Reklama

Reklama

Karol Nawrocki: 400 mln zł rocznie na IPN to na pewno nie jest za dużo

- 400 mln zł rocznie na IPN to na pewno nie jest za dużo. Instytut musi teraz nadganiać blisko 50 lat PRL (...) Historia jest tak ważna, że nie można na niej oszczędzać - mówi Interii dr Karol Nawrocki, który może zostać nowym szefem Instytutu Pamięci Narodowej i "chce wprowadzić IPN w XXI wiek". - Instytut Pamięci Narodowej oraz Komisja Ścigania Zbrodni mają jeszcze dużo do zrobienia w kontekście przywracania sprawiedliwości transformacyjnej. Żeby taka sprawiedliwość nastała trzeba nie tylko zadośćuczynić ofiarom, ale też ukarać sprawców - podkreśla Nawrocki, który jest dyrektorem Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, a we wtorek został powołany na wiceprezesa IPN.

Łukasz Szpyrka, Interia: Skarpetki to dobry pomysł na prezent z okazji Dnia Dziecka?

Karol Nawrocki: - Zależy jakie skarpetki i dla jakiego dziecka.

Myślałem o takich z motywem "czerwonych maków na Monte Cassino", ale już nigdzie nie mogę ich dostać.

- Mnie się takie skarpetki nie podobają, a pomysł uważam za chybiony.

Skąd więc pomysł, by takie gadżety były sprzedawane w Muzeum II Wojny Światowej, którego jest pan dyrektorem?

- Ta sprawa jest już za nami. Powstał taki pomysł, nie był mój. W wyniku pewnych nieporozumień taki produkt wyszedł, ale został już wycofany. Chciałbym powiedzieć jasno, że sprzedawanie gadżetów z motywami historycznymi jest normą na całym świecie. Marketingowe profanum jest tym samym częścią historycznej narracji. Niektórzy to trywializują, ale w muzeach na całym świecie jest taki asortyment, który pobudza do zainteresowania historią. Z tej ścieżki działalności ani my, ani inne nowoczesne muzea z całą pewnością się nie wycofają. Trzeba jednak dbać o to, żeby nie przekroczyć pewnej cienkiej granicy oferty.

Reklama

W sklepie IPN pojawią się nowe gadżety?

- IPN ma już swoje gadżety. Ale trzeba podkreślić, że Instytut ma trochę inne zadania niż Muzeum - to przede wszystkim instytucja archiwalna, badawcza, urząd państwowy. Wydaje mi się, że nie można jeden do jednego porównywać obu tych instytucji. Zachęcam jednak, aby skorzystać z oferty sprzedażowej w Muzeum II Wojny Światowej. Nie znajdziemy tam tylko gadżetów - zresztą za każdym z nich na naszej stronie i w sklepie idzie opowieść historyczna, ale także bardzo wartościowe książki i albumy historyczne. Jestem za tym, aby oferta historyczna była inkluzywna - również w ten sposób można popularyzować historię.

Jest pan spokojny o rozwój wydarzeń w Senacie?

- W ogóle mam spokój w sercu. Jakiś czas temu założyłem sobie, że chcę pracować dla Polski. Jeśli Senat zdecyduje, że miałbym to robić w Instytucie Pamięci Narodowej, to podejmę się tego wyzwania. Jestem szczęśliwy w Gdańsku, przy zadaniu, które dziś wykonuję. Praca dla Instytutu byłaby jednak wielkim zaszczytem.

Widzi pan, co się dzieje w przypadku wyboru nowego RPO. Nie obawia się pan, że z panem będzie podobnie?

- Nie zastanawiam się nad scenariuszami głęboko politycznymi. Mam pewien program, który prezentuję i nie ma w moim sercu obaw o to, co się stanie. Mam nadzieję, że mój program zostanie zaakceptowany. Jestem gotowy na rozmowę z każdym, kto chce podjąć merytoryczną dyskusję.

Spróbujmy więc porozmawiać o tym programie. Jakie trzy największe zadania pan sobie stawia?

- Chcę wprowadzić Instytut w XXI wiek - potrzebna jest nam refleksja o otaczającej nas rzeczywistości po 20 latach funkcjonowania instytutu. W ciągu 20 lat wiele się zmieniło. Jest nowe pokolenie ludzi urodzonych w latach 90., których nie dotyczą statutowe działania Instytutu, jak choćby lustracja. Pierwszą rzecz stanowi więc wprowadzenie Instytutu na tory dialogu z najmłodszym pokoleniem. Po drugie chciałbym, żeby Instytut wrócił do efektywności misji międzynarodowej. Po trzecie chciałbym wzmocnić pion naukowy i wydawniczy, czyli poszerzyć ofertę wydawniczą o interpretacje światowej klasyki, dotyczące systemów totalitarnych, przełożyć je na język polski. Czwarty - ale równie ważny punkt to utrzymanie dynamiki i misyjności IPN. To, co dobre, należy z całą pewnością utrzymać i pielęgnować.

Utrzymać? Spodziewałem się zapowiedzi ofensywy.

- Oczywiście myślę o wzroście dynamiki, ale też o utrzymaniu tych sektorów, w których Instytut jest od dwóch dekad doskonały. To choćby kwestia badań naukowych nad XX wiekiem, sprawy wydawnicze z 300. publikacjami w ubiegłym roku czy prace ekshumacyjne - to wszystko trzeba utrzymać, dodając nowe, wspomniane aspekty.

Budżet IPN to blisko 400 mln zł. To dużo czy mało?

- Biorąc pod uwagę, że po 1945 roku przez 50 lat Polska nie mogła prowadzić niezależnej działalności w sektorze badań naukowych i budować prawdziwej tożsamości historycznej opartej o rzetelne badania, czy fakt, że w czasie transformacji ustrojowej porzucono właściwie upominanie się o prawdę historyczną w kontekście międzynarodowym, to 400 mln zł to na pewno nie jest za dużo. Instytut musi teraz nadganiać blisko 50 lat PRL.

Będzie pan lobbował o zwiększenie tego budżetu?

- Muszę rozeznać się w strukturze finansowej z wewnątrz instytucji. Historia jest jednak tak ważna, że nie można na niej oszczędzać.

Czy jako IPN możecie coś jeszcze zrobić w sprawie śmierci Stanisława Pyjasa z 1977 roku?

- Z całą pewnością IPN może zrobić jeszcze wiele. Zarówno dla śp. Stanisława Pyjasa, jak i innych ofiar reżimu totalitarnego, który mordował niewygodnych dla władzy komunistycznej opozycjonistów, w tzw. niewyjaśnionych okolicznościach. Co do systematyki prawnej proszę mnie zwolnić z odpowiedzi - wymaga ona rzetelnych analiz.

Bogusław Sonik w wywiadzie dla Interii powiedział, że IPN powinien poszukać człowieka, który mógł widzieć Pyjasa 6 maja 1977 roku po godz. 18, co mogłoby na nowo obudzić tę historię.

- Zarówno sprawa śp. Stanisława Pyjasa, jak i sprawa śmierci księży z samej końcówki lat 80. nacechowane są wieloma znakami zapytania. Te sprawy pokazują, że Instytut Pamięci Narodowej oraz Komisja Ścigania Zbrodni mają jeszcze dużo do zrobienia w kontekście przywracania sprawiedliwości transformacyjnej. Żeby taka sprawiedliwość nastała trzeba nie tylko zadośćuczynić ofiarom, ale też ukarać sprawców. Ślady, które mogą wprowadzić nowe ustalenia, z całą pewnością należy przeanalizować.

Janusz Badura, powstaniec warszawski, został niedawno okradziony z oszczędności. To człowiek, który ma dziś 90 lat, zbierał na operację zaćmy. Nie jest skandalem, że nasz narodowy bohater nie może liczyć na instytucjonalną pomoc, ale w wieku 90 lat zbiera pieniądze na operację?

- Serce się łamie, gdy słyszy się takie rzeczy. Ten napad jest skandalem, natomiast nie znam relacji państwowych instytucji z panem Januszem Badurą. Jeśli takiej nie ma - a nie sądzę - to jako dyrektor państwowej instytucji kultury deklaruję chęć pomocy.

W Warszawie ul. Lecha Kaczyńskiego powinna zastąpić al. Armii Ludowej?

- Lech Kaczyński na pewno zasługuje na swoją ulicę w Warszawie. To wyjątkowa postać w historii Polski - opozycjonista antykomunistyczny, ale też prezydent stolicy i Rzeczpospolitej. Powinien mieć w Warszawie i w innych miastach Polski swoje ulice - to nie ulega żadnej wątpliwości. Nie wiem, w którym dokładnie miejscu, ale z pewnością jedna z centralnych ulic Warszawy winna nosić imię prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Zawodowo zajmował się pan Elblągiem i elbląską "Solidarnością". Czy w pana publikacjach pojawia się Leonard Krasulski?

- Zawodowo zajmowałem się wieloma rzeczami, w tym badaniem elbląskiej opozycji antykomunistycznej. W moich publikacjach Leonard Krasulski pojawia się jako opozycjonista w czasach PRL, w latach 80. działacz "Solidarności" w elbląskim browarze, jako osoba zaangażowana w kampanię przed wyborami z czerwca 1989 roku. Jeden z bohaterów elbląskiej "Solidarności".  

Wie pan, że uczestniczył czynnie w wydarzeniach grudnia 1970 w Gdańsku?

- Moja książka dotyczyła lat 1976-1989. To o co pan pyta było możliwe, bo wielu późniejszych opozycjonistów uczestniczyło w masakrze Grudnia’70.

Krasulski brał udział w wydarzeniach Grudnia 70, ale problem w tym, że odbywał wtedy służbę wojskową - jak ustaliły media kilka lat temu. W notatce wydawanej przez IPN "Encyklopedii Solidarności. Tom II" Krasulski jest opisany jako "uczestnik demonstracji i wieców w Stoczni Gdańskiej im. Lenina i Trójmieście" w dniach 14-22 grudnia 1970. Sam Krasulski twierdzi z kolei, że był wtedy w koszarach w Elblągu.

- Może pan spytać autora biogramu o przyczyny zapisu. Zajmowałem się regionem, w którym było 100 tys. członków "Solidarności", nie miałem możliwości szczegółowego, biograficznego zapoznania się z ich codzienną agendą lat 70. Z pewnością Leonard Krasulski, w okresie, który opisałem, był ważnym działaczem opozycji antykomunistycznej, a jego działalność budzi szacunek. Nie posiadam informacji, co robił dokładnie w dniach 14-22 grudnia 1970 roku.

Ukraińskie miasto Tarnopol nadaje piłkarskiemu stadionowi imię Romana Szuchewycza, jednego z dowódców UPA odpowiedzialnego za rzeź na Wołyniu. Jaka powinna być reakcja IPN na takie, coraz częstsze, kroki strony ukraińskiej?

- Wyrażam sprzeciw wobec wszystkich, którzy swoim imieniem i nazwiskiem wspierali totalitarne reżimy - zarówno sowieckich komunistów, niemieckich nazistów i ukraińskich banderowców. W moim poczuciu historycznej estetyki nie mieszczą się ci, którzy służyli eksterminacji narodu polskiego i mordowali Polaków.

Jak rozumiem, nie podobaliby się też panu we władzach IPN ludzie pokroju Tomasza Greniucha, który był zafascynowany ONR i nawet hailował.

- Gesty i symbole, które kojarzą się z systemami totalitarnymi również nie mieszczą się w moim poczuciu estetyki. Natomiast o szczegóły sprawy doktora Tomasza Greniucha powinien pan pytać osoby, które mają o niej wiedzę.  

Ostatnio w Radzie Muzeum Auschwitz znalazła się Beata Szydło. Pan widziałby polityka w radzie pańskiego muzeum?

- Wspólnie z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego zdecydowaliśmy o składzie Rady Muzeum II Wojny Światowej i nie ma w niej czynnego polityka. Natomiast w radach innych muzeów zasiadają osoby reprezentujące różne środowiska, również politycy różnych szczebli. Jak inni członkowie rad służą tym muzeom swoją wiedzą i doświadczeniem.

Pytam o kierunek.

- To nie jest sprawa, którą ja miałbym komentować. Nie wiem, jakie były tego przyczyny. Dostrzegam jednak argumenty, które zdecydowały o tym, że pani premier Beata Szydło znalazła się w Radzie Muzeum Auschwitz.

Rozmawiał Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje