Reklama

Reklama

Andrzej Sośnierz: Jedyne co nam zostaje, to powiedzieć: "Siedźcie w domu"

- Jesteśmy w tej chwili jednym z najbardziej chorujących państw na świecie. Mogę powiedzieć z przekąsem, że w końcu odnieśliśmy sukces. Przegoniliśmy w liczbie śmiertelnych przypadków Szwecję, a za chwilę może przegonimy Panamę i Brazylię - mówi Interii Andrzej Sośnierz, poseł Porozumienia i były szef NFZ.

Łukasz Szpyrka, Interia: Odnotowaliśmy blisko 30 tys. nowych zakażeń i 575 zgonów. Co dziś możemy zrobić, żeby powstrzymać te wzrosty?

Andrzej Sośnierz: - Jesteśmy w tej chwili jednym z najbardziej chorujących państw na świecie. Mogę powiedzieć z przekąsem, że w końcu odnieśliśmy sukces. Przegoniliśmy w liczbie śmiertelnych przypadków Szwecję, a za chwilę może przegonimy Panamę i Brazylię, która swego czasu była przedmiotem powszechnej krytyki. Jeżeli chcemy cokolwiek zrobić, to potrzebne i konieczne są obostrzenia. Choć przyznam, że trzeba było to zrobić kiedy indziej, rok temu. Przy takim rozpanoszeniu epidemii, nad którą nigdy nie panowaliśmy, to jeżeli chcemy zmniejszyć liczbę zachorowań, zgonów i doczekać do szczepień, to różne działania restrykcyjne są potrzebne.

Reklama

Musimy się przyzwyczaić do takich liczb?

- Szybko nie da się tego opanować. Wprowadzenie bardzo mocnego lockdownu przytłumi po tygodniu, po 10 dniach tę epidemię. Po dwóch tygodniach powinno być widać efekty.


Co ma pan na myśli, mówiąc o bardzo mocnym lockdownie?

- Właściwie absolutne ograniczenie wychodzenia z domu. Nie wiem, jakie rząd przyjmie rozwiązania. W tym wszystkim brakuje jednego - ciągle zwracamy się do społeczeństwa. Jest to metoda, która powinna być jednym z elementów walki z wirusem. Teraz jest za późno, ale nigdy nie próbowaliśmy wyłapywać kontaktów zakażonego. Teraz to niemożliwe, bo jest ich za dużo, ale było to możliwe, kiedy zakażeń było mniej. Można to było opanować przez uruchomienie wywiadu epidemicznego poprzez kadrowe wzmocnienie sanepidu. Jedyne co nam zostaje, to odwołać się do społeczeństwa - siedźcie w domu i ograniczcie kontakty. Państwo tu skutecznie nie zadziałało prawie nigdy.

Prawie?

- Była jedna krótka sytuacja, kiedy na Śląsku udało się opanować zakażenia wśród górników. To jedyny raz w czasie tej epidemii, kiedy robiliśmy tak, jak proponowałem. To działanie przyniosło sukces. Przez jakiś czas ten efekt się utrzymywał, bo skutecznie zrobiono dochodzenie epidemiologiczne i intensywne testowanie. To dało efekt, ale nie wyciągnęliśmy wniosków i znów tę epidemię rozpuściliśmy.

Lekarze alarmują, że kończą się miejsca w szpitalach. System ochrony zdrowia wytrzyma ten napływ pacjentów?

- Może być trudno. Przy takim wzroście zakażeń może niestety brakować miejsc. Potrzebne są nadzwyczajne środki. Sytuacja, która nigdy nie była pod kontrolą, jest coraz trudniejsza. Można jedynie domniemywać, dlaczego do tego dopuściliśmy.

Rządzącym jeszcze raz uda się skutecznie zaapelować do społecznego poczucia odpowiedzialności?

- Alternatywą jest przechorowanie, ale ma to swoją bardzo wysoką cenę w postaci dużej liczby zgonów. Jeśli przyjmiemy, że kontakt z wirusem miało 10 mln Polaków, a zaszczepionych mamy 2 mln Polaków, to jedna trzecia kraju powinna być odporna. To jednak jeszcze za mało, aby epidemia sama zaczęła wygasać, choć być może osiągniemy ten poziom, czyli przechorowanych, zakażonych i zaszczepionych za dwa-trzy miesiące. Liczę na to, że strach wywrze na nas wrażenie i Polacy dla własnego dobra, w trosce o swoje bezpieczeństwo, zostaną w domach. Bo te liczby robią wrażenie. Czy to się w pełni uda? Trudno powiedzieć, bo reagowanie na zalecenia jest dużo mniejsze. Trochę za mało podkreślamy, że tak ważne jest zostanie w domu. Rządzący trochę próbują tuszować ten katastrofalny wynik dotychczasowej walki z epidemią. Nie w pełni uświadamiają powagę sytuacji.

Co pan sądzi o działaniach ministra Marcina Warchoła, który w Rzeszowie prowadzi kampanię i dwukrotnie w miejscach publicznych pokazywał się bez maski, mimo że apele z jego rządu są jednoznaczne?

- To trochę inna sprawa, bo sens niektórych obostrzeń jest wątpliwy. Maseczki powinny być jednorazowe, bo maseczka używana wielokrotnie staje się magazynem wirusa u osoby, która jest chora. Pomijając to, jeśli państwo ma funkcjonować, to obywatele powinni przestrzegać prawa, a w szczególności przedstawiciele tego państwa powinni dawać przykład, nawet jeśli te zalecenia nie zawsze są rozsądne. Inna sprawa, że takich sytuacji mieliśmy już trochę.

Łukasz Szumowski czy Adam Niedzielski? Kto lepiej walczy z pandemią?

- Przez chwilę wydawało mi się, że minister Niedzielski lepiej nad tym panuje, ale teraz nie mam faworyta. Jego zarządzenie, żeby badać tylko objawowych pacjentów, jest katastrofalne w skutkach. Przecież kiedy przywieźliśmy Polaków z Wielkiej Brytanii, to aż się prosiło ich wszystkich przebadać, przetestować. Oni wszyscy poszli w tłum i wirus został doładowany. Nikt tego ze złej woli nie zrobił, ale mleko się rozlało. Nie oceniam obu ministrów, bo obaj są bardzo odporni na sensowne zmiany tej polityki pandemicznej.

Jest pan zadowolony z tempa szczepień?

- Przyznam, że rok temu proponowałem, żeby pandemią zajmował się pełnomocnik rządu. Ustanowiliśmy pełnomocnika rządu ds. szczepień i dobrze to idzie. To sensowny pomysł, bo porównując nas z innymi państwami europejskimi, wychodzi to całkiem przyzwoicie. Minister zdrowia nie może wszystkiego ogarnąć, dlatego dobrze, że jest pełnomocnik międzyresortowy, który kieruje takim obszarem. Szkoda tylko, że z UE mamy tak mało szczepionek.

Ładowanie...

Bardzo się pan zdziwi, jeśli odnotujemy 40 tys. nowych zakażeń dziennie?

- Bardzo się zmartwię. To się już dzieje, ale nie mamy wszystkich zdiagnozowanych. Wyłapujemy część góry lodowej. Mamy więcej zakażonych, chociaż nie są zidentyfikowani. Taka liczba jest pewnie w tym momencie prawdziwa, bo taki wniosek można wysunąć po liczbie zgonów.

Rozmawiał Łukasz Szpyrka

Rozlicz pit online już teraz lub pobierz darmowy program

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje