Reklama

Reklama

Paweł Piskorski: Stare wygi sprowadziły Rafała Trzaskowskiego do parteru

- Albo Rafał Trzaskowski pogodzi się z rolą "szefa młodzieżówki" PO i osoby odpowiedzialnej za pozyskiwanie nowych członków, co jest na pewno poniżej jego oczekiwań, albo się zbuntuje - mówi Interii Paweł Piskorski, szef Stronnictwa Demokratycznego i jeden ze współzałożycieli Platformy Obywatelskiej. - Polaryzacja utwardza elektorat, ale o nieprzekonanych go nie poszerza. Dziś Donald Tusk bardzo mocno ją odgrzewa, a to oznacza, że krótkoterminowym jego celem jest odzyskanie dominacji na opozycji. Chce przeskoczyć Hołownię, a cały anty-PiS znów ma orientować się na PO - dodaje.

Łukasz Szpyrka, Interia: Rafał Trzaskowski może się już z PO pakować?

Paweł Piskorski: - Nie, ale z całą pewnością musi się żegnać z marzeniem, a być może złudzeniem, że wszystko co będzie chciał, od Platformy dostanie. Taka sytuacja była przez rok, ale jej nie wykorzystał - ku mojemu żalowi, bo uważałem za naturalne, że przejmie przywództwo w PO. Nie chciał tego. Okazało się, że stare wygi sprowadziły go do parteru - jest podkreślane, że jest ważny, ale nie jest panem sytuacji. Albo pogodzi się z rolą "szefa młodzieżówki" PO i osoby odpowiedzialnej za pozyskiwanie nowych członków, co jest na pewno poniżej jego oczekiwań, albo się zbuntuje. Ale to już będzie niosło za sobą duże konsekwencje.

Reklama

Która opcja jest bardziej realna?

- Będzie czekał. To widać po jego zachowaniu po radzie krajowej. Przyjął metodę wyczekiwania i chwalenia tego co się stało. Jeśli powrót Tuska przyniesie pozytywne rezultaty PO, to jego pole działania będzie jeszcze bardziej ograniczone. Starzy działacze PO z dużą satysfakcją odsyłają go, by zajął się Warszawą. I może się to stać jego jedyną realistyczną wizją przyszłości, a marzenia o liderowaniu trzeba będzie porzucić.

Trzaskowski przespał swój moment?

- Przespał możliwą szansę nie tylko dla siebie, ale by inaczej ułożyć oś sporu w Polsce. Po wyborach prezydenckich mógł formalnie przejąć przywództwo w PO. Wiem, że było to możliwe, bo wówczas władze PO nie mogłyby się temu oprzeć. Myślał, że będzie mógł to zrobić w każdej chwili. A ta chwila się w sobotę skończyła.

Przegrał na własne życzenie?

- W pewnym sensie, bo mógł przejąć przywództwo, ale tego nie zrobił. Z drugiej strony nie docenił, że sytuacja może się zmienić do tego stopnia, że wróci Tusk i zabierze mu rząd dusz w Platformie.

Wcześniej użył pan zwrotu "stare wygi". Kogo ma pan na myśli?

- Pokolenie starszych polityków PO, które nie pasowało do tego, co Trzaskowski mówił i w którym kierunku prowadził PO. Mówił o nowym pokoleniu w polityce, nowym spojrzeniu, że starsi powinni zrobić młodszym miejsce. Z całą pewnością jeśli ktoś jest w Sejmie siódmą czy ósmą kadencję, to nie chce słyszeć takich słów. Jest sporo działaczy w PO, którzy mają długi staż polityczny i dla nich jest to powrót do mitycznych złotych lat i ich przewodzenia. Jeśli 64-letni Tusk wraca na pierwszym miejscu, to im też nikt nie będzie wymawiał wieku, gdy będą tworzone listy. Konflikt pokoleniowy narastał w Platformie, a prymat szukania nowych ludzi i rozwiązań, którego uosobieniem był Trzaskowski, wyczerpał się. Wraca stare.

Trzaskowski rzeczywiście jest lub był zagrożeniem dla Tuska?

- Rok temu wydawało się, że nie ma o czym gadać. On przecież odesłał Tuska na emeryturę. A teraz byłby zagrożeniem gdyby miał zdolność obalenia Donalda Tuska. A on tej zdolności w tej chwili nie ma. Widać po nastawieniu sojuszników Trzaskowskiego, że jest to obawa nie przed wyrzuceniem, ale marginalizacją. Za chwilę usłyszą: "zajmijcie się pozyskiwaniem młodych, skoro tyle o tym mówicie, a poważną politykę zostawcie nam, starszym". To jest próba przypisania roli. Tusk będzie chciał wszystko poukładać - od młodzieży mamy Trzaskowskiego, od środowisk wiejskich zdominowany przez nas PSL. Z czym on tak naprawdę przychodzi do PO? Z polaryzacją, która działała, ale kiedyś. Polaryzacja utwardza elektorat, ale o nieprzekonanych go nie poszerza. Dziś Tusk bardzo mocno ją odgrzewa a to oznacza, że krótkoterminowym jego celem jest odzyskanie dominacji na opozycji. Chce przeskoczyć Hołownię, a cały anty-PiS znów ma orientować się na PO. Przy takich hasłach polaryzacyjnych trudno będzie przebić się z hasłami merytorycznymi PSL czy Lewicy. Tusk mówił w swoim wystąpieniu, że nawet nie trzeba uzasadniać, dlaczego tamci są złem. To jest przecież język zimnej wojny, który jednocześnie wypycha inne partie. Politycy innych partii mogą czuć się zagrożeni, choć to wcale nie oznacza, że to będzie skuteczne.

Co ma pan na myśli?

- Nie jest powiedziane, że twardy anty-PiS spotka się z powszechną euforią. W części środowisk na pewno tak. Ci, dla których to najważniejsze mogą wracać do poparcia PO kosztem innych środowisk opozycyjnych. Ale wątpię żeby zwiększało to ogólną liczbę wyborców opozycyjnych. Jest przecież spora grupa, która oczekuje propozycji pozytywnych. Być może to etapowany plan Tuska - na początek chce zdominować opozycję, a później przedstawić program pozytywny. Teraz cała propaganda PiS-owska odgrzeje kotlety z poprzednich kampanii. Zresztą w kampanii prezydenckiej właśnie przez obciążenie tą przeszłością, od tego dziedzictwa odciął się Rafał Trzaskowski, który wysyłał go na emeryturę.

To może za te słowa Tusk może mieć teraz ochotę na małą zemstę?

- Być może to element motywacji psychologicznej, ale nie podejmę się tego rodzaju analizy. Z całą pewnością Trzaskowski wiedział, że żeby poszerzać elektorat i zbliżać się do 50-51 proc. poparcia, trzeba otwierać się na nowe środowiska. Duża część społeczeństwa, a mówię o badaniach, nie najlepiej wspomina rządy PO. Trzaskowski to wiedział i chciał się od tego odciąć. Zdaje się, że dziś Tusk sam odcina się od Tuska przepraszając choćby za emerytalne decyzje rządu. Obawiam się, że może to być mało wiarygodne.

Wyobraża pan sobie, że dwie największe partie - PiS i PO - w 2023 roku znów zgarną np. 75 proc. wszystkich głosów?

- Wyobrażam sobie sytuację, że PO jest najsilniejszą z partii opozycyjnych, a pozostałe są z nią pokłócone i uważają ją za zagrożenie. Alternatywą jest to, że Donald Tusk, w co nie wierzę, dokonuje przełomu i w ciągu roku marginalizuje te partie tak jak Kaczyński zmusił Ziobrę i Gowina do koalicji na swoich warunkach. To jednak mało prawdopodobne. Te partie raczej przetrwają i powalczą o swoje. Nie wierzę, żeby Tusk doprowadził do jednej listy opozycji. Pamiętamy, że 37 proc. poparcia wystarczy przy odpowiednich warunkach do samodzielnej większości w Sejmie a tyle ponownie może mieć PiS. Jest jeszcze Konfederacja, która jest w opozycji zarówno do opozycji, jak i PiS. Ona będzie języczkiem u wagi. Pójście na polaryzację jest krótkoterminowo korzystne dla Platformy, ale długoterminowo odpycha ją od możliwości porozumienia z innymi środowiskami.

Tusk znany jest z rozprawiania się z popularnymi kolegami z partii. Trzaskowski będzie dziś w takiej sytuacji jak kiedyś np. Grzegorz Schetyna?

- Zdecydowanie nie. Schetyna był jego najwierniejszym wykonawcą egzekucji na pozostałych liderach Platformy. Dopiero gdy został wicepremierem wyrósł na tyle, że Tusk poczuł zagrożenie i w konsekwencji wyrzucił go z rządu. To zupełnie inna historia. Jeśli szukać analogii, to był już pewien polityk PO, któremu Tusk obiecywał prezydenturę, a drugi, któremu obiecywał premierostwo. Warunek był jeden - Tusk miał pozostać szefem partii. Pierwszy nazywa się Andrzej Olechowski, który pogodził się z rolą "wyczekującego". Drugi nazywa się Jan Rokita, a finał obu historii znamy. Na miejscu Trzaskowskiego jakiekolwiek zapowiedzi i obietnice traktowałbym z niezwykłą ostrożnością, a nawet obawą.

Historia lubi się powtarzać.

- Rafał Trzaskowski jeszcze miesiąc temu mógł w każdej chwili powiedzieć, że chce być realnym liderem Platformy, a kierownictwo partii musiałoby odstąpić mu tę rolę. W tej sytuacji Trzaskowski nie ma ruchu, jest podporządkowany sytuacji w partii. Albo zgodzi się na rolę, którą Tusk mu wyznaczył, a to rola niewspółmierna do jego możliwości i ambicji, albo poszuka rozłamu. Sądzę, że z tej drugiej możliwości nie skorzysta.

Może jeszcze wystartować w wyborach na szefa partii.

- Jeśli te byłyby szybko. Słuchałem publicznej wypowiedzi Grzegorza Schetyny, który mówił, że odbędą się one w 2024 roku, czyli po wyborach. Za 2,5 roku proszę bardzo, ale będzie już po wszystkim. Świadomie zrobili taki ruch statutowy, żeby nie potrzeba było żadnych wyborów. Trzaskowski był tu bezradny. On publicznie powiedział, że chce wyborów, że w nich wystartuje. A oni przeszli nad tym do porządku dziennego.

Dostał policzek?

- Trzaskowskiemu pokazano, że są sprytniejsi gracze, bardziej bezwzględni i bez problemu radzą sobie z taką sytuacją. Trzaskowski pierwszy raz odebrał taką lekcję.

Jaką rolę odegrał tu Grzegorz Schetyna? Na radzie krajowej uśmiechał się od ucha do ucha.

- Był jednym z tych, którzy doprowadzili do sytuacji, że w Platformie wróciły "stare, dobre czasy". Tusk, jego otoczenie i starsi politycy Platformy wierzą, że wrócą piękne czasy, kiedy PO wygrywała z PiS. Ci sami ludzie cieszą się, że odchodzi czas zagrożenia przyjściem młodych, dynamicznych. To niewątpliwa, choć krótkoterminowa satysfakcja.

Sprawili sobie prezent na 20-lecie Platformy?

- Przewrotnie wygląda to tak, że muszkieterowie PO starają się, mimo upływającego czasu, odgrywać tę samą rolę, którą odgrywali 20 lat wcześniej. Żyją złudzeniem, że to może być skuteczne. To jednak bardzo ryzykowne złudzenie.

Rozmawiał Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL