Reklama

Reklama

Reset na linii Polska-Węgry. "Stara miłość nie rdzewieje"

Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział, że chce wrócić do współpracy z Węgrami w ramach Grupy Wyszehradzkiej, mimo że oba kraje dzieli skrajnie różny stosunek do rosyjskiej agresji na Ukrainę. - To jedynie uzasadnienie powrotu do współpracy z samym Orbanem. To wytrych, który ma osłodzić Polakom powrót do współpracy z agentem Kremla w UE - przekonuje Interię Paweł Zalewski z Polski 2050. - Stara miłość nie rdzewieje. Wszystkie układy z Salvinim i Le Pen, których kluczem był Orban, wciąż działają - uważa natomiast wiceprzewodniczący PO Tomasz Siemoniak.

Kiedy wszystkie kraje Unii Europejskiej przywdziewały błękitno-żółte barwy w geście solidarności z Ukrainą, Budapeszt pozostawał, mówiąc delikatnie, powściągliwy. Premier Viktor Orban wyjaśniał, że agresja Rosji na Ukrainę nie może być traktowana zerojedynkowo. Trudno się dziwić - był ostatnim europejskim przywódcą, którego stopa stanęła na Kremlu przed 24 lutego 2022 roku.

Minęło pół roku, a Orban znów pojawił się w Moskwie. W sobotę jako jedyny zagraniczny przywódca wziął udział w uroczystościach pogrzebowych Michaiła Gorbaczowa. Tym razem nie spotkał się jednak z Władimirem Putinem (który nie brał udziału w wydarzeniu - red.), ale moskiewskie władze doceniły gest węgierskiego przyjaciela. Bo nie ma wątpliwości, że właśnie w ten sposób Orban traktowany jest w Rosji. To jedyny europejski polityk od początku agresji Rosji na Ukrainę, który jasno stawia sprawę, że w tej wojnie kibicuje Kremlowi.

Reklama

Swój punkt widzenia stara się też zaszczepić węgierskiemu społeczeństwu. Instytut Idea przeprowadził sondaż, w którym zapytał wyborców partii Orbana, kto w największym stopniu odpowiada za wojnę na Ukrainie. Co ciekawe, na pierwszym miejscu uplasowały się Stany Zjednoczone (47 proc.), a tylko 3 proc. twierdzi, że to Rosja jest odpowiedzialna za wybuch wojny. Kilkanaście procent wyborców Orbana uważa, że winę ponoszą sami Ukraińcy. 

Dylemat premiera Morawieckiego

Te liczby i stanowisko Węgier doskonale zna premier Mateusz Morawiecki.

- Nasz stosunek do Ukrainy jest bardzo konkretny - pomagać, bo tam jest dzisiaj linia frontu i nie chcemy, by była ona bliżej Polski. Chcę jednak zwrócić uwagę na jedno - jakkolwiek jestem krytyczny wobec wielu wypowiedzi naszych węgierskich sojuszników, to jednak wszystkie pakiety sankcji mogły być ustalone tylko dlatego, że były ustalone jednomyślnie - a więc Węgrzy również głosowali za tymi pakietami - zaznaczył premier, który mimo jasnych słów Węgrów widzi jedno "ale".

- Z Węgrami łączy nas bardzo, bardzo wiele. Węgry to jest - razem z Czechami i ze Słowacją - najbliższy sojusznik w ramach Unii Europejskiej. Nasi węgierscy przyjaciele wiedzą doskonale, w jaki sposób prowadzi się politykę w Brukseli. Razem z całą Grupą Wyszehradzką jesteśmy w stanie w bardziej efektywny sposób bardziej realizować naszą politykę - mówił premier.

Tym samym ochłodzenie stosunków na linii Warszawa-Budapeszt trwało zaledwie pół roku. Premier zapowiedział powrót do współpracy w ramach Grupy Wyszehradzkiej, mimo że stosunek Węgrów do rosyjskiej inwazji się nie zmienił.

Zalewski: To wytrych

- Trzeba oddzielić współpracę z Węgrami od współpracy w ramach Grupy Wyszehradzkiej. To rzeczy powiązane, ale nie są tożsame. Morawiecki tak naprawdę mówi o powrocie do współpracy z Węgrami. Legitymizuje to współpracą w ramach Grupy Wyszehradzkiej. To instytucja, która ma sens, mimo fatalnej polityki Orbana. W moim przekonaniu jednak to hasło służy jedynie do uzasadnienia powrotu do współpracy z samym Orbanem. To wytrych, który ma osłodzić Polakom powrót do współpracy z agentem Kremla w UE - mówi Interii Paweł Zalewski, poseł Polski 2050 Szymona Hołowni.

Dlaczego jednak polskiemu rządowi ma zależeć na dobrej współpracy z Węgrami, nawet mimo tego, że wyłamują się one z europejskiej solidarności? W opinii Zalewskiego odpowiedź jest oczywista i dotyczy "większego wroga" od Rosji.

- Kiedy ogłoszono upadek tego projektu, już wtedy mówiłem, że to nie jest szczere. PiS ma bowiem ważniejszy interes w relacjach z Węgrami, którym jest działanie na rzecz osłabienia Unii Europejskiej. Nie dziwię się, że nastąpi powrót do współpracy z Węgrami, bo w moim przekonaniu ta wcześniejsza rezygnacja była fałszywa. Istotę stosunku PiS do Węgier wyznacza transakcja sprzedaży Lotosu MOL-owi - podnosi polityk opozycji.

W jego opinii powrót do rozmów z Węgrami wynika z pragmatyzmu politycznego ukierunkowanego na wspólny front przeciwko instytucjom unijnym.

- Morawiecki i PiS zaangażowali zbyt wiele kapitału politycznego we wsparcie Ukrainy, by dziś ustawić się do niej bokiem. To nie o to chodzi. Chodzi o to, co powiedział europoseł Zdzisław Krasnodębski, że zagrożenie ze strony UE jest większe niż ze strony Rosji. Dla PiS UE jest ostatnią instytucją, która jest jeszcze w stanie wpływać na obronę wymiaru sprawiedliwości w Polsce i dlatego jest przez PiS traktowana jako większy wróg niż Rosja. Dlatego partia rządząca potrzebuje współpracy z Węgrami, które mają podobny pogląd - wyjaśnia Zalewski.

Siemoniak: Stara miłość nie rdzewieje

W podobnym tonie wypowiada się Tomasz Siemoniak, wiceprzewodniczący Platformy Obywatelskiej, który moment na powrót do współpracy z Węgrami określa "fatalnym".

- Nie jest tak, że można oddzielać jedne sprawy od drugich. To tak, jakby ktoś powiedział, że z Rosją będziemy sobie rozmawiali o jednych rzeczach, a o innych nie, bo prowadzi wojnę. Węgry absolutnie wyłamują się z solidarności Zachodu, jeśli chodzi o postawę w sprawie wojny. Węgierscy politycy jeżdżą do Moskwy, więc jest to bardzo zła deklaracja, pokazująca, że nieszczere były wypowiedzi dystansujące się wobec Węgier - uważa Siemoniak.

- Stara miłość nie rdzewieje. Wszystkie układy z Salvinim i Le Pen, których kluczem był Orban, wciąż działają. Nie rozumiem, jakie są kalkulacje premiera i PiS. Słowacja i Czechy to bardzo dobrzy partnerzy, trzeba z nimi współpracować, ale ich postawa jest klarowna. Nie ma Grupy Wyszehradzkiej, jeśli Węgry są po innej stronie w wojnie Rosja-Ukraina. To nieprzemyślana deklaracja ze strony Morawieckiego. Jeśli jednak, jak słychać z ust polityków PiS, większym zagrożeniem jest Zachód, to owszem, Węgry są dobrym sojusznikiem - ironizuje wiceprzewodniczący PO.

Pytanie jednak, jak na współpracę z Węgrami będą zapatrywać się inni partnerzy - Czechy i Słowacja. Czy Grupa Wyszehradzka w obecnym kształcie ma jeszcze szansę powodzenia?

- Nie ma żadnych wiecznych formatów, trzeba na politykę patrzeć pragmatycznie. Każdy patrzy na swoje interesy. Co za przeszkoda, by spotykali się premierzy Polski, Czech i Słowacji? Dziś nie mamy wspólnego interesu z Węgrami, a przynajmniej nie powinna ich mieć demokratyczna Polska, która jest członkiem Zachodu - podkreśla Siemoniak.

Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy