Reklama

Reklama

Bitwa o Teatr Słowackiego. Głuchowski: To idzie dużo dalej niż cenzura

- Jeżeli Zarząd Województwa dokończy procedurę odwołania mnie, będę się odwoływał, najpierw do wojewody. Uważam, że procedura została uruchomiona z naruszeniem prawa. Jeżeli to nie pomoże, zwrócę się do sądu administracyjnego - mówi Interii dyrektor Teatru im. Słowackiego w Krakowie. Apeluje jednocześnie, by do sprawy włączył się minister kultury Piotr Gliński. - Bardzo bym chciał, żeby stał się kimś w rodzaju mediatora - podkreśla Głuchowski.

W czwartek wieczorem rozpoczęła się procedura odwołania Krzysztofa Głuchowskiego z funkcji dyrektora naczelnego i artystycznego Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie. Zdecydował o tym zarząd województwa małopolskiego. Decyzja ma mieć związek z nieprawidłowościami, jakie wykazał audyt w teatrze.

- Mam odmienne zdanie niż zarząd, będę odwoływał się od tej decyzji. Służę teatrowi, nie zarządowi - powiedział Głuchowski. - Dobrowolnie nie zrezygnuję z funkcji - zapowiedział. Podkreślił, że nie zgadza się z argumentami zarządu, a o wszczęciu procedury dowiedział się z czwartkowego oświadczenia.

Reklama

Natychmiast murem za dyrektorem stanęli aktorzy i pracownicy Teatru Słowackiego, którzy wspólnie zorganizowali konferencję prasową, na której zaprezentowali transparent "Teatr jest nasz". Wspólnie wystosowali też list do marszałka. Sprawa ma związek z głośną sztuką "Dziady" w reżyserii Mai Kleczewskiej, którą skrytykowała kurator Barbara Nowak czy minister edukacji Przemysław Czarnek.

Łukasz Szpyrka: Powiedział pan, że dobrowolnie nie zrezygnuje. Dlaczego?

Krzysztof Głuchowski, dyrektor Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie: Jestem odpowiedzialny za ludzi, a moja misja się nie skończyła. Zostałem powołany na określony czas. Co ciekawe, najtrudniej w Polsce odwołać dyrektora instytucji kultury, który ma ważny kontrakt. To praktycznie niemożliwe, bo musiałbym umrzeć, być trwale niezdolny do sprawowania urzędu, bądź złamać przepisy prawa. Pan marszałek Witold Kozłowski nie ma mocy, by to stwierdzić. Może tak stwierdzić np. RIO (Regionalna Izba Obrachunkowa - red.), które powinno udowodnić mi ciężkie złamanie dyscypliny finansów publicznych. A coś takiego w ogóle nie ma miejsca.

Pojawia się też zarzut, że naruszył pan dobre imię teatru.

- Ja?! (śmiech - red.) Przepraszam za mój śmiech. Od sześciu lat pracuję nad tym, by teatr miał dobre imię. Mam efekty. Nie odejdę, bo jestem człowiekiem odpowiedzialnym. Nie chodzi o mój stołek, nie boję się, że nie znajdę pracy, choć dziś wyrzuca się mnie na zbity pysk. Dzisiejsza sytuacja to ogromny problem dla ludzi, którzy są w teatrze. Wszyscy pracownicy podpisali się pod listem do pana marszałka, bo czują się związani z tym miejscem, a jednocześnie zaniepokojeni o przyszłość. To naprawdę zgrany, mocny zespół.

Spodziewa się pan, że rykoszetem "oberwie się" również zespołowi?

- Oczywiście. Prawidłowość ostatnich lat wyraźnie pokazuje, co się dzieje z teatrami, które zostają w taki sposób potraktowane. Po dyrektorze przychodzi czas na artystów. Przerywa się jakąś misję, wyrzuca się dyrektora, który coś osiągnął, prowadzi teatr wyraziście, ma osobowość. Mało tego, robi to dobrze. Naprawdę nie mam sobie nic do zarzucenia. Przez ostatnie sześć lat poświęciłem się tej misji całkowicie. Teatr ma wymierne sukcesy, można to sprawdzić lub policzyć. Po stronie zarzutów nie ma nic - poza tym, że nie podobam się władzy.

Mówiąc wprost - poszło wyłącznie o "Dziady"?

- Wszystko zaczęło się od premiery "Dziadów". Od tego momentu czuję zmasowany atak na mnie i wywieraną presję. Przede wszystkim finansową - teatr nie ma pieniędzy. Dostałem w czwartek pismo z Zarządu Województwa Małopolskiego, które mówi, że teatr nie dostanie zwiększonej dotacji podmiotowej. Twierdzą, że budżet teatru jest ogromny, bo dają 14 mln zł. Ale przecież same płace wynoszą 1,2 mln zł miesięcznie. Łatwo policzyć, na co starcza ta dotacja. W sytuacji, w której teatr normalnie by sobie poradził, byłoby dobrze. Jest jednak pandemia, gigantyczne podwyżki cen i inflacja. Do tego jeszcze musimy wykonać wymianę widowni, by nie przepadły nam pieniądze unijne i przez pięć miesięcy teatr będzie nieczynny. W tym czasie nie będziemy zarabiać na głównej scenie. Musimy żebrać, czyli robić zrzutkę, na utrzymanie teatru publicznego. To jest chore.

Jakie jest inne wyjście? Jaki jest pana plan na najbliższe tygodnie?

- Nie czuję się w żaden sposób podwładnym zarządu województwa. Zostałem powołany jako niezależny dyrektor instytucji kultury. Pan marszałek Kozłowski nie jest moim przełożonym, tylko częścią organu zwanego organizatorem. To wszystko jest opisane w ustawie o działalności kulturalnej

Zapowiedział pan, że się odwoła, ale w takim razie do kogo, skoro przed nikim pan nie odpowiada?

- Ależ jak najbardziej odpowiadam przed wieloma instancjami zgodnie z ustawami i wszystkimi procedurami. Jeżeli Zarząd Województwa dokończy procedurę odwołania mnie, będę się odwoływał, najpierw do wojewody. Uważam, że procedura została uruchomiona z naruszeniem prawa. Jeżeli to nie pomoże, zwrócę się do sądu administracyjnego.

Teatrowi grozi w najbliższych tygodniach paraliż?

- Nie. Pracujemy normalnie. Dajemy sobie radę w inny sposób. Musieliśmy zawiesić program artystyczny, przesunąć premiery, ale gramy spektakle regularnie. Nic tego nie zaburzy. Mało tego, pracujemy, jakby nic się nie wydarzyło. Wszystkich proszę, by teatr wciąż funkcjonował sprawnie.

W czwartek aktorzy stanęli za transparentem "Teatr jest nasz". Co to znaczy?

- Nie tylko aktorzy, cały zespół pracowników teatru. To hasło, które pojawiło się przy zbiórce pieniędzy. Teraz natomiast staje się sztandarowym hasłem obrony niezależności instytucji kultury. "Teatr jest nasz" oznacza nic innego, jak to, że teatr jest narodowy, należy do narodu. Nie tylko do pana Witold Kozłowskiego, pani Iwony Gibas, pani Lucyny Malec-Lech, pana Łukasza Smółki i pana Józefa Gawrona.

Ale też nie należy wyłącznie do was, bo takie można było odnieść wrażenie.

- Należy do nas, do aktorów, widzów i do pana. Przymiotnik "narodowy" w ostatnich latach staje się kompletnie niezrozumiały. To po prostu oznacza "nasz", nas wszystkich. Jestem tylko przechodniem, chwilowym zarządcą tego teatru. Nie jestem przyspawany do tego miejsca. Za 2,5 roku i tak bym odszedł, kiedy dokończyłbym to, co chciałem zrobić. Przyszedłby ktoś inny w normalny, cywilizowany sposób. Nie politycy powinni o tym decydować. Cały proces wyboru dyrektora został tak wymyślony, by politycy, którzy się na sztuce nie znają, trzymali się od niej z daleka. W tej chwili łamane są wszystkie procedury.

Z kim to jest konflikt? Marszałkiem Kozłowskim? Ministrem kultury Piotrem Glińskim? Przemysławem Czarnkiem? Barbarą Nowak?

- Sprawa polega na tym, że w ogóle nie mam z nikim konfliktu. Teatr jest dla wszystkich otwarty. Ja nie mam konfliktu, a to oni mają jakiś problem. To oni chcą decydować, co może być wystawiane w teatrze. To oni decydują, że Adam Mickiewicz jest na indeksie. Że Maja Kleczewska jest na indeksie. Że Maria Peszek jest na indeksie. To im się nie podoba. Nie chcą się przyznać do swoich zaściankowych poglądów i wywierają na mnie presję w zaciszu gabinetów. W końcu mnie odwołują, bo się nie uginam. Nie boję się ich, bo sprawa jest zdecydowanie ważniejsza - chodzi o kardynalne kwestie. Nie można pozwolić, by grupa ludzi ukrywająca się pod nazwą "zarządu", decydowała o tym, do czego prawo mają wszyscy. Chcą nam mówić, co jest dobre w kulturze, który artysta powinien być na indeksie, a który nie. To odebranie podstawowych praw wolności wypowiedzi i niezależności instytucji kultury, wolności sztuki. Boże, cofamy się do XIX wieku! I to tak po prostu. Ten bezwstyd jest porażający.

Może to trochę dylemat, który jest obecny też w polityce - nie można mieć dwóch rzeczy na raz. Nie można mieć pieniędzy z KPO i nie można mieć pełnej suwerenności. Może też teatr nie może być w pełni niezależny i jednocześnie dotowany przez państwo?

- Ale państwo nie ma swoich pieniędzy. Pan marszałek Kozłowski nie daje nam swoich pieniędzy. Nie ma prawa decydować, który artysta ma dostać pieniądze, a który nie. To nie jest już nawet cenzura, to idzie dużo dalej niż cenzura. Pan marszałek posuwa się do tego, żeby decydować, jaka ma być sztuka. Robi to w sposób otwarty i bezwstydny. Nie ma na to mojej zgody. Nie ma żadnej ceny, której bym nie zapłacił, by teatr był wolny.

Będzie pan szukał kontaktu z ministrem kultury Piotrem Glińskim? Poszuka pan mediatora w tej sprawie?

- Bardzo bym chciał, żeby wicepremier Piotr Gliński stał się kimś w rodzaju mediatora. Wiemy jednak jaka jest sytuacja, bo minister nie jest specjalnie naszym zwolennikiem. Bylibyśmy jednak wdzięczni, gdyby zechciał być mediatorem, bo przecież sprawuje dokładnie taki nadzór. Teatr Słowackiego jest bardzo ważną instytucją kultury w Polsce, bez względu na to, czy chwilowo opiekuje się nią pan marszałek Kozłowski. Mediacja pana ministra, jego spokój, bardzo by się przydały. Nie występujemy przeciwko niemu, ani przeciwko komukolwiek. To my zostaliśmy zaatakowani. Zostały zaatakowane podstawowe prawa wolności w tym kraju - wypowiedzi i sztuki. To naprawdę bardzo ważne sprawy, bo jeśli zostaną nam odebrane, to co nam pozostanie?

Rozmawiał Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy