Reklama

Reklama

Prof. Janusz Moryś tłumaczy się ze słów o "funduszu Morysia"

- Jest mi przykro. Jeżeli przez 40 lat wszystkie moje wysiłki były prostudenckie (...) A teraz spotyka człowieka coś takiego. Raczej nie mogę się z tego tytułu cieszyć - mówi Interii prof. Janusz Moryś, jeden z trzech wykładowców nagranych przez studentów podczas rozmowy na temat sposobów na zaniżanie zdawalności. To prof. Moryś mówi na nagraniu o "funduszu Morysia", z którego dziś się tłumaczy. - To, powiedziałbym, nie najlepszej jakości żart, który został rozpowszechniony - przekonuje Moryś.

Łukasz Szpyrka, Interia: Co to jest "fundusz Morysia"?

Reklama

Prof. Janusz Moryś: - To nic nie jest. To, powiedziałbym, nie najlepszej jakości żart, który został rozpowszechniony. Jest to efekt tego, co wynika z pomnożenia kwoty za odpłatność za powtarzanie roku przez liczbę studentów, która nie zdała.

Matematykę trochę rozumiem, zastanawia mnie bardziej użycie sformułowania "fundusz Morysia", którym chwali się pan kolegom z Bydgoszczy.

- Nie chwalę się. Tak naprawdę podałem niefortunnie taką nazwę. Zresztą to określenie powstało wśród studentów i takie określenie dotarło do mnie od nich. Jest to niefortunne sformułowanie.

Rektor wie o czymś takim jak "fundusz Morysia"?

- Nie ma czegoś takiego, ponieważ zakład ani pracownicy zakładu nie pobierają żadnych opłat za powtarzanie roku. Opłata jest pobierana przez uczelnię. Student, który decyduje się na powtarzanie roku wnosi ją na konto uczelni, a uczelnia wykorzystuje ją, by opłacić koszty związane z koniecznością organizacji zajęć dla studentów powtarzających, którzy nie mogą być zgodnie z ustawą 2.0 łączeni ze studentami studiów stacjonarnych.

Cieszy pana, gdy studentów powtarzających rok lub przedmiot jest dużo?

- Nie mam z tego tytułu żadnych korzyści, więc nie widzę powodów do cieszenia się. Natomiast liczba osób powtarzających przed pandemią była większa niż teraz. Wtedy wynosiła około 15 proc. studentów, w tej chwili wynosi 10 proc. Nie ma żadnych wskaźników, jaka ma być zdawalność. Wynika to tylko z tego, czy studenci się uczą, czy się nie uczą. Czy zdają, osiągając 60 proc. poprawnych odpowiedzi, czy nie. Są zresztą na to trzy terminy, więc mają okazję poprawiać swoją wiedzę.

Mimo wszystko zdarzają się tacy, którzy muszą powtarzać przedmiot. Choć to żadna nowość, bo tak dzieje się od lat.

- Oczywiście panie redaktorze, bo to studenci pierwszego roku, a anatomia jest trudnym przedmiotem. Niestety wszyscy nie są w stanie szybko ten materiał opanować. A to, co jest dla nich najtrudniejsze, to widzenie trójwymiarowe. A myślę, że każdemu z nas zależy, by lekarz, który będzie nas w przyszłości leczył, znał anatomię i potrafił nas zdiagnozować.

Zależy nam też na tym, by wszyscy wykładowcy prowadzili egzaminy, kolokwia zaliczenia w sposób rzetelny i uczciwy. A nie w sztuczny sposób zaniżali zdawalność.

- Oczywiście, że tak. Mogę wykazać się pełną dokumentacją przeprowadzonych egzaminów i to wiele lat wstecz. Były one też sprawdzane przez władze dziekańskie, przez komisje akredytacyjne, i nikt nie zarzucił nierzetelności weryfikacji i sprawdzania w zakładzie anatomii.

Zastanawiam się, dlaczego przy słowach kolegi z Bydgoszczy: "Mam najlepszych studentów, dla których robię specjalny test. Taki że po cztery punkty mi piszą. Najlepsi", pan nie protestował, że jest to nieetyczne.

- Panie redaktorze, to jest wyrwane z kontekstu. Dotyczy to studentów najlepszych, którzy mają szanse na tzw. przedtermin, czyli "zerówkę". Kiedyś w ten sposób, przed pandemią, kwalifikowaliśmy studentów do puli reprezentujących uczelnię w konkursie ogólnopolskim. Nagrodą dla tych studentów była ocena bardzo dobra z egzaminu. A wymagania dla tych studentów były znacznie wyższe niż dla innych. Ale to osoby, które dobrowolnie zgłaszają się do konkursu. Dostają propozycję, ale nie muszą z niej korzystać.

Mówi pan o fragmencie wyjętym z kontekstu. To może narysuje pan ten kontekst? O czym panowie rozmawialiście?

- Cały kontekst polegał na ocenie jakości kształcenia na kontrolowanym kierunku. Mamy obowiązek sprawdzenia bazy dydaktycznej, sprawdzenia i weryfikacji sposobu prowadzenia zajęć, a także w jaki sposób prowadzone są zaliczenia i egzaminy. To wszystko jest oceniane. Tam padają fragmenty, o których my wiemy, o co chodzi, bo znamy specyfikę, ale innym niewiele to mówi. Na nagraniu zwracałem m.in. uwagę, że były cztery grupy, które pisały teorię. Pytałem, jaki jest sposób weryfikacji, powiedziałbym, tożsamości pytań dla tych grup. Ze wszystkiego można zrobić sensację, ale tutaj?

Uważa pan, że w tym przypadku żadnej sensacji nie ma?

- Wszystkim nam zależy na tym, żeby jakość kształcenia, zwłaszcza na kierunkach medycznych, była jak najlepsza. Dlatego że w końcu ci ludzie będą nas leczyli. Wolałbym, żeby leczył mnie lekarz dobrze przygotowany, rozpoznający chociażby 60 proc. struktur, które ma do rozpoznania na kolokwium czy egzaminie. Jeśli mam studenta, który rozpoznaje struktury na poziomie 6 proc., to cudów nie zrobię.

Bardziej zastanawiam się, czy coś pana gryzie po upublicznieniu tej rozmowy.

- Oczywiście, że mnie gryzie. Jest mi przykro. Jeżeli przez 40 lat wszystkie moje wysiłki były prostudenckie, a do tego wszystkiego starałem się, żeby anatomia była naprawdę rzetelnie prowadzona, żeby nie było zastrzeżeń do weryfikacji wyników. To ja wprowadziłem rejestr wszystkich egzaminów. Zarówno pod kątem praktycznej i teoretycznej części, gdzie sprawdzanie odbywa się dwustopniowo. Jedna osoba sprawdza nie tyle studenta, co pytanie, by uniknąć subiektywizmu w ocenach. A teraz spotyka człowieka coś takiego. Raczej nie mogę się z tego tytułu cieszyć.

Jak to "spotyka człowieka coś takiego"? To chyba ten człowiek wypowiada słowa, za które bierze odpowiedzialność?

- Jeżeli mówimy o nagraniu bez czyjejś zgody i wykorzystaniu tego bez autoryzacji, to miałbym duże wątpliwości.

Pan używa słów "fundusz Morysia" bez żadnego skrępowania.

- To złe określenie, nie powinno paść i nie powinno tak zabrzmieć. Co do tego nie mam wątpliwości. W każdej chwili mogę przeprosić każdego, kto poczuł się urażony takim sformułowaniem.

Dostajemy różne sygnały od czytelników. Zgłaszają się do nas obecni lub byli studenci GUMed, którzy zastanawiają się, czy nie padli ofiarami jakiegoś procederu, o którym nie mieli pojęcia.

- To zapraszam każdego z tych studentów do siebie. Może zobaczyć swoje wyniki. Jeżeli bardzo chcą, to możemy je nawet upublicznić.

Jest pan przewodniczącym Uniwersyteckiej Komisji ds. Jakości Kształcenia na Kierunku Lekarskim. Poda się pan do dymisji?

- Przedstawiłem taką propozycję przewodniczącemu KRAUM. Powiedziałem, że mogę w każdej chwili ustąpić, jeżeli KRAUM uważa, że postąpiłem niezgodnie lub naruszyłem coś, co mogło mieć znamiona przestępstwa lub czegoś innego. Moja propozycja nie została przyjęta.

Rozmawiał Łukasz Szpyrka

Rozlicz pit online już teraz lub pobierz darmowy program

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama