Reklama

Politycy PO sugerowali, że rząd myślał o rozbiorze Ukrainy. Nic nie zgadza się tutaj z faktami

Radosław Sikorski rzucił w wywiadzie bardzo niefortunną wypowiedź o Ukrainie, żeby potem Jacek Rostowski dobudował do niej faktograficzny motyw, który nijak nie przystaje do geopolitycznych realiów. Tym sposobem, dzięki dwóm byłym ministrom rządu Donalda Tuska, od dwóch dni debatujemy o tym, czy Polska planowała rozbiór Ukrainy. Kremlowska propaganda ma z tego używanie, a w imię wojny polsko-polskiej wizerunek naszego państwa został poważnie nadszarpnięty.

- Myślę, że miał moment zawahania w pierwszych dziesięciu dniach wojny. Wtedy, gdy wszyscy nie wiedzieliśmy, jak on pójdzie - że może Ukraina upadnie. Gdyby nie bohaterstwo Zełenskiego i pomoc Zachodu, różnie mogło być - to odpowiedź byłego szefa MON i MSZ Radosława Sikorski na pytanie Bogdana Rymanowskiego, czy "rząd PiS-u przez moment myślał o rozbiorze Ukrainy".

Wypowiedź europosła Koalicji Europejskiej w "Gościu Radia ZET" wywołała tsunami komentarzy i oburzenia. Bardzo szybko trafiła też w ręce rosyjskiej propagandy, która od początku wojny próbuje przekonać świat, że państwa wschodniej flanki NATO, w szczególności Polska, planowały i nadal planują rozbiór Ukrainy.

Reklama

Na tym jednak problem się nie skończył. Kilkanaście godzin po wypowiedzi Sikorskiego w jego obronie stanął były kolega z rządu PO-PSL Jacek Rostowski napisał na Twitterze: "Myślę tak samo jak Radek Sikorski. Wzywam Mateusza Morawieckiego do powiedzenia nam prawdy na ten temat, bo poszlaki są znaczące, że właśnie tak było".

Dopytywany przez jednego z internautów o wspomniane "znaczące poszlaki", były wicepremier odpowiedział: "Poszlaki? 1. Byli dopiero 5 państwem, które wysłało broń Ukrainie i to po 10 dniach. 2. Hołdowanie zdrajcom Zachodu LePen, Salvini, Orban w Warszawie, kiedy USA już ostrzegały, że inwazja będzie. 3. To samo w Madrycie. 4. Niewysłanie MiGów Ukrainie. 5. Propozycja JK 'misji pokojowej'".

"Argumenty" vs fakty

Trudno ocenić, czy w tej całej sytuacji więcej szkody Polsce przynosi sugestia, że polski rząd planował rozbiór Ukrainy na początku wojny, czy brnięcie w ten scenariusz, podpierając go argumentacją, która kompletnie nie wytrzymuje konfrontacji z faktami i rzeczywistością. Przyjrzyjmy się pięciu punktom, które zdaniem ex-wicepremiera Rostowskiego potwierdzają zasadność zarzutu, że rząd Mateusza Morawieckiego rozważał rozbiór zaatakowanego przez Rosję sąsiada.

Po pierwsze, Polska decyzje o wysłaniu broni i amunicji na Ukrainę podjęła jeszcze przed wkroczeniem na jej teren rosyjskich wojsk. Już w styczniu na nieodpłatne przekazanie Ukraińcom broni i amunicji zdecydowały się Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Polska, Czechy, Litwa, Łotwa i Estonia. Jak mówił wówczas szef polskiego rządu, strona polska przekazała Ukrainie "kilkadziesiąt tysięcy pocisków i amunicji artyleryjskiej, zestawy przeciwlotnicze Grom, lekkie moździerze, drony rozpoznawcze i innego rodzaju broń o charakterze obronnym".

Pierwszy transport z polskim uzbrojeniem dotarł do naszego sąsiada w tygodniu inwazji, ale przed jej rozpoczęciem. Potwierdził to oficjalnie ambasador Ukrainy w Polsce Andrij Deszczyca. Byliśmy więc w absolutnej awangardzie państw niosących pomoc militarną napadniętej Ukrainie. I to jeszcze przed rozpoczęciem wojny, a nie po jej pierwszych dziesięciu dniach.

Po drugie i po trzecie, polityka zagraniczna polskiego rządu uległa znaczącej zmianie po rozpoczęciu wojny w Ukrainie i ocenieniu reakcji na nią poszczególnych partnerów zagranicznych. Oczywiście nikt nie rozgrzesza rządu Zjednoczonej Prawicy z prób budowania antyunijnego sojuszu z innymi eurosceptycznymi formacjami (wiele z nich miało i ma prorosyjskie sympatie), ale należy tutaj dochować rzetelności w ocenie. Zarówno spotkanie w Warszawie, jak i późniejsze w Madrycie miały miejsce przed rosyjską agresją na Ukrainę.

Wojna zmieniła priorytety w polskiej polityce zagranicznej. Przykładem tego jest chociażby ocena postępowania rządu Węgier. Do niedawna najwięksi sojusznicy rządu Zjednoczonej Prawicy w UE konsekwentnie odmawiali nałożenia sankcji na rosyjski sektor energetyczny, nie zamierzali wspierać Ukrainy finansowo ani militarnie, a także wygłaszali szereg wypowiedzi rozmywających odpowiedzialność za konflikt i poszczególne wydarzenia w jego trakcie (np. ludobójstwo w Buczy, które sam Viktor Orban publicznie relatywizował).

- Patrzymy na postawę Węgier krytycznie, liczymy na większe ich zaangażowanie - ocenił Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla tygodnika "Sieci" na początku kwietnia ubiegłego roku. Kilka dni później, w rozmowie na antenie Radia Plus, dodał: - Nie ukrywam, że to wszystko jest bardzo smutne. Moja ocena jest jednoznaczna - negatywna. (...) Kiedy premier Orban mówi, że on nie widzi dokładnie tego, co się zdarzyło w Buczy, to mu trzeba poradzić pójście do okulisty, i to jest zawód.

Po czwarte, sprawa przekazania MiG-ów była zbyt skomplikowana, żeby - jak premier Rostowski - streścić ją w (literalnie) trzech słowach. Czynienie z tej sprawy zarzutu wobec Polski, mającego uzasadnić wersję o planowanym rozbiorze Ukrainy, jest kompletnie nieuzasadnione. Całe zamieszanie wokół polskich MiG-ów było efektem nadgorliwości polskiej strony, jeśli chodzi o chęć wsparcia broniących się Ukraińców, i chybionej kalkulacji dyplomatycznej.

Ale po kolei. Polski rząd chciał przekazać Ukrainie polskie MiG-i-29, a w zamian otrzymać od Stanów Zjednoczonych "uzupełnienie" polskich sił powietrznych o amerykańskie myśliwce F-16. Pomysł polskiego rządu był taki, że Polska przekaże swoje samoloty do amerykańskiej bazy w Rammstein, Amerykanie dostarczą je na Ukrainę, a następnie "zrefundują" nam ten "wydatek". Rzecz w tym, że o ile Waszyngton nie miał nic przeciwko zaopatrzeniu Ukrainy przez Polskę w MiG-i-29, a nawet nie wykluczał późniejszego przekazania Polsce F-16, o tyle nie zamierzał robić za pośrednika w tej transakcji.

Polski rząd chciał zjeść ciastko i mieć ciastko. Z jednej strony, wesprzeć Ukrainę i otrzymać od Amerykanów myśliwce F-16 w zamian za przekazane Ukraińcom maszyny; z drugiej - nie ryzykować, że gniew Rosji skupi się wyłącznie na Polsce (cała operacja miała zostać przeprowadzona pod egidą NATO). Nie udało się, ale jeśli można w tej kwestii coś polskiemu rządowi zarzucić, to nadgorliwość i braki dyplomatyczne, a nie chęć rozbioru Ukrainy. Na szczęście w grudniu ubiegłego roku temat przekazania Ukrainie polskich MiG-ów powrócił. Tym razem było wokół niego jednak o wiele ciszej niż w marcu 2022 roku. A to dobry znak.

Wreszcie po piąte, premier Rostowski czyni antyukraiński zarzut rządowi Zjednoczonej Prawicy z ogłoszonego w Kijowie pomysłu wysłania misji pokojowej ONZ na terytorium Ukrainy. Już samo to wytrąca z ręki wszelkie argumenty Rostowskiemu, bo trudno połączyć zaangażowanie ONZ po stronie Ukrainy z chęcią dokonania jej rozbioru. Inna rzecz, że polski rząd nie miał żadnego upoważnienia do złożenia wspomnianej oferty. Nie miał również mocy sprawczej, żeby tę ofertę zmaterializować. Znów: dużo dobrych chęci i mało profesjonalne od strony dyplomatycznej wykonanie. Jednak zdecydowanie o proukraińskim wydźwięku.

Teoria spiskowa, ale konsekwencje realne

Spiskowa teoria Sikorskiego i Rostowskiego nijak nie spina się z wojenną faktografią. Niestety ma jednak bardzo namacalne konsekwencje.

Po pierwsze, będzie służyć (już zresztą służy) rosyjskiej propagandzie do dzielenia Ukrainy i Zachodu, z naciskiem na podkopywanie polsko-ukraińskich relacji, które od roku przeżywają niespotykany od dziesięcioleci rozkwit. Polska znów przedstawiana jest jako historyczny zaborca i okupant, który udaje przyjaciela, ale chce jedynie zrealizować swoje geopolityczne cele, które są zbieżne z interesami Kremla.

Po drugie, wystawia nam to fatalne świadectwo wśród naszych sojuszników z NATO. Kiedy na Zachodzie wszyscy jednoczą się w celu jak najefektywniejszej pomocy Ukrainie, na naszym politycznym podwórku wciąż ważniejsza jest wojna polsko-polska i obrzucenie przeciwnika błotem, nawet jeśli to błoto trzeba w całości zmyślić, opierając na domysłach i błędnych argumentach.

Wreszcie po trzecie, jest to problem dla samej Koalicji Obywatelskiej. Od wypowiedzi duetu Sikorski-Rostowski od kilkudziesięciu godzin odcinają się kolejni politycy KO. Z drugiej strony, zapowiedziano jednak, że obu panów nie spotka za wspomniane słowa żadna kara, ponieważ Platforma nie każe swoich polityków za pojedyncze wypowiedzi. Niesmak jednak pozostaje, bo nie mówimy o dwóch anonimowych posłach z piątego szeregu, tylko o kluczowych postaciach rządów Donalda Tuska.

Widząc, jak wielkie zamieszanie wywołała jego wypowiedź, po kilku godzinach Sikorski próbował wytłumaczyć na Twitterze, że "rozbiorem Ukrainy" była "propozycja wejścia wojska na zachodnią Ukrainę, którą Zełenski stanowczo odrzucił". Wszystko w odpowiedzi na tweeta premiera Morawieckiego, w którym szef rządu domaga się przeprosin za wypowiedziane na antenie Radia ZET słowa.

Po dobie od udzielenia swojej wypowiedzi Sikorski zamieścił też na Facebooku obszerne oświadczenie. Próbuje w nim wyjaśnić, co miał na myśli i jak należy odczytywać wypowiedziane na antenie Radia ZET słowa. "Chodziło oczywiście o 'moment zawahania' w polityce wobec Ukrainy" - tłumaczy europoseł KO.

Dalej czytamy: "We fragmencie dotyczącym wojny za naszą wschodnią granicą przypomniałem, że Kreml już kilka lat temu czynił aluzje do podboju Ukrainy, a niektórzy poplecznicy Putina proponowali Polsce rozbiór sąsiada. Powiedziałem też, że Kreml byłby przeszczęśliwy, gdyby Polska lub Węgry się na taki krok zdecydowały".

Niestety dla posła Sikorskiego, przytoczony na początku tego artykułu cytat jest cytatem dosłownym. Były szef MON i MSZ nie wspomina tam o "polityce wobec Ukrainy". Nie tego dotyczy też zadane mu pytanie. Ono było bardzo precyzyjne: "A pan wierzy w to, że rząd PiS-u przez moment myślał o rozbiorze?". Wpadka. Ot co. Bardzo bolesna, bardzo niepotrzebna i z bardzo niedobrymi konsekwencjami.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy