Reklama

Reklama

Joachim Brudziński: Nie ma mowy o polexicie, nie ma wojny PiS z UE

- Nie ma mowy o żadnym polexicie, nie ma żadnej wojny rządu PiS z instytucjami unijnymi. UE jest wartością, ale pod jednym warunkiem - że będzie zakorzeniona na fundamencie, który legł u jej powstania, a nie będziemy szukać wartości, które naprawdę są antywartościami. Musimy opierać się na zdrowej logice arystotelesowskiej, a nie neomarksistowskim bełkocie - przekonuje w rozmowie z Interią europoseł PiS Joachim Brudziński.

Łukasz Szpyrka, Interia: Debata w Strasburgu przybliża nas do końca sporu z UE?

Joachim Brudziński: - Jesteśmy realistami i stoimy twardo na ziemi. To, co usłyszał premier, nie kończy tego lewacko-liberalnego szaleństwa w PE. Te grupy polityczne, które mają dziś większość, od 2015 roku wpadły w swego rodzaju dygot, bo w dużym kraju wygrali konserwatyści. Dlatego mam olbrzymi szacunek i czuję dumę, że premier był w stanie przyjąć bardzo wiele impertynencji i lewicowego rezonerstwa, a następnie do tego się odnieść. Wierzę w Europę, ale taką, do której decydowaliśmy się wstąpić, czyli Schumana, Moneta i Adenauera, a nie pani Spurek, Verhofstadta czy Aguilara. Albo Webera, który miał zabawne wystąpienie.

Reklama

Bo wspominał o Donaldzie Tusku?

- Oddał mu cześć. To zresztą bardzo charakterystyczne, bo gdyby przeanalizować kolejność mówców, to widać jak na dłoni, że ta debata została ułożona tak, by wspierać totalną opozycję w Polsce. Tusk jest szefem EPL, największą frakcją w PE jest EPL, a mimo to premier polskiego rządu w imię imponderabiliów i prawdziwych wartości wspólnotowych przyjeżdża do Strasburga, by odrzucić antypisowską retorykę. Przecież to główny motor napędzający to szaleństwo w PE.

Dzisiejsza - jak pan powiedział - antypisowska retoryka to polexit.

- Niepodważalne są niektóre prawdy: rząd PiS jest za obecnością Polski w UE, prawo w Polsce jest przestrzegane, Konstytucja w Polsce jest przestrzegana i podlegamy prawu unijnemu, bo na to się umawialiśmy w traktatach. Ale tylko w zakresie, który został instytucjom unijnym powierzony.

To skąd tu tyle słów o brexicie, brexitowcach, Cameronie? To przypadek?

- Dzisiejszy establishment brukselski uważa, że demokracja polega na tym, że mogą rządzić wszyscy - tylko z jednym zastrzeżeniem - wywodzący się z tej grupy, która ma głos dominujący w PE. Jeśli w danym państwie w sposób demokratyczny i tak spektakularny jak PiS, wygrywa jakaś partia, to natychmiast rozlega się krzyk, że mamy do czynienia z łamaniem praworządności i demokracji. A w konsekwencji temu państwu grozi jakiś "exit". Trzeba podchodzić do tego ze spokojem. To, co miało miejsce w PE, jest kolejną odsłoną tej telenoweli, tasiemca, który przypomina perypetie Leoncia i Isaury. Nie ma debaty w PE, żebyśmy nie usłyszeli, że Polska jest krajem dążącym do polexitu, czy łamiącym prawo.

Słyszeliśmy podczas tej debaty, że to wasza zasługa.

- Naszą zasługą jest to, o czym mówiła premier Beata Szydło, że od 2016 roku Polska rozwija się znakomicie, mamy wzrost gospodarczy, realizujemy programy społeczne. Dziś budujemy państwo sprawiedliwe i demokratyczne, bo zerwaliśmy z tym, że po grzbiecie osób najuboższych dochodzi do dobrobytu wąska kasta uprzywilejowanych. Czy w PE odbywały się debaty wobec Polski za rządów postkomunistów czy Platformy Obywatelskiej? Kiedy wkraczano do redakcji tygodnika "Wprost"? Kiedy sędziowie byli gotowi na telefon przesuwać rozprawy? Czy debatowano o Polsce, kiedy strzelano do górników? Albo kiedy była słynna akcja "Widelec"?

Przecież byliście wtedy w Parlamencie Europejskim, też mieliście europosłów, którzy mogli starać się o zorganizowanie takiej debaty.

- Zawsze wychodziliśmy z założenia, że o Polsce należy mówić tylko dobrze.

Czyli własne brudy pierzemy w domu?

- Nie widzę tych brudów.

Przed chwilą je pan wymienił, np. akcję "Widelec".

- Oczywiście, ale nie chcę uciekać od dzisiejszej rzeczywistości. A jest ona taka, że cieszymy się zaufaniem wyborców i mam nadzieję, że ciężką pracą zasłużymy na wygraną w kolejnych wyborach. I przede wszystkim - nie ma mowy o żadnym polexicie, nie ma żadnej wojny rządu PiS z instytucjami unijnymi. UE jest wartością, ale pod jednym warunkiem - że będzie zakorzeniona na fundamencie, który legł u jej powstania, a nie będziemy szukać wartości, które naprawdę są antywartościami. Musimy opierać się na zdrowej logice arystotelesowskiej, a nie neomarksistowskim bełkocie, który bardzo często wybrzmiewa z tej mównicy. Nie będziemy też ulegać dyktatowi największej frakcji w europarlamencie. Frakcji, na czele której stoi Donald Tusk. Nawet dla studenta drugiego roku politologii byłoby oczywiste, że ta debata została ustawiona w taki sposób, by stworzyć wrażenie, że w Polsce dzieje się coś dramatycznego.

Chce pan powiedzieć, że tę debatę ustawił Donald Tusk?

- Została ustawiona przez większość PE. Mówię o doborze mówców, kolejności ich przemawiania. To oczywiste. Tym bardziej szacunek dla premiera, że w tej sytuacji zachował zimną krew. Czymś skrajnie naiwnym byłoby dziś natomiast sądzić, że jakiemukolwiek politykowi PiS uda się dziś przekonać do swoich racji np. panią Sylwię Spurek, Bartosza Arłukowicza czy Włodzimierza Cimoszewicza. Najbardziej poruszający podczas tej debaty był widok entuzjastycznie bijących brawo polskich europosłów w momencie, kiedy zagraniczni koledzy z ich grup wzywali von der Leyen, żeby niezwłocznie zabrała Polsce środki finansowe. Można rządu PiS nie lubić, ale to było niesmaczne.

Co z pieniędzmi z KPO?

- Już od czasów Fenicjan wiadomo, że zawsze na końcu chodzi o interes. Środki kierowane do Polski są kołem zamachowym nie tylko dla polskiej gospodarki, ale całej Unii. Zyskają więc nie tylko polskie firmy, ale też niemieckie czy francuskie. Powinien więc zwyciężyć zdrowy rozsądek. Tym bardziej, że Polska była jednym z inicjatorów tego programu.

Po tej debacie jesteśmy bliżej tych pieniędzy czy dalej?

- Wierzę w to, że jeżeli opadną emocje, to na końcu zwycięży racjonalizm. Tak jak oczywiste jest, że nasza obecność w UE przynosi polskim obywatelom zyski, tak samo oczywiste jest, że silna polska gospodarka przynosi zyski naszym największym partnerom, jakimi są Niemcy, a co za tym idzie cała Wspólnota.

W blokach startowych z drugą częścią reformy sądownictwa stoi już Zbigniew Ziobro. Nie ma pan obaw, że jeśli rzeczywiście zdecydujemy się na ten krok, to tylko pogorszy te kiepskie stosunki?

- Trzymam się tego, co usłyszałem od premiera polskiego rządu. Jasno zadeklarował, że reforma wymiaru sprawiedliwości musi postępować. Zależy na tym wszystkim, a najbardziej powinno sędziom, by byli jak żona Cezara. Nie udała się reforma w wymiarze Izby Dyscyplinarnej SN, ale po wypowiedzi premiera już wiemy, że zostanie ona rozwiązana. Problem, który był stawiany przez TSUE i szefową KE zniknie, więc będziemy mogli po uspokojeniu emocji zająć się europejską gospodarką.

A propos gospodarki - dlaczego nie obniżycie akcyzy na paliwo?

- Prezes Jarosław Kaczyński mówił ostatnio wyraźnie, że są inne metody obniżenia cen paliwa. Wpływy do budżetu pochodzą m.in. z akcyzy, więc uszczuplanie ich byłoby bardzo problematyczne. Widzę jednak, że wszędzie jest drożej. Często jeżdżę samochodem ze Szczecina do Strasburga czy Brukseli i widzę gwałtowny wzrost cen paliw w takich krajach jak Niemcy, Holandia czy Belgia. Nie jest to tylko nasz kłopot.

Mur na granicy polsko-białoruskiej to jedyny rozsądny pomysł?

- To jeden z ważnych elementów. Nie wyważamy otwartych drzwi. Nie jest to remedium na nielegalną migrację, bo ona będzie zawsze, ale musimy zrobić wszystko nie tylko w odniesieniu do bezpieczeństwa wewnętrznego, ale całej Europy. Jeżeli byśmy takich działań nie przedsięwzięli, to mielibyśmy sytuację podobną do początku kryzysu w 2015 roku. Zapora na granicy nie rozwiąże sprawy w sposób jednoznaczny, ale pozwoli zwiększyć bezpieczeństwo.

Rozmawiał w Strasburgu Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy