Reklama

Reklama

Podkomisja smoleńska jak "ponura trupa". Krzysztof Brejza: 23 ml zł przepalone i przejedzone

- Podstawą normalnego państwa jest jawność i transparentność pieniędzy publicznych. To nie były prywatne pieniądze Kaczyńskiego czy Macierewicza. To wielki wstyd dla tej podkomisji, że dopiero sąd musiał zmusić Błaszczaka do ujawnienia tych kwot - mówi Interii senator Krzysztof Brejza, który po wyroku sądu uzyskał informacje na temat kosztów funkcjonowania podkomisji smoleńskiej. W ciągu pięciu lat pochłonęła ona blisko 23 mln zł.

Ministerstwo Obrony Narodowej odpowiedziało na wniosek senatora Krzysztofa Brejzy i poinformowało, że w latach 2016-2021 wydatki podkomisji smoleńskiej wyniosły 22,6 mln zł. To nowa informacja, bo do tej pory, mimo apeli ze strony mediów i polityków opozycji, koszty funkcjonowania tej podkomisji pozostawały niejawne.

Co ciekawe, MON nie odpowiedział na wniosek Brejzy w naturalny sposób, ale potrzebna była do tego sprawa w sądzie. Tę wygrał senator Koalicji Obywatelskiej, a sąd nakazał resortowi obrony upublicznić wydatki podkomisji.

Reklama

- Zasłaniali się cały czas tajemnicą, pompowali balon, a nie ujawniali ani kwot, ani raportu. Przecież tego raportu nigdzie nie ma. Pamiętamy przedziwnych ekspertów od pana Berczyńskiego po innych, przedziwne eksperymenty jak wysadzanie blaszaka gdzieś na poligonie, czy samo zniszczenie innego tupolewa. I zero efektów. 23 mln zł zostały przepalone, przejedzone, a to wszystko powinno być do ostatniej złotówki rozliczone - mówi Interii Krzysztof Brejza.

- Bardzo przykry jest sposób traktowania opinii publicznej. Pytam o te kwoty przecież w imieniu ludzi. Podstawą normalnego państwa jest jawność i transparentność pieniędzy publicznych. To nie były prywatne pieniądze Kaczyńskiego czy Macierewicza. To wielki wstyd dla tej podkomisji, że dopiero sąd musiał zmusić Błaszczaka do ujawnienia tych kwot. To jeden wielki wstyd dla tej ekipy - nie owija Brejza.

Sama podkomisja jest niejako spadkobierczynią parlamentarnego zespołu zajmującego się badaniem katastrofy smoleńskiej. Trafiła pod skrzydła ministerstwa obrony narodowej i funkcjonuje tam niejako jak niezależny byt. Na jej czele od lat stoi Antoni Macierewicz, a w jej składzie znajdują się m.in. eksperci badający wypadki lotnicze czy rodziny ofiar.

Co ciekawe, nawet politycy partii rządzącej zastanawiają się, w jakim trybie pracuje podkomisja Macierewicza, kto w niej zasiada i kiedy będzie pełny raport prac.

Małgorzata Wassermann, córka Zbigniewa Wassermanna i posłanka PiS, mówiła w Polsacie wprost, że skład podkomisji i prowadzone przez nią prace są jej "nieznane". - Oni pracują w sposób niejawny - dodała.

Brejza używa mocniejszych słów.

- Cała ta podkomisja stała się taką trupą artystyczną wyciąganą w momentach kryzysu, by najbardziej radykalny elektorat PiS cementować. I działa jak straszna, ponura trupa artystyczna, by w odpowiednim momencie rzucała kulkami i robiła szpagaty. To się jednak wypaliło. Pozostaje jeden wielki niesmak i wstyd, bo kłamali w sprawie podkomisji, kłamali w sprawie skargi do Hagi, kłamali w sprawie umiędzynarodowienia śledztwa. Na każdym etapie jest kłamstwo i nie ma nawet cienia próby zrobienia z tego czegoś propaństwowego - uważa senator KO.

Jego zdaniem, abstrahując od trybu pracy podkomisji, w samych szeregach Prawa i Sprawiedliwości "nie ma już takiej energii i zapału do tej sprawy, bo katastrofa została zbadana".

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy