Reklama

Reklama

Polityczny podręcznik Donalda Tuska - czyli jak zapraszać, żeby nie zaprosić

Nieśmiała próba zjednoczenia opozycji, przy okazji niedzielnej manifestacji w Warszawie, okazała się kompletną klapą. - Jeśli Tusk rzeczywiście tego chce, musi uśmiechnąć się trochę inaczej - uważa Dariusz Klimczak z PSL-Koalicji Polskiej. - Chyba nie tędy droga. Widzę, że rozlewa się żal, a ludzie czują się oszukani - nie ukrywa Hanna Gill-Piątek z Polski 2050. Katarzyna Lubnauer z KO przekonuje natomiast, że "Tusk zrobił wszystko", by zjednoczyć opozycję, w dodatku nie tylko ją.

Tuż przed niedzielną manifestacją w Warszawie, która miała pokazać przywiązanie partii opozycyjnych i większości Polaków do Unii Europejskiej, Donald Tusk pojawił się w studiu TVN24. Przekonywał, że zaprasza na to wydarzenie wszystkich, niezależnie od barw politycznych. Podkreślał, że wpadł na pomysł zorganizowania demonstracji, bo przyszłość UE leży mu głęboko na sercu. Mile widziani mieli też być liderzy innych formacji politycznych, których osobiście zapraszał.

Sprawdziliśmy, jak wyglądało to w praktyce. Tusk przekonywał, że Szymon Hołownia był pierwszym, do którego zadzwonił. Rzeczywiście, panowie pozostawali w kontakcie, ale tylko do momentu opublikowania przez Tuska wpisu na Twitterze z zaproszeniem na Plac Zamkowy. Od tej chwili kontakt się urwał. Poza tym nikt z Polski 2050, w zastępstwie Hołowni, nie został doproszony na tę imprezę. Dla środowiska Hołowni stało się jasne, że zaproszenie było jedynie grą, a Tusk chce to wydarzenie zawłaszczyć dla siebie.

Reklama

Dość oschłe było też zaproszenie wysłane do Władysława Kosiniaka-Kamysza. We wspomnianym wywiadzie Tusk mówił, że lider ludowców nie odebrał od niego telefonu. To tylko część prawdy, bo jak dowiedziała się Interia, Kosiniak-Kamysz rzeczywiście nie odebrał telefonu, ale nie od Tuska, lecz jego sekretarki. Środowisko PSL taką próbę kontaktu potraktowało jako afront. Tusk, już osobiście, zadzwonił do Kosiniaka-Kamysza w sobotę wieczorem. Było jednak za późno na zmianę decyzji, bo ta zapadła na posiedzeniu klubu PSL już w piątek.

Następny w kolejce był Robert Biedroń. Odebrał telefon, przyjął zaproszenie i jako jedyny lider dużej partii pojawił się w niedzielę na scenie. Ale i tu nie obeszło się bez zgrzytów. Tusk z premedytacją pominął drugiego współlidera Nowej Lewicy Włodzimierza Czarzastego, z którym po prostu nie rozmawia. Na dodatek zaprosił w niedzielę Leszka Millera, jednego z najbardziej zajadłych krytyków poczynań Czarzastego. Dla polityków Nowej Lewicy taka gra Tuska nie była zaskoczeniem, ale zostawiła niesmak.

Pozostają dwie formacje - Porozumienie Jarosława Gowina i Konfederacja. Dla Tuska możliwość współpracy zarówno z byłym kolegą z PO, jak i konfederatami, na tym etapie jest jednak wykluczona.

Próba sił z oldbojami w tle

Wydarzenia związane z niedzielną manifestacją pokazują tylko, jak powrót Tuska dla innych formacji opozycyjnych jest bolesny. Współpraca wygląda zupełnie inaczej niż do tej pory, a wszystkie strony muszą nauczyć się od nowa siebie nawzajem. A raczej nauczyć się Tuska i nieustannie liczyć się z tym, że jego ambicje będą dynamicznie zmieniały sytuację. Akurat w tym przypadku sprawa wydawała się banalnie prosta, bo wszystkie powyższe formacje są stricte prounijne. Wydawałoby się, że problemu z jednym przekazem nie będzie, ale stało się inaczej. Jaki jest więc efekt małej próby zjednoczenia opozycji?

- To w ogóle nie była próba zjednoczenia opozycji. To była próba pokazania: "to ja jestem najważniejszy w opozycji" - nie ukrywa Dariusz Klimczak z PSL-Koalicji Polskiej.

- To był bardziej test na to, kto przyjdzie. Zaproszeń tak naprawdę nie było, więc wyszło jak wyszło. Nawet posłowie klubu KO przyznają, że polityków młodego pokolenia tam nie było. Pojawili się oldboje, znani z czasów, kiedy Tusk dochodził do władzy. Dziś scena polityczna wygląda trochę inaczej, więc jeżeli Tusk chce pokazać się jako ten, który ma możliwości do zjednoczenia opozycji, musi uśmiechnąć się trochę inaczej do Hołowni, Kosiniaka-Kamysza czy Gawkowskiego, przed którymi jest przyszłość w polskiej polityce - przekonuje ważny polityk ludowców.

Politycy Koalicji Obywatelskiej ripostują, że relacje z PSL-Koalicją Polską są świetne, a najlepszym tego dowodem była obecność na manifestacji Jarosława Kalinowskiego, który reprezentował tę partię. Jak dowiedziała się jednak Interia, była to bardziej samowolna decyzja Kalinowskiego, niż efekt partyjnej strategii. Inna sprawa, że Kalinowski to polityk, który współpracował z Tuskiem kilkanaście lat temu, a dziś, choć formalnie jest szefem Rady Naczelnej PSL, nie ma tak dużego przełożenia w partii jak choćby Kosiniak-Kamysz, Klimczak, Krzysztof Hetman czy Piotr Zgorzelski.

- Ustaliliśmy, że jako partia PSL nie włączamy się w ten protest. Część uważała, że powinniśmy się pokazać, bo jesteśmy partią prounijną i stąd obecność Jarosława Kalinowskiego. Naszego lidera nie było, bo nie był współorganizatorem - ucina Klimczak.

Samotna gra PSL-Koalicji Polskiej


Tymczasem od momentu powrotu Tuska ludowcy prezentują bardzo zdystansowane podejście. Nie wspominają o wspólnych listach, a forsują swój pomysł budowy bloku chadeckiego. W dodatku, chwilę po zwołaniu manifestacji przez Tuska, zgłosili projekt samorozwiązania Sejmu.

Klimczak: - Wniosek o samorozwiązanie Sejmu mieliśmy złożyć w tym tygodniu, a inicjatywa Tuska dotycząca manifestacji była dodatkową determinantą, by pokazać mocny głos. Tak czy inaczej mieliśmy to w planach, ale przyspieszyliśmy ogłoszenie tej inicjatywy.

Na własny rachunek gra też Polska 2050 Szymona Hołowni. Lider ruchu, tego samego dnia co Tusk w Warszawie, był w Białymstoku. Poszczególni przedstawiciele młodego ugrupowania byli w mniejszych miejscowościach, np. w Nowym Sączu jedna z działaczek protestowała indywidualnie.

- Do nikogo z nas nie dotarło żadne zaproszenie. Z Szymonem kontakt rzeczywiście był, ale tylko do momentu, kiedy Tusk ogłosił manifestację jako swoją. Później już nie było żadnej kontynuacji. Na Placu Zamkowym byli natomiast nasi przedstawiciele. Gdyby ktoś chciał, mógł ich dostrzec i zaprosić - uważa posłanka Hanna Gill-Piątek.

Polska 2050: Ludzie czują się oszukani

- Ludzie przyszli tam wspierać przynależność do Unii, a zdjęcie tłumu już znalazło się w profilu PO z ich wielkim logotypem. Są głosy, że to nadużycie. Zastanawiam się, czy te osoby uda się jeszcze zmobilizować, czy od polityki się odwrócą. Ze strony PO to działanie przeciwskuteczne. Jeśli mamy wygrać z PiS-em, to chyba nie tędy droga. Widzę, że rozlewa się żal, a ludzie czują się oszukani - twierdzi posłanka Polski 2050.

Partia Szymona Hołowni w ostatnim czasie najboleśniej odczuła "efekt Tuska". To właśnie jej kosztem wzrosły notowania Platformy Obywatelskiej, a na sondażowym podium obie formacje zamieniły się miejscami. Komentatorzy z miejsca zaczęli się zastanawiać, czy z Polską 2050 nie stanie się to, co swego czasu z Nowoczesną, która została wchłonięta przez PO. Na razie jednak ruch Hołowni walczy o własną podmiotowość, a takie sytuacje jak ta niedzielna jedynie wzmagają chęć do działania na swój rachunek.

Jednocześnie nie wykluczają współpracy, ale zdaniem Gill-Piątek powinna ona przebiegać na zupełnie innych warunkach. Takich, jakie miały już miejsce w przeszłości.

- Była to kolejna próba zjednoczenia opozycji na siłę. Powinniśmy działać tak, jak w Rzeszowie, gdzie wszystko się udało. Wówczas nikt, z "zaproszeniem", nie wyskakiwał pierwszy przed kamery. Tylko chyba wtedy Donalda Tuska nie było w Polsce. Wszystkie "koalicje 276" i inne takie inicjatywy, które informują nas po fakcie, są trudne, bo nie zostawiają przestrzeni - podkreśla Gill-Piątek.

KO: Tusk zrobił wszystko

Z frekwencji i oprawy niedzielnej manifestacji, a także zaangażowania Donalda Tuska, zadowolona jest Katarzyna Lubnauer z Koalicji Obywatelskiej.

- Donald Tusk zrobił wszystko, by nie była to manifestacja tylko sympatyków KO, ale wszystkich sił opozycyjnych - zarówno politycznych, jak i np. ruchów obywatelskich. Zabrakło właściwie tylko przedstawiciela Polski 2050, ale rozumiem, że obecność Hołowni na innym proteście też jest pewną formą wsparcia - uważa Lubnauer.

Tymczasem ostatni sondaż dla "Wydarzeń" Polsatu nie zostawia złudzeń. Jedynie pełne zjednoczenie opozycji daje jej nadzieję na pokonanie Prawa i Sprawiedliwości. W każdym innym wariancie, np. dwublokowym, obóz rządzący może liczyć na kolejną wygraną.

- Nie wiem, czy będzie jeden blok na wybory 2023, ale nie mam żadnej wątpliwości, że jeżeli pójdziemy czterema, to może znowu przydarzyć się wygrana PiS. A jestem pewna, że wygrana opozycji jest konieczna dla bezpieczeństwa Polski i Polaków - przekonuje Lubnauer.

- Zadaniem największego ugrupowania opozycyjnego jest tworzenie warunków do tego, by powstała szersza formuła. Mniejsze partie powinny natomiast zrozumieć, że są czasem rzeczy ważniejsze niż chwilowe partykularne interesy. Nikt nie ma wątpliwości, że taką sprawą jest zatrzymanie możliwego polexitu - podkreśla była liderka Nowoczesnej.

Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy