Reklama

Reklama

Rok temu Tusk wrócił do polskiej polityki. "PO zdobyła koszulkę lidera"

Donald Tusk miał wrócić do polskiej polityki na białym koniu i cwałem wprowadzić Platformę Obywatelską na szczyty sondaży. Cwału nie ma, nawet galopu, ale koń lidera PO kłusem, systematycznie, z dnia na dzień prowadzi partię na miejsce, o jakim marzą jej politycy. Co wiemy po roku od powrotu Tuska?

Kilka pierwszych wystąpień publicznych Tuska po powrocie. Lider PO jasno określa wroga - jest nim Prawo i Sprawiedliwość, które w jego opinii zniszczyło polskie państwo w niemal każdym wymiarze. Co jakiś czas obrywa się też opozycji, najczęściej lewicy. Tusk na spotkaniach wewnętrznych chce obudzić też kolegów we własnej partii. Widzi, że ogarnęła ich stagnacja i brak wiary w to, co robią. Albo czego nie robią, bo wcześniejsze inicjatywy PO wyglądały na nieprzemyślane, wtórne, niepoparte odpowiednim zaangażowaniem.

Sprzątanie platformianej stajni

Pierwsze tygodnie rządów Tuska upłynęły pod znakiem rozpoznania. Cierpliwie przyglądał się współpracownikom, bo Platforma, do której wrócił, w dużej mierze zdominowana była przez młodsze rozdanie polityków. Tusk miał kłopot, by się wśród nich odnaleźć, dlatego chętnie rozmawiał z doświadczonymi kolegami, którzy dotąd bez charyzmatycznego lidera mogli wydawać się osieroceni. To np. Bartłomiej Sienkiewicz czy Bartosz Arłukowicz, ale też Radosław Sikorski, którzy po powrocie Tuska wyraźnie odżyli.

Reklama

Poskładanie wewnętrznych klocków wydawało się najtrudniejszym zadaniem Tuska, z którym na pierwszy rzut oka sobie poradził, ale patrząc głębiej - procesu nie zakończył. Lider PO nieustannie przygląda się poczynaniom kolegów, a ci starają się wybić. I muszą dostosować się do obecnej sytuacji - czy chcą, czy nie chcą. Wewnątrzfrakcyjne nieporozumienia pozostały, choć nie drenują już PO od środka. Powołanie 10 wiceprzewodniczących partii to nie przypadek, bo dzięki temu rozwiązaniu choć trochę udało się poskromić wybujałe ambicje. I uszczelnić przekaz na zewnątrz, co w przypadku PO było bardzo ważne - wcześniej wiele wewnętrznych waśni regularnie wychodziło na światło dzienne. Teraz ich nie widać, choć przecież nie zniknęły.

Trzy kroki Donalda Tuska

Prof. Sławomir Sowiński, politolog z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie uważa, że powrót Tuska do polskiej polityki - jak każdą polityczną misję - warto mierzyć w trzech krokach. Pierwszym jest wewnętrzna mobilizacja i odbudowa zespołu. Drugim przypomnienie się własnym wyborcom i odzyskanie ich zaufania. Trzecim natomiast zarzucanie sieci i zdobywanie nowych wyborców. O ile trzeci krok, jak mówi Interii Sowiński, Tusk spróbuje postawić dopiero na końcu tej drogi, o tyle dziś znajduje się pomiędzy pierwszym a drugim.

- Donaldowi Tuskowi chyba udało się już odzyskać stałych wyborców PO. Notowania na poziomie 26-28 proc. to stały elektorat PO. Zwiększenie tych wskaźników i trzeci krok czyli wychodzenie po nowych wyborców jest zapewne zaplanowane na ostatni etap przygotowania przed wyborami - uważa nasz rozmówca.

- Mniej udało mu się natomiast zbudowanie silnego, sprawnego zespołu, który nie tylko opiera się na charyzmie i przebojowości lidera i jego otoczenia, ale jest sprawną drużyną 30-40 przygotowanych do władzy polityków i zaplecza eksperckiego. Tego w PO na razie nie widzę. Nie widzę też inicjatyw przygotowujących partię do władzy. Przypomnę choćby "gabinet cieni" Grzegorza Schetyny, który był dość wyśmiewany, ale była to realna demonstracja przygotowania do pełnienia władzy - zauważa politolog.

Wizerunkowy kryzys - utrata prawa jazdy - przezwyciężony

Tusk, mimo wdrożenia pakietu naprawczego, w pewnym sensie wciąż mierzy się z personalnym bałaganem. Przykłady choćby z ostatniego miesiąca to np. happening Klaudii Jachiry w Sejmie, który sprawił pewien kłopot Tuskowi - najpierw jej bronił, a później zachęcał do innych form ekspresji. Kolejny przykład to niewyjaśniona jazda na rowerze Franciszka Sterczewskiego, który podczas policyjnej kontroli zasłaniał się immunitetem i nie pozwolił na badanie alkomatem. Trzeci przykład - seria językowych wpadek Izabeli Leszczyny, która w Platformie uchodzi za eksperta od poważnych tematów związanych z gospodarką i finansami.

Wizerunkowe kryzysy zdarzają się jednak wszędzie. Gorzej, gdy dotyczą one lidera. Poważną wpadkę zanotował zresztą sam Tusk. W listopadzie ubiegłego roku lider Platformy Obywatelskiej za zbyt szybką jazdę w terenie zabudowanym stracił prawo jazdy (Interia poinformowała o tym jako pierwsza - red.). Eksperci ds. PR nie mieli wątpliwości, że skończy się to poważną rysą na wizerunku polityka. Przypominali też, że podobne przykłady niektórym kończyły kariery. Tym razem jednak doszło do paradoksu - przez kryzys wizerunkowy Tusk przeszedł niemal suchą stopą, a sondaże partii niemal nie drgnęły.

Sondażowa zwyżka, ale bez przebicia sufitu

Sondaże to z kolei najważniejszy element operacji pt. "powrót Tuska". Dokładnie rok temu Platforma notowała jedne z najniższych wyników sondażowych w historii. Na jakiś czas odstąpiła Polsce 2050 Szymona Hołowni miano najsilniejszej (sondażowo - red.) partii opozycyjnej. Rozpoczęła się fala odejść rozpoznawalnych polityków, głównie do świeższego ugrupowania Hołowni. Słowem - wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że pod rządami Borysa Budki projekt PO zostanie zakończony. Ale pojawił się Tusk.

Sowiński: - Powrót Donalda Tuska będzie można oceniać w szerszej perspektywie czasowej. Zastał PO w stanie dość głębokiego kryzysu, można nawet powiedzieć o stanie politycznego rozkładu. Niewątpliwie Platformę z tego dołka podniósł.

Chwilę po powrocie Tuska sondaże pofrunęły w górę. PO szybko wróciła na drugie miejsce i nie pozostawiła wątpliwości, że to ona jest największą partią na opozycji. Ważni politycy Platformy zapewniali, że przekroczenie "trójki z przodu" jest tylko kwestią czasu. To "efekt Tuska" - mówili, a kolejne redakcje - być może nieco zaskoczone - pisały w tym kontekście kolejne artykuły.

Wewnętrzna gra z Rafałem Trzaskowskim

Zaskoczony nie był natomiast Rafał Trzaskowski. Prezydent Warszawy tuż przed powrotem Donalda Tuska zapowiedział, że stanie z nim do rywalizacji o przywództwo w partii. Trzaskowski jednak się spóźnił, bo machinę pt. "powrót Tuska" nakręcili już inni politycy PO i nie dało się jej zatrzymać. Rozgoryczenie pozostało, choć sam włodarz stolicy przekonywał, że jest inaczej. Na dowód "przyjaźni" z Tuskiem zaprosił lidera PO do Olsztyna, gdzie startował z pierwszą edycją Campusu Polska Przyszłości. Obaj zainaugurowali to wydarzenie debatą, a znów polityczna Polska ostrzyła sobie zęby na ostre starcie między politykami dwóch pokoleń PO. Wynik? Remis.

Zresztą sam Trzaskowski udzielił wtedy wywiadu Interii, w którym odniósł się do tzw. efektu Tuska. "Jasne było, że powrót Donalda Tuska będzie miał pozytywny wpływ na nasze notowania. Powiem nieskromnie, że gdybym ja został przewodniczącym Platformy, też byłby skok w notowaniach. Pytanie, co dalej?" - zastanawiał się Trzaskowski, a jego pytanie pozostaje otwarte. Nie milkną też echa dotyczące rzeczywistych relacji między panami i przyszłości prezydenta Warszawy w partii.

- Kontrolowane napięcia służą partiom politycznym, a nie je osłabiają. Sprawnie ten manewr stosuje Jarosław Kaczyński, który utrzymuje "wewnętrzny ogień" w Zjednoczonej Prawicy przez zarządzanie szeregiem wewnętrznych konfliktów i rywalizacji. Można też odnieść wrażenie, że od czasu do czasu wrzuca też hasła podgrzewające ową wewnętrzną rywalizację. W PO jest podobnie, głównie za sprawą Rafała Trzaskowskiego i Donalda Tuska, co dla innych polityków PO może być lekcją - uważa prof. Sowiński.

Hołownia niepocieszony, do gry wchodzi Kwaśniewski

O ile powrót Tuska koledzy w partii przyjęli z szerokim uśmiechem, o tyle na opozycji nie był witany fanfarami. Z różnych powodów. Polska 2050 Szymona Hołowni w efekcie straciła pozycję najsilniejszej partii na opozycji, a i dzisiejsza współpraca zdaje się być kłopotliwa, bo Hołownia budował markę na zasadzie przeciwstawienia się światom przeszłości - Kaczyńskiego i Tuska. Jednocześnie był też największym beneficjentem wewnętrznych kłopotów w PO, bo jego formację zasilali głównie politycy związani z Koalicją Obywatelską. W ciągu roku od wyborów polityczna Polska regularnie dowiadywała się o kolejnych transferach Polski 2050. Odkąd Tusk wrócił - żadnego nie było.

Spokojnie powrót Tuska przyjęto w PSL z dwóch powodów - Władysław Kosiniak-Kamysz był w rządzie lidera PO, a i całe PSL współtworzyło przecież koalicję rządową w latach 2007-2015. Ludowcy wiedzieli więc, czego można się po Tusku spodziewać. Trudniej było w lewicy, bo jej lider Włodzimierz Czarzasty nie ukrywał, że z Tuskiem się po prostu nie zna. Dopiero teraz, po interwencji Aleksandra Kwaśniewskiego, o czym pisaliśmy w Interii, panowie zaczęli rozmawiać. O zbudowanie nici porozumienia jednak ciężko.

Dariusz Wieczorek, sekretarz klubu Lewicy: - W ogóle tego nie analizujemy w taki sposób. Każda partia ma prawo do swoich decyzji, wyboru liderów. Będziemy z każdym na opozycji współpracować, bo po prostu musimy. Sytuacja wymaga zintensyfikowania współpracy.

Wojciech Konieczny, PPS: - Jego powrót przede wszystkim zmienił sytuację w PO, która stała się partią właściwie jednolitą, dobrze zarządzaną, w której skończyły się trudności związane z jej funkcjonowaniem. Politycy PO mają duże doświadczenie i zaplecze, a ktoś musiał to wszystko wziąć w swoje ręce. Donaldowi Tuskowi się to udało.

- Opozycja ma teraz partnera, który jest decyzyjny. Wiadomo, że cechuje go duże doświadczenie. To, że nie udało się prześcignąć nikomu PiS w sondażach, to po prostu polityka. Przywództwo Donalda Tuska w KO aż do wyborów jest niezagrożone. Dopiero teraz przychodzi największy egzamin. Ostateczne świadectwo Tusk dostanie podczas wyborów - ocenia Konieczny.

Zjednoczenie opozycji kluczowym projektem?

Tusk wrócił do polityki z jasnym przesłaniem - zjednoczenia opozycji. Uważa, że tylko jedna lista wyborcza daje realną szansę na pokonanie PiS. Politycy innych formacji przedstawiają jednak argumenty, że inne warianty mogą być równie skuteczne. Co ciekawe, postawa Tuska w tym zakresie ewoluuje, bo jak przekonywali nasi rozmówcy, na ostatnim spotkaniu w Senacie nie forsował już tak bardzo projektu pt. "wspólna lista".

Zresztą Leszek Miller w rozmowie z Interią przekonywał, że jedyną przeszkodą do porozumienia na opozycji jest "strach przed dominacją Tuska".

Prof. Sowiński: - Opozycja jest w stanie naturalnej rywalizacji. Po roku widać, że Platforma zdobyła koszulkę lidera i nikt po stronie opozycji jej nie zagraża. Lider zawsze ma jednak wszystkich przeciwko sobie, a - co ciekawe - PO nie jest tak mocno krytykowana. Część opozycji może czuć się zirytowana ciągłym powtarzaniem hasła "wspólna lista". Ta sprzeczka będzie trwała, ale ten opozycyjny peleton powinien już tak wyglądać do wyborów.

Z Płońska do Radomia

Podsumowanie roku rządów Tuska jest dość kłopotliwe, bo wieloaspektowe. Powyższe przykłady pokazują, że udało mu się uszczelnić PO, nadać jej żwawszego tempa, a także wprowadzić do agendy nowe rozwiązania (np. zmiana statutu, poszerzenie prezydium, organizowane meet-upy, akcja pt. 1000 spotkań, panele eksperckie - red.), których dotąd w partii było mało. Nie udało mu się natomiast przebić sondażowego szklanego sufitu PO ustawionego na poziomie 30 proc. poparcia. Jak dotąd nie udało mu się też namówić kolegów z opozycji do bardzo ścisłej współpracy, choć tu sprawa pozostaje otwarta. W tym przypadku jednak koń Tuska nie porusza się kłusem, ale stępem.

Co przyniesie konwencja w Radomiu? Współpracownicy lidera Platformy Obywatelskiej przekonują, że to najważniejsze wydarzenie partyjne od 10-11 lat, o czym pisaliśmy w tym tekście.

Prof. Sowiński: - W ciągu tego roku zapamiętałem jeden ciekawy ruch, po którym zabrakło jednak konsekwencji. To słynna konwencja z bochnem chleba w Płońsku. Przekaz był wyraźny - PO chciała szukać wyborców poza wielkimi miastami. Radom do tego nawiązuje, a to - moim zdaniem - jeden z kluczy do zwycięstwa. Platforma musi szukać poparcia poza wielkimi miastami, a to oczywiście słynne prawo Schetyny, że wybory wygrywa się w Końskich.

Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy