Reklama

Reklama

"Fundusz Morysia" nie istnieje - przekonuje rektor GUMed i przeprasza

- Jest mi przykro, że na podstawie tej rozmowy studenci i opinia publiczna mogą wyciągnąć wniosek, że Gdański Uniwersytet Medyczny stosuje jakieś nieuczciwe praktyki. Chcę przeprosić, chociaż nie ja ponoszę winę za słowa, które tam padają - mówi nam prof. dr hab. Marcin Gruchała, rektor Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, po upublicznieniu nagrania, na którym pracownik uczelni i były rektor prof. Janusz Moryś mówi o "funduszu Morysia". - Ten fundusz nie istnieje - przekonuje obecny rektor i zapowiada wszczęcie postępowania dyscyplinarnego.

Łukasz Szpyrka, Interia: Czy prof. Janusz Moryś wciąż będzie pracownikiem Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego?

Reklama

Prof. dr hab. Marcin Gruchała, rektor GUMed: - Trudno mi odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Jest za wcześnie, by podejmować jakiekolwiek, a w szczególności tak daleko idące decyzje. Jesteśmy na etapie rozpoznawania sprawy. Do tej sytuacji musi się ustosunkować też sam prof. Moryś. Jest mi bardzo przykro, że na podstawie tych wypowiedzi można wysnuć wniosek, że Gdański Uniwersytet Medyczny prowadzi politykę oblewania studentów po to, by uzyskiwać korzyści finansowe wynikające z konieczności powtarzania przedmiotu. Coś takiego jak "fundusz Morysia" w ogóle nie istnieje. Nie wiem, o czym pan profesor mówi i co ma na myśli. Nie istnieje żaden "fundusz Morysia" ani żaden inny, który wynikałby z obowiązku powtarzania przedmiotu lub roku.

Rozmawiał pan na ten temat z prof. Morysiem?

- Rozmawialiśmy telefonicznie, spotkaliśmy się również osobiście.

Profesor bił się w piersi?

- Pan profesor tłumaczył, co miał na myśli, ale nie chciałbym wchodzić w szczegóły tej rozmowy.

Był pan zszokowany słowami, które padły w Bydgoszczy?

- W ogóle nie rozumiem o czym ci panowie rozmawiają. Dla mnie rzeczy, które tam padają, są niezrozumiałe. Mogę się domyślać, co mają na myśli, ale trudno mi to interpretować. Zdaję sobie też sprawę, że te słowa mogą być odbierane w sposób wzbudzający daleko idący niepokój. Chciałbym jasno powiedzieć, że nie ma planów, które tam padają, że uczelnia zakłada jakiś próg zdawalności studentów w danym roku. Uczelnia odpowiada za jakość kształcenia i za sprawdzenie efektów kształcenia. Naszą odpowiedzialnością jest zweryfikowanie tego, czy student nabył odpowiednią wiedzę i umiejętności. Służą temu kolokwia, zaliczenia i egzaminy. Bardzo ważne, by ten proces weryfikacji efektów uczenia był przeprowadzany obiektywnie i uczciwie - z obu stron. W pandemii rzeczywiście obserwujemy takie zjawisko, że wyniki egzaminów i zaliczeń w trybie zdalnym, na większości uczelni, są przeważnie dużo lepsze niż w latach poprzednich. Nie oznacza to natomiast, że ustalamy jakiś próg, poniżej którego trzeba zejść. Kształcimy w bardzo poważnych zawodach. Trzeba zdawać sobie sprawę, że nie każdy student zrekrutowany do uczelni medycznej to materiał na przyszłego lekarza. Wiemy, że nie wszyscy dają radę, bo nie każdy ma predyspozycje do przeskoczenia naprawdę wysokiej poprzeczki.

Wydaje się, że problem egzaminu z anatomii nie jest wydumany.

- Na pewno jest to przedmiot, który wymaga zapamiętania wielkiej liczby informacji i zdolności do przestrzennego myślenia i wyobraźni. To trudne i mówię to z własnego doświadczenia. Egzamin z anatomii, wszędzie na świecie, stanowi dla studenta duże wyzwanie i nie może tu być taryfy ulgowej. Ważne jest natomiast, żeby zasady były uczciwe, by egzamin weryfikował wiedzę uczciwie. Wymagam uczciwości z obu stron - od wykładowców i studentów.

Dlaczego w GUMed anatomia została "wyceniona" bardzo wysoko - na 20 punktów ECTS?

- Wynika to z wagi i objętości tego przedmiotu, wielu godzin zajęć w prosektorium, laboratorium i wykładów. To ogromny, całoroczny przedmiot, wiodący na pierwszym roku studiów, stąd tak wysoka liczba punktów ECTS.

Nie jest zawyżona? Na innych uczelniach bywa, że to 10-15 punktów ECTS.

- W różnych uczelniach rzeczywiście mogą być różnice. W GUMed anatomia jest właśnie w takim wymiarze. Studenci, którzy wybierają naszą uczelnię, wybierają ją z takim programem studiów, który proponujemy. Pewne różnice między uczelniami mogą występować, bo wynika to z wolności i autonomii uczelni.

Występują też różnice w "kosztach" jednego punktu ECTS. U was jest wyceniany na 530 zł.

- Mogą być różnice, ale nie powinny być zbyt duże. Punktem wyjścia wyceny punktu ECTS jest opłata za studia niestacjonarne, której wysokość jest porównywalna na wszystkich uczelniach medycznych.

Powtarzanie przedmiotu kosztuje. Opłata uzależniona jest od liczby punktów ECTS danego przedmiotu, pomnożona przez stawkę 530 zł. W przypadku anatomii to 10 600 zł. To mało czy dużo?

- To dużo.

Nie można tego zmienić?

- Ta kwota odpowiada kosztom, które ponosi uczelnia na kształcenie studenta. Pamiętajmy, że kształcenie na kierunkach medycznych jest bardzo kosztochłonne. Musimy utrzymać prosektoria, prowadzimy zajęcia w małych grupach. To jest drogie kształcenie.

Czy w roku akademickim 2019/2020 aż 91 osób powtarzało anatomię? Bo jeśli tak, to kwota, która wpływa do uczelni za powtarzanie przedmiotu, jest ogromna.

- W ubiegłym roku akademickim egzamin powtarzało mniej niż 10 proc. studentów. Wobec stopnia trudności przedmiotu, nie jest to liczba budząca niepokój.

Jeśli informacje o "funduszu Morysia" się potwierdzą...

- Nie mogą się potwierdzić, bo go nie ma. Proszę przyjąć ode mnie oficjalne dementi. Są środki, które wpływają do naszej uczelni, jak też do każdej innej uczelni, jako opłaty za powtarzanie roku czy przedmiotu. Ustawa nakłada obowiązek na uczelnie pobierania opłat od studentów za powtarzanie roku i przedmiotów. Jestem zobowiązany ustawowo do takiego działania. Nie ma żadnego specjalnego funduszu, bo te środki służą jedynie na pokrycie kosztów związanych z dodatkowym przeprowadzeniem tych wszystkich zajęć. Nie słyszałem o "funduszu Morysia", jestem tym bardzo zaskoczony. Myślę, że o to najlepiej zapytać prof. Morysia, co miał na myśli.

Po publikacji tekstu odezwali się do Interii studenci z GUMed. Jednym z nich jest student z zagranicy, który podważa nasze wyliczenia. W jego opinii uczelnia otrzymuje zdecydowanie wyższe kwoty za powtarzanie przedmiotu niż te, które podaliśmy w tekście, bo studenci zagraniczni muszą uiszczać dwukrotnie większe opłaty.

- Rzeczywiście opłata od studenta anglojęzycznego studiów niestacjonarnych jest wyższa i wynika ona z umowy zawartej między studentem studiów anglojęzycznych a uczelnią. Student podejmujący studia odpłatne zna warunki umowy. Jest w pełni świadom, jakie będzie ponosił koszty, jeśli będzie musiał powtarzać przedmiot. W tym przypadku uczelnia jest całkowicie transparentna.

Ten student zwraca uwagę, że powtarzających rok jest zdecydowanie więcej wśród studentów anglojęzycznych. Podaje, że w przypadku studentów polskojęzycznych to ok. 20 osób rocznie, a w przypadku zagranicznych już 50 osób. Z czego to wynika? Studenci z zagranicy są mniej zdolni?

- Wynika to z tego, że nie zdają egzaminu z anatomii, tzn. że nie nabyli wiedzy i umiejętności w wystarczającym stopniu do pozytywnego zdania egzaminu. Czy to kwestia zdolności, czy zaangażowania w naukę, trudno powiedzieć.

Pan chyba nie narzeka, bo zamiast 10 tys. złotych, od studenta z zagranicy uczelnia otrzymuje 20 tys. zł.

- Jestem rektorem drugą kadencję, wcześniej pełniłem funkcję prorektora ds. studenckich. Wówczas po każdej sesji przed moim gabinetem stała spora kolejka studentów, którzy np. byli skreśleni z listy. Problem polegał na tym, że chcieli któryś raz powtarzać anatomię. Podawali mnóstwo powodów, w ich odczuciu, obiektywnych. Nie zgadzałem się na to, gdyż w interesie uczelni nie leży ciągnięcie na siłę studenta, który nie rokuje. Mamy raczej problem w drugą stronę. Trudno nam zniechęcić studentów od chęci kolejnego powtarzania przedmiotu.

Wspomniał pan, że wcześniej był prorektorem ds. studenckich. Przypomni pan, kto wówczas był rektorem?

- Prof. Janusz Moryś.

Już wtedy wpływały do pana skargi na prof. Morysia?

- Docierały sygnały od studentów mających problem z uzyskaniem zaliczenia. Studenci podnosili, że anatomia jest trudna, a egzamin wymagający. Anatomia jest przedmiotem wiodącym na studiach medycznych, ale nie jedynym, który nastręczał trudności. Wszystkie docierające do nas sygnały na bieżąco weryfikujemy.

Ale co to znaczy?

- Zdarzały się sytuacje i wciąż się zdarzają, że studenci kwestionują jakieś pytania. Powinnością prorektora ds. studenckich jest interweniować w takiej sytuacji i takie interwencje się zdarzały z mojej strony u ówczesnego rektora. Również teraz, kiedy prof. Moryś już nie jest rektorem, zdarza mi się interweniować w sprawach studenckich dotyczących anatomii. Zresztą nawet w tej nagranej rozmowie może pan to usłyszeć, że "rektor interweniował". Obowiązkiem władz uczelni jest dbanie o to, żeby studenci uzyskali właściwą wiedzę i umiejętności. Żebyśmy mogli w sposób uczciwy wydać dyplom, na którym dziekan i rektor mogą się podpisać.

Czy równie ważne nie jest to, by studenci dobrze czuli się na waszej uczelni?

- Oczywiście, to też jest ważne i dokładamy wszelkich starań, żeby tak było.

W takim razie przeczytam panu fragment jednej z wiadomości, którą otrzymaliśmy: "Studenci na GUMed się boją, nie opowiadają o nieprawidłowościach na uczelni, również mediom, głównie ze strachu".

- Cały czas monitorujemy ankiety studenckie. Jesteśmy w ciągłym kontakcie z samorządem w różnych sytuacjach i podejmujemy działania na bieżąco. Rozwiązujemy wiele problemów i trudno mi zgodzić się z tymi słowami, gdyż to stwierdzenie nie odpowiada prawdzie. Rozumiem, że obecna sytuacja budzi emocje, co jest zrozumiałe, ale jeśli komukolwiek stała się krzywda z tego powodu, to proszę o taką konkretną informację. Osobiście się tym zajmę.

I kolejna wiadomość od jednego ze studentów GUMed: "Po tej aferze uczelnia straciła nie tylko twarz, ale też studentów".

- Jest mi przykro, że na podstawie tej rozmowy studenci i opinia publiczna mogą wyciągnąć wniosek, że Gdański Uniwersytet Medyczny stosuje jakieś nieuczciwe praktyki. Chcę przeprosić, chociaż nie ja ponoszę winę za słowa, które tam padają. Ta rozmowa w bardzo niekorzystnym świetle stawia naszą uczelnię, w sposób niesprawiedliwy i nieuzasadniony. Rozumiem, że studenci i opinia publiczna mogą czuć się zaniepokojeni, nawet zbulwersowani. W pełni to rozumiem i dlatego uczelnia na pewno do końca wyjaśni tę sprawę. Zainicjowaliśmy współpracę ze studentami w tej kwestii. Uczelnia jest transparentna, nie ma nic do ukrycia.

Mówi pan, że wyjaśni sprawę. Zostanie wszczęte postępowanie dyscyplinarne wobec prof. Morysia?

- Na podstawie przepisów ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce poleciłem rzecznikowi dyscyplinarnemu dla nauczycieli akademickich Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego rozpoczęcie prowadzenia sprawy w celu ustalenia, czy zachowanie prof. Janusza Morysia stanowi przewinienie dyscyplinarne, tj. czyn uchybiający obowiązkom nauczyciela akademickiego lub godności zawodu nauczyciela akademickiego.

Minister Przemysław Czarnek w rozmowie z Interią zapowiedział, że w porozumieniu z ministrem Adamem Niedzielskim będzie interweniować w tej sprawie.

- Oczywiście udzielimy wszelkich wyjaśnień obu resortom. Nie mamy zupełnie nic do ukrycia. Jesteśmy otwarci na wszelkie pytania i deklaruję pełną współpracę. Mogę potwierdzić, że dziś wpłynęło pismo ministra edukacji i nauki, do którego się odniesiemy we wskazanym terminie.

Ma pan jakieś osobiste refleksje w tej sprawie? Może coś trzeba było wcześniej zrobić inaczej? W końcu za coś pan przeprasza.

- Przepraszam, ale to nie ja wypowiedziałem te słowa. Jasno odcinam się od tych słów. Prof. Moryś jest profesorem naszej uczelni, mówił o naszej uczelni, a opinia publiczna może wyciągać wnioski dla nas niekorzystne, studenci mogą czuć się źle z tymi słowami. Dlatego uważam, że trzeba przeprosić. Jeżeli natomiast coś przeoczyliśmy, coś umknęło naszej uwadze, to deklaruję, że postaramy się to nadrobić. Dla nas to też trudna, niekomfortowa sytuacja, na którą, w moim przekonaniu, uczelnia nie zasłużyła.

Rozmawiał Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama