspólny front. Bez tego hakerzy mogą nas rozgrywać, a media różnych stron mogą budować odpowiednie narracje.

Wspomniał pan o kolejnych tygodniach i miesiącach z cyberatakami. Ta gra aż tak długo potrwa?

- Staram się na to spojrzeć z punktu widzenia próby destabilizacji całego systemu politycznego. To trochę jak w meczu piłkarskim. Mecz trwa, a w zależności od tego, jak będą zachowywać się poszczególni gracze, wszystko może się jeszcze wydarzyć. Możemy to wygrać, ale też przegrać. To bardzo ważny test dla całego systemu politycznego i mediów. Jeśli elity polityczne i medialne zdadzą ten egzamin, konsekwencje tego ataku będą mniejsze. Długoterminowo destabilizując system wszyscy w Polsce na tym tracą.

Rozmawiał Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje