Reklama

Reklama

Pęknie bariera 1000 zakażeń dziennie? Grzesiowski: Boję się, że tak będzie

- Zapełniają nam się szpitale, bo liczba osób hospitalizowanych w ciągu tygodnia wzrosła o 500. To bardzo dużo. Mamy spory przyrost również przypadków objawowych. Dla mnie sytuacja zdecydowanie się pogarsza – mówi Interii dr Paweł Grzesiowski.

Łukasz Szpyrka, Interia: Wyraził pan opinię, że Adam Niedzielski będzie dobrym ministrem zdrowia. Skąd bierze się pana optymizm?

Reklama

Dr Paweł Grzesiowski: - To człowiek z wewnątrz, zna system. Nikt tak jak NFZ nie zna potrzeb szpitali, również w kontekście COVID-19. Jako szef NFZ dał się poznać jako osoba decyzyjna i kreatywna, która potrafi zarządzać dużą organizacją. Jego ruchy na tym stanowisku uważam za pozytywne, choćby jeśli chodzi o wycenę niektórych świadczeń, wycenę testów czy kwestię podatku cukrowego. Jest jeszcze koncepcja płacenia za efekt i jakość leczenia, a nie za pacjenta. To niezwykle ważne, a zdaje się, że minister jest zwolennikiem tego pomysłu. Gdyby udało mu się to wprowadzić w życie, byłaby to duża sprawa.

Krytycy zarzucają Niedzielskiemu, że nie jest lekarzem.

- Uważam to za szansę. Tak jak naczelnym dyrektorem szpitala absolutnie nie musi być lekarz, tak i szefem resortu nie musi być lekarz. Dlaczego? Bo lekarz, który nie jest edukowany na menadżera, nigdy nim nie będzie. To tak jakbyśmy z łabędzia chcieli zrobić gołębia pocztowego. Ministerstwo Zdrowia to obszar zarządczy, a nie przychodnia medyczna. Lekarze na tym stanowisku, szczególnie ci z tytułami profesorskimi, to wieloletni błąd kolejnych władz. Moim zdaniem to szansa na nowe spojrzenie na system i dzięki temu może on ulec zmianie. Bezwzględnie natomiast powinien mieć ekspertów i lekarzy jako doradców u swojego boku.

Napisał pan w mediach społecznościowych, że nowemu ministrowi "deklaruje merytoryczne wsparcie". Co to oznacza? Ma pan ochotę na jedno z ministerialnych stanowisk?

- Jestem gotowy do pomocy każdemu ministrowi, który chce racjonalnie działać na rzecz poprawy systemu ochrony zdrowia. Tak było w czasach PO, ale też PiS za kadencji Konstantego Radziwiłła. Jednak za czasów ministra Łukasza Szumowskiego ekspertów uznano za krytyków i nie dopuszczano ich do obszarów decyzyjnych. Generalnie resort w tym czasie korzystał wyłącznie z urzędników wewnętrznych i tajnych doradców. Dopiero w ostatnim czasie powstał zespół ekspercki, do którego zaproszono praktyków, ale na razie czekamy na wdrożenie jego rekomendacji. Minister Niedzielski jest szansą na nowe otwarcie. Wierzę, że tak jak NFZ z Niedzielskim u sterów był propacjencki, tak i teraz takie będzie Ministerstwo Zdrowia. Jestem optymistą, choć pozostaje pytanie, czy zamieni się to na decyzyjność. Czy trudne decyzje będzie w stanie przeforsować przez rząd? To na razie pytanie bez odpowiedzi.

W piątek odnotowano 903 nowe zakażenia koronawirusem. Czy do końca sierpnia dobijemy do 1000 zakażeń dziennie?

- Boję się, że tak będzie. Nic nie wskazuje, żebyśmy zredukowali tę liczbę. Proszę spojrzeć, że kolejne województwa dołączają do czołówki. Wcześniej był to Śląsk i Małopolska. Dziś są to już kolejne duże regiony z liczbą powyżej 100 chorych. Zapełniają nam się szpitale, bo liczba osób hospitalizowanych w ciągu tygodnia wzrosła o 500. To bardzo dużo. Mamy spory przyrost również przypadków objawowych. Dla mnie sytuacja zdecydowanie się pogarsza. Co gorsza, 900 osób z tego piątku to ludzie, którzy zarazili się tydzień temu, bo okres wylęgania się choroby to taki czas. Mówimy więc o sytuacji, która wydarzyła się w połowie sierpnia. A za tydzień z dzisiejszych 900 będzie 1200 nowych zakażonych, bo wskaźnik R (reprodukcji wirusa) wynosi już ok. 1,3.

Wiceminister Waldemar Kraska powiedział, że niebawem będzie przypadał jeden szpital jednoimienny na dwa województwa. Co pan o tym sądzi?

- To trochę wypowiedź wyrwana z kontekstu. Trzeba znać całą koncepcję, aby to właściwie zrozumieć. Strategia wypracowana w grupie eksperckiej, niejako wpisuje się w te zamierzenia. Mianowicie mamy mieć cztery poziomy opieki. Pierwszy to lekarz POZ, który pracuje z pacjentem zdalnie, a jeśli nabiera podejrzeń, to musi go fizycznie zbadać, a jeśli będzie taka potrzeba, to wysłać na test wymazowy w punkcie. Druga ścieżka dla pacjentów ciężej chorych to przesłanie do szpitala pierwszego poziomu opieki, czyli powiatowego lub miejskiego. Pacjent ma tam robiony test, czeka tam na wyniki, w przejściowym oddziale izolacyjnym, gdzie będzie traktowany jak zakażony. Jeżeli wynik będzie dodatni, to pacjent będzie odsyłany do szpitala lub oddziału zakaźnego. Jeśli natomiast ma COVID-19 z powikłaniami, czyli ciężkimi chorobami współistniejącymi, to trafi do szpitala jednoimiennego. W tej koncepcji nie każdy trafia do szpitala jednoimiennego, ale tylko ci najciężej chorzy. Zresztą była propozycja, żeby zmienić nazwę temu ostatniemu na "szpital specjalistyczny do opieki nad powikłanym pacjentem z COVID-19". Na ten moment ten plan wydaje się najbardziej prawdopodobny. Krótko mówiąc droga byłaby taka: lekarz POZ - szpital powiatowy/miejski - szpital /oddział zakaźny - szpital wysokospecjalistyczny . Wówczas osiem wysokospecjalistycznych szpitali covidowych może na początku zabezpieczyć pierwszą falę chorych.

Niebawem koniec wakacji, a dzieci wrócą do szkół. MEN przekonuje, że wytyczne dla dyrektorów szkół załatwiają sprawy. Zgodzi się pan z tym?

- To grube nieporozumienie - mamy kilkanaście dni do otwarcia szkół, a dyrektorzy nie do końca wiedzą, co mają robić. Wytyczne nie rozwiązują głównej sprawy, czyli przeniesienia zasad "kolorów" regionów na sytuację w szkole. Tzw. strefy żółte i czerwone powinny mieć bezpośredni wpływ na otwarcie lub zamknięcie szkoły. W przypadku pomarańczowej i żółtej moglibyśmy rozważyć zajęcia hybrydowe, a w przypadku czerwonej naukę zdalną. Ryzyko jest zbyt duże, więc na pewno zamknąłbym szkoły w strefie czerwonej do czasu zmniejszenia liczby zakażeń.

Dzieci powinny rozpocząć zajęcia 1 września?

- Część z nich dopiero wraca z wakacji. Uważam, że powinniśmy otworzyć szkoły np. 10 września, wtedy dzieci miałyby 10 dni swoistej kwarantanny, pod warunkiem oczywiście, że zostałyby w domu. Te dwa działania musiałyby zostać skoordynowane. Bo jeśli dzieci wrócą z wakacji, z obozów, prosto do szkół, to może być wiele zakażeń w tym okresie. Byłbym więc bardzo ostrożny z tą datą 1 września.

Rozmawiał Łukasz Szpyrka

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy