Reklama

Reklama

Michalina Jarmuż: Polska szkoła i ukraińskie dzieci na głębokiej wodzie

- Kiedy pracujemy z uchodźcami, nie mamy pewności, że dziecko przyjdzie jutro do szkoły i będzie kontynuować naukę. Nauczyciele mają z tym problem, bo nie wiedzą, co będzie. Mówią też, że zostali rzuceni na głęboką wodę, bez instrukcji obsługi. W ogóle im się nie dziwię, bo nikt ich do tego nie przygotowywał – mówi Interii Michalina Jarmuż, doradca do spraw zarządzania wielokulturowością w szkołach. - Obawy w kontakcie z odmiennością, wielokulturowością, są naturalne. My je po prostu wszyscy mamy, jedni bardziej, drudzy mniej, ale one są. Jeśli wszelkie działania nie będą przemyślane, nie będziemy patrzeć w przyszłość, jakie mogą być tego konsekwencje, to możemy naprawdę w pewnym momencie spotkać się z faktycznymi problemami – ostrzega.

Łukasz Szpyrka, Interia: Uczniowie z Ukrainy już wiedzą, że z jedynką w Polsce się nie zdaje?

Michalina Jarmuż, psycholog międzykulturowy*: - Dzieci, które zaczęły naukę przed wakacjami, są już świadome tych znaczących różnic. Tyle że ruch migracyjny wciąż jest i pojawiają się nowi uczniowie. Pamiętam, że w maju miałam spotkanie z rodzicami ukraińskimi, kiedy opowiadałam im o różnicach, ale też prawach i obowiązkach. Rzeczy dla nas oczywiste, jak choćby wejście i wyjście ze szkoły, wychodzenie z terenu szkoły w trakcie godzin lekcyjnych, ocenianie, korzystanie z telefonów komórkowych, a w zasadzie ich zakaz, okazały się dla nich dużym zaskoczeniem. Obserwuję też po rodzicach ukraińskich, że nie zawsze jest w nich zrozumienie w ocenie z zachowania. Rozmawiałam z jedną z ukraińskich nauczycielek, która rozpoczęła pracę w polskiej szkole. Mówiła, że polscy rodzice nie podważają wpisywanych uwag, ale ukraińscy krytykują ocenę z zachowania. Taki mamy system i osoby trafiające do niego muszą go poznać. Dlatego tak ważne jest uświadamianie.

Reklama

Jak radzi sobie w Polsce ta nauczycielka?

- Jej poziom posługiwania się językiem jest niski, a kompetencji kulturowych uczy się teraz. Dla mnie to bardzo niebezpieczny obszar - nauczyciel przedmiotu (nie języka obcego) bez kompetencji językowych i kulturowych, to dość ryzykowny wybór - bo jako matka, wybierając placówkę edukacyjną dziecku, zwracam uwagę, czy szkoła wesprze moje dziecko na właściwym poziomie. W  ukształtowaniu jego kompetencji edukacyjnych, społecznych, w tym również językowych - ważny jest język szkolnej edukacji. Zatrudnienie nauczycieli przedmiotowych bez wystarczających kompetencji językowych w obszarze konkretnego przedmiotu, to bardzo trudny temat i nie ma dla mnie jednoznacznej odpowiedzi. Podkreślę raz jeszcze - żeby nauczyciele z zagranicy pracowali w polskiej szkole powinni nabyć kompetencje językowe, nie tylko na poziomie komunikatywnym, ale również na poziomie języka szkolnej edukacji oraz kompetencji kulturowych. Nie możemy ich wrzucać na głęboką wodę, najpierw musimy ich przygotować do pracy w polskiej szkole.

Na chwilę wyszła pani z roli psychologa i wcieliła się w rolę matki.

- Celowo, bo takie głosy się zaczynają pojawiać. Niektórzy mogą się tego nawet krępować, że mają jakieś obawy, ale powtarzam, że takie obawy w kontakcie z odmiennością, wielokulturowością, są naturalne. My je po prostu wszyscy mamy, jedni bardziej, drudzy mniej, ale one są. Jeśli wszelkie działania nie będą przemyślane, nie będziemy patrzeć w przyszłość, jakie mogą być tego konsekwencje, to możemy naprawdę w pewnym momencie spotkać się z faktycznymi problemami, a nie wyzwaniami. Pamiętajmy, że w głowach polskich rodziców pojawia się naturalne pytanie, czy jeśli ich dziecko chodzi do klasy i na 25 uczniów nagle sześcioro czy ośmioro jest cudzoziemcami nie mówiącymi po polsku, to czy poziom edukacji w tej klasie spada.

Spada?

- To zależy od tego czy nauczyciel ma kompetencje do pracy w klasie wielokulturowej. Poziom nie musi absolutnie spadać, jeżeli nauczyciel jest przygotowany. Przykładem jest gmina Lesznowola, która ma sześć szkół i w każdej jest wielokulturowość od kilku lat. Patrząc na wyniki wiemy jedno: jakość edukacji, pomimo licznej wielokulturowości, absolutnie nie spada. Co więcej, te szkoły w rankingach są na bardzo wysokim poziomie. Przedstawiłam, jako rodzic, obawy. Jeżeli nie przygotujemy szkół i polskich nauczycieli, a jednocześnie będziemy zatrudniać obcokrajowców ot tak, po prostu, z dobrej woli, bez przygotowania ich do pracy w polskiej szkole, to może być naprawdę różnie. Rozumiem, że z jednej strony chcemy pomagać, a z drugiej będziemy zatrudniać cudzoziemców, bo brakuje nam kadr, ale takie działania muszą być strategicznie i jakościowo dobrze zaplanowane i realizowane.

To już się dzieje?

- Zdarza się, choć jeszcze nie obserwuję tego na wielką skalę. Mówię o tym, co może się zadziać w przyszłości, jeżeli nie będziemy tym właściwie zarządzać.

Przejdźmy więc do przyszłości. Kilka dni temu usłyszeliśmy, że na Ziemi żyje już ponad 8 mld ludzi. Prof. Maciej Duszczyk z Uniwersytetu Warszawskiego pisze w tekście dla WEI, że w przyszłości kolejne migracje są jak najbardziej realne. Szkoła może się do tego przygotować?

- Musimy odpowiedzieć na pytanie, jakie rozwiązania wprowadzać, żeby zacząć myśleć strategicznie. Kiedy w okolicach maja 2022 w gminie Lesznowola pootwieraliśmy oddziały przygotowawcze, już wcześniej szkoliliśmy do tego charakteru pracy nauczycieli. Co więcej, opracowałam program adaptacji kulturowej, integracji dla uczniów cudzoziemskich w polskiej szkole, wewnętrzny dokument dla nauczycieli. Mieliśmy program nauczania języka polskiego jako obcego w oddziałach przygotowawczych, mieliśmy przygotowane diagnozy językowe, mieliśmy opracowaną całą procedurę. Dostosowywaliśmy ją na bieżąco do sytuacji, bo nie ma absolutnie jedynego słusznego rozwiązania. Jednak efekty naszej wcześniejszej pracy pozwoliły nam szybko i sprawnie odpowiedzieć na potrzeby sprowokowane przez sytuację, w której się znaleźliśmy po 24 lutego 2022 roku.

Problem w tym, że nie wszędzie jest taka strategia.

- Dziś jest tak, że nie wszystkie szkoły wiedzą, jakie są rozwiązania i uczą się tego na bieżąco. Jeżeli zaczniemy odgórnie, strategicznie planować pewne kwestie, to ułatwi nam pracę w przyszłości. Najważniejsze jest to, żeby wszystkie dzieci traktować tak samo, dawać im te same możliwości. We mnie nie ma zgody na to, że tylko dlatego że ktoś pochodzi z konkretnego kraju, ma tłumaczone na swój język polecenia na teście ósmoklasisty, a uczniowie z innych krajów już takiej możliwości nie mają. Co to oznacza? To jest błąd popełniony odgórnie, którego trzeba tego unikać. To nie ma znaczenia z jakiego kraju dziecko pochodzi.

Fundacja Batorego stworzyła raport dotyczący Ukraińców w polskich szkołach. Czytamy w nim, że mamy do czynienia z asymilacją a nie integracją.

- Idealnym rozwiązaniem jest integracja i dążę do tego w swojej pracy. Zachowanie tożsamości kulturowej, którą uczniowie mają z kultury, z której pochodzą, oraz nabycie kompetencji kulturowych kraju, w którym przyszło im obecnie żyć. W sytuacji dzieci jest to sytuacja bardzo przychylna, ponieważ nauczyciele są nośnikami kultury kraju, w którym pracują. Polscy nauczyciele są nośnikami kultury polskiej, a jeżeli do takiej polskiej szkoły trafia dziecko cudzoziemskie, to zaczyna nabywać tych kompetencji przydatnych w obszarze szkolnym. Celem integracji w szkole jest, żeby dziecko zachowało swoją tożsamość kulturową, a tym samym w szkole nabyło kompetencji kraju przyjmującego. Taki model akulturacji jest najbardziej korzystnym z punktu widzenia dobra jednostki, ale również funkcjonowania grupy wielokulturowej.

Alarmuje pani, że jeśli nie będziemy dbali o proces integracji, to za chwilę pojawią się konflikty. Co to znaczy?

- Ofiarowana pomoc powinna być przemyślana. Dziś jest skierowana wyłącznie dla jednej grupy imigrantów znajdujących się w Polsce. Ale pamiętajmy, że Ukraińcy nie są jedyną grupą potrzebującą pomocy. Pomoc nie może polegać wyłącznie na ofiarowaniu, ale na włączaniu danej grupy w grupę większościową. Te osoby muszą przejść proces integracji. Pomoc zaczyna być coraz bardziej przemyślana, od samego początku jednak taka nie była. Nie chcę jej też krytykować, to był naturalny odzew w nas, Polakach. Mamy taką cechę kulturową, że w takich sytuacjach oddalibyśmy ostatnią koszulę jaką mamy.

Tylko potem dość szybko nam to mija?

- Nie chodzi o to, że nam to mija, tylko oddając ostatnią koszulę oczekujemy czegoś. Wdzięczności czy szacunku. Większość ludzi to otrzymała. Ale niektórzy nie albo nie tak, jak chcieli. Inna sprawa, że gdy my tak wszystko ciągle dajemy, to te osoby, które otrzymują, bardzo szybko się do tego przyzwyczajają. Kiedy ktoś za nas myśli, wszystko nam zapewnia, to my po pewnym czasie stajemy się bezradni, nie potrafimy się odnaleźć w rzeczywistości, w której żyjemy. Czy to dotyczy żon finansowo zależnych od mężów, czy to dotyczy osób, które przyjeżdżają do innego kraju i wszystko mają zapewnione. Nie nabywają one doświadczenia i kompetencji niezbędnych do zdobycia niezależności poprzez mierzenie się z rzeczywistością.

Być może tak było bezpośrednio po 24 lutego, ale np. odsetek pracujących Ukraińców ciągle się zwiększa.

- Obserwowałam wpisy moich znajomych Ukraińców na Facebooku. Jak to oni mają teraz płacić za tramwaje czy autobusy? Przecież oni nie mają na chleb, tak? Z drugiej strony czytałam też komentarze Ukraińców, którzy przyjechali do Polski przed wojną, którzy musieli sami sobie jakoś radzić, często bywali w trudnych sytuacjach ekonomicznych i którzy właśnie to tłumaczyli: “musicie sami stanąć na nogi, musicie sami sobie zacząć radzić, szukać pracy". Zauważalny był konflikt między nimi. Mądra integracja polega na tym, żeby pomóc tym ludziom, ale należy to robić w umiejętny sposób. Pomoc to nie jest zapewnienie wszystkiego materialnego, ale wsparcie ich w tym, aby zaczęli tutaj funkcjonować, chociażby w kwestii pracy czy ponoszenia odpowiedzialności.

Zamykamy się na naszych sąsiadów? Ukraińcy coraz częściej mówią, że z Polakami trudno się integrować?

- Jakiś czas temu rozmawiałam z ukraińskimi uczniami, których znam jeszcze sprzed 24 lutego. Mieli różnych znajomych, Polaków. Niedawno powiedzieli mi, że praktycznie nie używają języka polskiego poza szkołą, bo nie mają z kim rozmawiać. Dodają, że Polacy niechętnie nawiązują z nimi takie relacje, jak wcześniej. Sytuacja jest inna, jeśli mowa o grupach, w której młodzież może się odnaleźć - czy to kluby sportowe, hokej, koszykówka, taniec, cokolwiek. W Warszawie sytuacja wygląda tak, że idąc po ulicy słyszymy bardzo dużo języka ukraińskiego. Naturalnym mechanizmem, który może się pojawiać u niektórych ludzi ze społeczeństwa przyjmującego jest "zamknięcie się" na język ukraiński. Słyszałam historię, w której Ukrainka jechała tramwajem, nawet nie mówiła po ukraińsku tylko czytała coś w telefonie po ukraińsku, a jakiś mężczyzna to zauważył i słownie ją obraził. Takie sytuacje mogą mieć miejsce i musimy być tego świadomi. Integracja nie polega na tym, że wyeliminujemy w całości takie zachowania, bo ludzie są po prostu różni, różnie reagują na sytuacje. Możemy jednak zadbać o to, by nauczyć się funkcjonować wspólnie w tej wielokulturowej już społeczności.

Mówiła pani w lutym, że w przypadku szkół ważną rolę powinni odegrać asystenci kulturowi. Czy my ich w ogóle mamy?

- Teraz nazywa się to pomoc nauczyciela i bardzo wiele szkół z tego skorzystało. Proszę pamiętać, że 24 lutego nie był czasem, kiedy mogliśmy układać strategię. Jej po prostu nie było. Asystenci zostali zatrudniani szybko, bo okazali się niezbędni i potrzebni. Bardzo często nie byli przygotowani do tej pracy - ani oni, ani szkoły. Z moich doświadczeń wynika, że to trochę ruletka, na kogo trafimy. Niektóre szkoły trafiły świetnie, ale inne niekoniecznie. W marcu natomiast dzieciaki pojawiły się w różnych szkołach w Polsce i rozdzwoniły się telefony z pytaniami, co mamy z nimi zrobić. W gminie Lesznowola mieliśmy doświadczenie i taką strategię, która nam bardzo pomogła. Innym tego zabrakło. Spotykaliśmy się wtedy z przedstawicielami innych szkół czy samorządów online, by podpowiadać sobie nawzajem, jak i co robić.

Brakuje też glottodydaktyków?

- Tak, wciąż są na wagę złota. Zresztą, podobne role w oddziałach przygotowawczych pełnią różni nauczyciele. Z mojego doświadczenia wynika, że świetnie odnajdują się w tym nauczyciele z edukacji wczesnoszkolnej. Uczą języka polskiego jako obcego często intuicyjnie, ale to wychodzi. Glottodydaktycy są, ale jest ich stosunkowo mało. Pamiętajmy, że w zasadzie po II wojnie światowej byliśmy krajem monokulturowym. Były takie miejsca na mapie Polski, gdzie wielokulturowość była, ale nie na dużą skalę.

Diagnozowała pani, że ukraińskie dzieci nie potrafią pracować w grupie i wolą podejście indywidualne. To się potwierdziło?

- Tak, nie są tego uczeni w swoim systemie edukacji. Ponadto doszła do tego kwestia nauki języka polskiego. Szkoły, które miały doświadczenie nauczania np. Azjatów, mówiły, że Ukraińcy o wiele szybciej uczą się języka polskiego, a program, którym się posługiwali, był przyspieszany, by podnieść poprzeczkę. W grupie było to bardzo widoczne. W oddziałach przygotowawczych Ukraińcy - w przeciwieństwie do Wietnamczyków - szybciej nabywali kompetencje językowe w trakcie lekcji, ale nie mieli poczucia, że są grupą i wszystkie jednostki muszą nadążyć za tematem. Ważne było, że "ja już wiem". Nauczyciele na różnych warsztatach i szkoleniach potwierdzali, że Ukraińcy nie są nauczeni pracy grupowej oraz, że w wielu przypadkach brakuje motywacji do nauki. Pamiętajmy również, że migracja była naprawdę potężna, a dzieci głównie miały poczucie, że przyjechały tutaj tylko na chwilę i zaraz wrócą do domu.

To się zmieniło?

- Nie, to nadal jest obecne, choć to indywidualne przypadki. Są rodziny, które tutaj chcą zostać, ale są też tacy, którzy co chwilę wracają na Ukrainę albo już wyjechali. To bardzo duże utrudnienie do pracy z takimi uczniami. Zawsze, kiedy pracujemy z uchodźcami, nie mamy pewności, że dziecko przyjdzie jutro do szkoły i będzie kontynuować naukę. Nauczyciele mają z tym problem, bo nie wiedzą, co będzie jutro. Mówią też, że zostali wrzuceni na głęboką wodę, bez instrukcji obsługi. W ogóle im się nie dziwię, bo nikt ich do tego nie przygotowywał. Dlatego tak ważne są różnego rodzaju procesy szkoleniowe, czyli powtarzalne wsparcie. Nie wystarczy posłuchać kogoś raz w roku, ale regularnie mieć zapewnione wsparcie i przygotowanie. Praca w klasie wielokulturowej jest ogromnym wyzwaniem, bo wymaga wyjścia od nas poza ramy etnocentryzmu i poza własną strefę bezpieczeństwa.

Polska szkoła jest czy dopiero będzie wielokulturowa?

- Jesteśmy bardzo otwarci na świat, będą miały miejsce migracje, jednak wielokulturowość w szkole nie oznacza tego, że mamy tylko się kochać i szanować nawzajem. Dobrze, żebyśmy szanowali odmienność, ale wielokulturowość w moim mniemaniu pozwala uczniom przestać myśleć o przedstawicielach innych kultur, innych krajów, jak o kimś obcym. A zawsze ktoś, kto jest nam obcy, nieznany, budzi lęk. A ten lęk zamyka nas na świat. Wielokulturowy kontakt, który dziś mają młodzi ludzie w Polsce, otwiera im horyzonty na to, że mogą żyć, gdzie chcą, że mogą współpracować z ludźmi z różnych krajów. Żeby taka wielokulturowość w szkole była możliwa, powinniśmy myśleć jak to zrobić, żeby m.in. podstawa programowa była bardziej otwarta dla wszystkich, także dla polskich dzieci.

Rozmawiał Łukasz Szpyrka

*MICHALINA JARMUŻ. Psycholog stosunków międzykulturowych, trenerka, absolwentka Uniwersytetu SWPS. Doradca do spraw zarządzania wielokulturowością w szkołach. Jej zainteresowania naukowe i zawodowe obejmują adaptację kulturową imigrantów w Polsce z uwzględnieniem nauczania języka polskiego jako obcego i drugiego ze szczególnym uwzględnieniem dzieci i młodzieży z doświadczeniem migracji. Autorka publikacji z obszaru integracji i adaptacji kulturowej oraz pracy w klasie i szkole wielokulturowej. Realizatorka projektów edukacyjnych, artystycznych i międzykulturowych.

Reklama

Reklama

Reklama