Reklama

Reklama

Buda o tematach LGBT: Z całym szacunkiem, Polacy tym nie żyją

- Nie chcemy dotykać tematów LGBT. Nie jest tu potrzebna żadna interwencja państwa. Nie potrzeba żadnych dodatkowych działań, więc nie sądzę, by był to jakiś temat przewodni. Zajmujemy się innymi sprawami - zapewnia Interię minister rozwoju i technologii Waldemar Buda, zapytany o głośne słowa Jarosława Kaczyńskiego z weekendu. Minister odpowiedzialny m.in. za mieszkalnictwo deklaruje też, że "nie podpisze się pod żadnym podatkiem katastralnym". Dodaje, że jego resort nie posiada strategicznego dokumentu, który dotyczyłby problemu mieszkaniowego w Polsce. - Nie będę przyjmował żadnych dokumentów, które będą mówiły imperialnie, ile mieszkań zbudujemy, w jakim czasie i co usprawnimy. Po prostu będę to robił - przekonuje.

Łukasz Szpyrka: Woli pan rozmawiać o mieszkalnictwie, inflacji, czy sprawach światopoglądowych?

Waldemar Buda: - Nie boję się żadnych pytań, choć wolę te związane z moją pracą.

Co takiego się wydarzyło, że czołowi politycy PiS znów wracają do tematyki LGBT?

- To raczej interlokutorzy wracają do tej dyskusji. Temat pojawił się chyba w pytaniach dziennikarskich, albo od naszych konkurentów, którzy chcą na tym budować swój kapitał polityczny. Pewnie też weekendowa parada równości dała temu asumpt. Podchodzimy do tego spokojnie. To nie jest koronny temat będący przedmiotem naszej działalności.

Reklama

Którzy "interlokutorzy" chcą narzucić ten temat? Poza Jarosławem Kaczyńskim nie słyszałem ostatnio nikogo, kto wracałby do tych spraw.

- Te pytania pojawiają się od dziennikarzy. Z całym szacunkiem, ale Polacy dzisiaj tym nie żyją. Tym bardziej, że w tych sprawach nic szczególnego się nie dzieje.

Mam wrażenie, że dziś ważniejsze tematy to inflacja i drożyzna, którą widać gołym okiem. Skoro prezes PiS mówi w dwóch kolejnych wystąpieniach o LGBT, to chyba nie ma w tym przypadku. Chcecie się pośmiać z osób z tego środowiska?

- Słyszałem wypowiedź pana prezesa i tam absolutnie takich słów nie było. Nie mamy żadnych uprzedzeń i nie chcemy eskalować tych spraw. Pan prezes powiedział przecież, że "nikt nikomu do sypialni zaglądał nie będzie". Mało tego, mamy dowody na to, że legislacyjnie żadnych działań, które by temu przeczyły, nie podejmowaliśmy i nie podejmujemy. To wiarygodny dowód w tej sprawie. Status quo nam odpowiada i uważam, że te relacje są dobrze poukładane.

Kiedy słyszy pan z ust Kaczyńskiego "ja bym to badał", to co pan sobie myśli?

- Nie sądzę, by chodziło tu o badania poszczególnych osób, grup, ale o coś innego. Usłyszałem w innym wywiadzie, że takie osoby potrzebują najzwyczajniej w świecie wsparcia. Raczej chodzi o taki kontekst, a nie taki, żeby kogokolwiek badać.

Chce mi pan powiedzieć, że Jarosław Kaczyński użył tych słów, bo według niego osoby transpłciowe potrzebują wsparcia psychologicznego? By nie myślały o samobójstwach i wychodziły z depresji? Kaczyński miał na myśli wyłącznie troskę, mówiąc o osobach transpłciowych "ja bym to badał"?

- Nie odtworzę intencji pana prezesa w tej sprawie. Słyszałem natomiast o tym problemie od pana red. Patryka Michalskiego. Dlatego o tym wspominam.

Śmieszą pana w ogóle żarty Jarosława Kaczyńskiego?

- Znam wiele, które w mniej publicznej rozmowie były przedstawiane. Przenikliwość, nawet w żarcie, jest absolutnie widoczna. Na tak postawione pytanie odpowiem: tak, śmieszą mnie. Ale pewnie poda pan jakiś przykład.

W woj. kujawsko-pomorskim Jarosław Kaczyński opowiadał o człowieku, który raz jest Zosią, a raz Władysławem. Mówi z uśmiechem, ludzie na sali się śmieją. Zainteresowani mogą natomiast pomyśleć, że to upokarzające słowa.

- Zabawne, że w ten sposób się to tłumaczy. Z jednej strony prezes mówi, że nie widzi w tym żadnego problemu, ale że zaskakujące może być to, że ktoś przychodzi do pracy, a z dnia na dzień zmienia imię. Chodziło o kontekst zdziwienia. Nikt tu nie zamierza drwić czy ograniczać praw tych osób.

Zamkniecie ten temat za jakiś czas czy będzie nam towarzyszył aż do przyszłorocznych wyborów?

- Nie chcemy tych tematów dotykać. Nie jest potrzebna żadna interwencja państwa. Nie potrzeba żadnych dodatkowych działań, więc nie sądzę, by był to jakiś temat przewodni. Zajmujemy się innymi sprawami. Mówimy o wojnie na Ukrainie, wsparciu dla Ukraińców, utrzymaniu rynku pracy.

Kaczyński 10 kwietnia mówił z przekonaniem o zamachu z 2010 roku, a w ciągu kilku dni, tygodni opinia publiczna miała poznać dowody. Dlaczego tak długo na nie czekamy?

- Te pytania trzeba kierować do prokuratury i komisji pana ministra Antoniego Macierewicza. Pewnie tam są szczegóły do ustalenia, ja nie mam wiedzy w tej sprawie.

Nie jest pan zaniepokojony, że jeszcze tych dowodów nie przedstawiono, skoro - jak rozumiem - w Smoleńsku zabito naszego prezydenta?

- Jest szereg przeciwności i trudności. Przecież nie mamy żadnej współpracy ze stroną rosyjską, a mieć powinniśmy. Wierzę, że ten proces może się przedłużać, bo jest bardzo skomplikowany. Nie mam wątpliwości, że po naszej stronie robimy wszystko, by te kwestie ustalić.

10 kwietnia odniosłem wrażenie, że już nic ustalać nie trzeba, że wszystko jest jasne. Kaczyński stwierdził, że doszło do zamachu i są na to dowody. Pozostaje kwestia ich zaprezentowania.

- Zakładam, że cały czas tak jest. Pytanie oczywiście, kiedy to się stanie, ale nikogo bym w tej sprawie nie popędzał.

Mówi pan o szeregu przeciwności i trudności. O tym samym, ale w kontekście mieszkalnictwa, mówił ostatnio właśnie Kaczyński. Co to za przeciwności i trudności?

- W 2021 roku wybudowano w Polsce najwięcej mieszkań od 30 lat - 220 tysięcy. To nieprawdopodobny wynik w stosunku do lat ubiegłych i dokonań naszych poprzedników. Nikomu nie udało się osiągnąć takiego wyniku. Jednak powinniśmy budować jeszcze więcej.

W takim razie sukces. A Kaczyński mówił o porażce.

- W sprawie bardzo trudnej mały sukces nie przesądza, że jesteśmy w dobrym położeniu, ale obiektywnie rzecz biorąc mieszkań buduje się bardzo dużo. Chodzi teraz o to, by w relacji do zarobków ich ceny były przystępniejsze, oraz żeby utrzymać dynamikę budowy. Analizuję sytuację, problem braku rąk do pracy w branży jest widoczny. Do tego zwyżka cen materiałów budowlanych czy innych składników końcowej ceny mieszkania, może powodować, że lokali będzie po prostu mniej. Włącznie oczywiście z sytuacją kredytową, więc możliwościami zakupowymi Polaków. Trudności jest naprawdę dużo, bo znajdujemy się w bardzo niepewnym czasie związanym z wojną na Ukrainie.

Ilu mieszkań brakuje w Polsce?

- Trzeba przyjmować różne parametry, ale co najmniej kilkaset tysięcy. Dynamicznie nadrabiamy tę lukę, ale ona cały czas w Polsce istnieje. Niektórzy szacują ją nawet na ponad milion mieszkań, ale to kwestia przyjętej metodologii.

Ma pan jakiś długofalowy plan, by zmienić tę sytuację? Nie znam żadnej strategii mieszkaniowej Polski, dokumentu mówiącego o jakiejś konkretnej perspektywie.

- Oczywiście, że mamy długofalowy plan. Sukcesywnie będziemy go pokazywać. Od pięciu tygodni mojego funkcjonowania w resorcie przykładam dużą wagę do budownictwa i mieszkalnictwa. To bardzo trudny czas na reformę w tym obszarze. Nie będę przyjmował żadnych dokumentów, które będą mówiły imperialnie, ile mieszkań zbudujemy, w jakim czasie i co usprawnimy. Po prostu będę to robił. W najbliższych miesiącach pojawi się wiele informacji z tego zakresu, ale nie chciałbym wyprzedzać faktów. Postawiliśmy dwa pierwsze kroki - likwidujemy pozwolenia na budowę dla domów jednorodzinnych, co skróci proces o kilka miesięcy, a w maju uruchomiliśmy "Mieszkanie bez wkładu własnego". Dotrzymaliśmy słowa i wprowadziliśmy ten program w bardzo trudnej sytuacji. W najbliższych tygodniach i miesiącach będę ogłaszał szereg innych inicjatyw.

Mówi pan, że program obowiązuje od maja. Jak rozumiem - idę dziś do banku i mogę starać się o kredyt z gwarancją wkładu własnego?

- Dochodzi tu kwestia podpisania umowy między bankiem a BGK. Nie możemy banków zmusić, by taką ofertę wprowadziły. Obecnie pięć banków tę gwarancję ma w swojej ofercie, ale BGK rozmawia z kolejnymi. To program na 10 lat - dziś nie jest najłatwiej ze zdolnością kredytową, program nabierze rozpędu w ciągu roku, dwóch lat, kiedy sytuacja na rynku będzie pewniejsza.

Zgłosił się do nas czytelnik, który buduje dom. Zgodnie z informacjami, które widnieją na waszej stronie internetowej, liczył na skorzystanie z programu. Sęk w tym, że bank traktuje jego działkę jako wkład własny.

- Jeśli tak, to byłaby to bardzo dobra informacja. Oznaczałoby to, że nie musiałby mieć gotówki, więc program nie byłby potrzebny. Prawdopodobnie jednak to nie będzie standardowe podejście banku, bo do uruchomienia kredytu częściej będzie potrzebował gotówkowego wkładu własnego, a nie przedmiotu, który wnosimy.

Program ledwo został ogłoszony, a pan już zapowiedział zmiany. Po co więc w ogóle startowaliście? Nie lepiej było dopracować szczegóły?

- Program został uchwalony w listopadzie 2021 roku. Od listopada do maja, musi pan przyznać, wiele się zmieniło. To m.in. wojna i wynikające z niej podwyżki cen. Dlatego chcemy ten program uelastycznić. Wychodzimy naprzeciw obecnej sytuacji - zwiększamy metr kwadratowy mieszkania, który będzie dofinansowywany, zwiększamy też skalę gwarancji BGK. Nie tylko powyżej 10 proc., ale również 3, 5, 7 proc. Jeżeli ktoś miał 15 proc. wkładu własnego, to do tej pory nie mógł gwarantować sobie dodatkowych 5 proc. Uelastyczniamy to, żeby można było mieć  15, 17 proc., a gwarantowana będzie pozostała kwota. Urodzenie drugiego i kolejnego dziecka sprawia, że część gwarancji jest umarzana. To dobry program, ale startuje w bardzo trudnym czasie, kiedy zdolność kredytowa Polaków jest ograniczona. Wierzę, że z czasem będzie bardzo korzystny.

Zrewolucjonizuje rynek mieszkaniowy w Polsce?

- Nie, to jeden z instrumentów, które działając równolegle mają poprawić sytuację. Tylko szereg narzędzi może dać bardzo pozytywny efekt.

Pod koniec kwietnia Paweł Szefernaker w rozmowie z Interią mówił, że szykujecie nowe rozwiązania dotyczące mieszkalnictwa. Jak mówił, "w zależności czy to są miasteczka czy duże miasta, potrzebują one rozwiązań związanych z budownictwem komunalnym. Ta dyskusja jest przed nami. W połowie maja pewne propozycje zostaną zaprezentowane samorządom". O żadnej propozycji nie słyszałem.

- Rzeczywiście przygotowujemy pewne rozwiązania, ale nie chcę wyprzedzać faktów. Systematycznie będziemy je upubliczniać. Proszę jednak o chwilę cierpliwości. W międzyczasie zmienił się minister rozwoju, więc stąd zmiana dotycząca maja - niektóre tematy nabrały dynamiki, inne wymagały rewizji.

300 tys. tanich mieszkań na wynajem do 2029 roku - to konkretny plan Lewicy. Zamierzacie z niego skorzystać?

-  Samorządy budują rekordową liczbę mieszkań, więc myślę, że te 300 tys. to liczba jak najbardziej prawdopodobna. W funduszu dopłat, z którego korzystają samorządy, mamy wzrost o 200 proc. Widać, że samorządy nabierają rozpędu. Nie chcę podawać konkretnych liczb, ale widzimy, że ten fundusz dopłaty działa. Kierunek jest dobry, a na funduszu nie brakuje środków. Zainteresowani z niego korzystają, więc pozostaje kwestia mocy przerobowych samorządów.

Pozostańmy przy Lewicy. Adrian Zandberg w rozmowie z Interią podatkowi katastralnemu mówi: "czemu nie"? A pan?

- Absolutnie go wykluczam. To nie jest moment na takie ruchy. To, że na rynku wiele mieszkań jest kupowanych, to też jest wartość, bo one później trafiają na wynajem. Ala na tym rynku mamy spory problem związany z uchodźcami z Ukrainy. Potrzebne są takie mieszkania, więc nie chcemy tego procesu w żaden sposób ograniczać. Nie podpiszę się pod żadnym podatkiem katastralnym, bo to nie jest dzisiaj żadne rozwiązanie.

A podatek od pustostanów - w kontekście tego, o czym pan mówi - już tak?

- Analizowaliśmy tę sytuację i okazuje się, że najwięcej pustostanów mają samorządy. Musielibyśmy podatek nakładać na samorządy, a te pustostany to najczęściej zdegradowane zabytki albo nieruchomości, które nie nadają się do zamieszkania. Wolałbym samorządy wspierać niż karać je za takie pustostany.

Bywają też takie sytuacje, kiedy ktoś pod kątem inwestycyjnym kupuje 8-10 mieszkań, które przez lata stoją puste. Kiedy ich wartość wzrośnie - są sprzedawane. Przez lata jednak nikt z nich nie korzysta.

- To marginalny problem. Jeżeli ktoś nie wynajmuje dziś mieszkania za kilka tysięcy złotych, to z pewnością podatek w wysokości kilkuset złotych nie zrobi na nim wrażenia. Większość mieszkań jest wynajmowana, bo to się po prostu opłaca.

A problem kupowania mieszkań, być może całych osiedli, przez fundusze zagraniczne, też jest marginalny?

- Pojawiają się takie inwestycje, ale na razie to kilka tysięcy mieszkań w Polsce. Trzeba wyróżnić dwie sytuacje - kiedy w konkurencji popytowej fundusz rywalizuje z Janem Kowalskim, wykupuje mieszkanie, to jest to niewłaściwa praktyka. Jeżeli natomiast fundusz przynosi pieniądze deweloperowi, żeby to on wybudował blok, to jest to pozytywny sygnał. Z pierwszą sytuacją bym walczył, ale drugiej przyklasnął.

Ukraińcy skurczyli rynek mieszkaniowy w Polsce?

- Zainteresowanie najmem przez Ukraińców jest istotnym czynnikiem, który wpłynął na dostępność mieszkań oraz ich ceny. To się jednak już uspokoiło i sytuacja na rynku wraca do normalnego poziomu. Wiedzieliśmy, że nasi przyjaciele ze Wschodu będą musieli gdzieś mieszkać.

Rozmawiał Łukasz Szpyrka 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy