Reklama

Reklama

Marsz Niepodległości, czyli koronawirus kontra politycy

Wiceminister zdrowia Waldemar Kraska przyznał, że za 10 dni może być nawet 40 tysięcy nowych zakażeń koronawirusem w ciągu doby. Nic nie robi sobie z tego władza, która upaństwawia i legitymizuje Marsz Niepodległości. Chwilę wcześniej to samo robiła opozycja, dwukrotnie wzywając do ulicznych demonstracji.

- Proszę bardzo, protestujmy, ale w sieci. Protest w przestrzeni publicznej grozi tym, co naukowcy teraz pokazują, czyli gwałtowną liczbą wzrostu zakażeń - mówił w ubiegłym roku w trakcie protestów kobiet premier Mateusz Morawiecki. Powoływał się na badania ekspertów, którzy mieli stwierdzić, że przez uliczne protesty dziennie może przybywać nawet 5 tys. zakażonych SARS-CoV-2.

Dziś można odnieść wrażenie, że duże zgromadzenia już nie zakażają, bo właśnie rządzący upaństwowili Marsz Niepodległości w pełni legitymizując wydarzenie, w którym może wziąć udział kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

Reklama

Niemal w tym samym czasie wiceminister Waldemar Kraska na antenie Radia Zet poinformował, że w środę odnotowano 18 550 nowych przypadków zakażenia koronawirusem. Dodał, że za 10 dni może spełnić się najczarniejszy scenariusz, czyli 40 tys. zakażeń dziennie.

40 tys. ludzi to niemal tyle, ile może pomieścić Stadion Narodowy. A właśnie, to na tym obiekcie 15 listopada dojdzie do kolejnego dużego wydarzenia - meczu Polska-Węgry, który może obejrzeć na żywo ponad 50 tys. ludzi.

To analogiczna sytuacja do tej sprzed miesiąca, kiedy to Donald Tusk wezwał na Plac Zamkowy wszystkich tych, którym obecność Polski w Unii Europejskiej leży na sercu. W odpowiedzi na wyrok Trybunału Konstytucyjnego w Warszawie i wielu innych polskich miastach pojawiły się tłumy.

Politycy PiS oskarżali przeciwników, że grają zdrowiem i życiem ludzi. Jednocześnie Sanepid wydał negatywną opinię dotyczącą organizacji tego wydarzenia. Politycy PO nic sobie z tego nie robili, bo liczyli na polityczne profity. Działacze PiS przypominali: dystans, dezynfekcja, maseczka. Zwolennicy PO odbijali pałeczkę, że chwilę wcześniej na Stadionie Narodowym odbył się mecz przy pełnych trybunach.

Podobnie było w ubiegłym tygodniu. Tusk znów zmobilizował ludzi by wyszli na ulice, tym razem w ramach protestu po śmierci Izy z Pszczyny. Co więcej, w tym wydarzeniu również wzięli udział politycy innych opcji, zapominając o panującym prawie.

W czwartek w Warszawie dojdzie do powtórki z rozrywki. W ubiegłym roku, kiedy w całym kraju obowiązywały ograniczenia związane z koronawirusem, w tym zakaz zgromadzeń powyżej pięciu osób, organizatorzy Marszu Niepodległości zapowiadali, że dojdzie do niego "bez względu na to, co powiedzą władze".

- W związku z negatywną opinią Sanepidu nie wyrażam zgody na organizację zgłoszonego na 11 listopada Marszu Niepodległości - mówił rok temu prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski. Jak podkreślał, opinia wskazuje na trudną sytuację epidemiczną, szczególnie w Warszawie i na Mazowszu. Identyczną opinię Trzaskowski zignorował w tym roku, gdy Tusk organizował demonstrację na Placu Zamkowym. Te same warunki pandemiczne nie przeszkodziły mu we wzięciu udziału w jednym z protestów organizowanych przez Strajk Kobiet.

Rok temu sytuacja pandemiczna była bardzo podobna. Dzień przed Marszem Niepodległości resort zdrowia podał liczbę nieco ponad 25 tys. zakażonych. To o 7 tys. zakażonych więcej niż dzisiaj. Druga fala się rozpędzała, a dziś rozpędza się czwarta. Sam wiceminister zdrowia przyznaje, że kulminacja może przyjść za 10 dni, ale rządzący nic sobie z tego nie robią, a wręcz przeciwnie, podpisują się pod marszem, nadając mu państwowy charakter.

Trwa słowna przepychanka, czy kostka brukowa na trasie marszu będzie zagrażać bezpieczeństwu. Dziennikarze dostają instrukcje, jak zachowywać się w trakcie państwowej, ale ulicznej, uroczystości.

Z Ratusza i KPRM słychać słowa troski o bezpieczeństwo i zdrowie Polaków. Troski, którą można włożyć między bajki, bo czyny polityków pokazały, że zawsze ważniejszy jest interes partii.

Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama