Reklama

Reklama

"Emerytowany zbawca narodu". Kaczyński chce spełnić swoje marzenie

Wejście Jarosława Kaczyńskiego do rządu miało stanowić remedium na trawiące Zjednoczoną Prawicę wewnętrzne konflikty. W praktyce unaoczniło jedynie, że obóz władzy jest zakładnikiem Zbigniewa Ziobry, a autorytet prezesa Prawa i Sprawiedliwości nie ma już tej wagi co dawniej. Teraz Kaczyński skorzystał z okazji, żeby ten męczący etap wreszcie zostawić za sobą i powrócić do swojej największej miłości - partyjnej polityki.

Telenowela wreszcie dobiegła końca. Prezes PiS-u z rządu odchodził od dawna, ale ostatecznie odejść cały czas nie mógł. - Gdyby to zależało tylko od prezesa, to odszedłby już dawno. Chciał odejść w grudniu, potem w lutym, w marcu, w maju. Zawsze coś stawało na przeszkodzie. Ale teraz to już naprawdę finisz i lada chwila prezes zakończy swoje rządowe obowiązki - mówił nam tuż przed czerwcowym długim weekendem bliski współpracownik byłego już wicepremiera.

Kaczyński nie kryje, że chce teraz poświęcić 100 proc. swojego czasu i energii działalności partyjnej, ze szczególnym uwzględnieniem rozmów z Polakami i przygotowań do kampanii parlamentarnej. - Postanowiłem, że muszę się skoncentrować na tym, co jest dla przyszłości Polski najważniejsze. To nie tak, że przeceniam swoją rolę, chodzi po prostu o to, że partia musi odzyskać werwę, bo zbliża się ten czas, który dla każdej partii politycznej na świecie jest najważniejszy - przekonywał na antenie telewizji publicznej. - Wybory są po to, aby uzyskać dobry wynik wyborczy, a jeśli chodzi o PiS, to tym dobrym wynikiem wyborczym będzie ich wygranie i możliwość sprawowania władzy, oczywiście w koalicji Zjednoczonej Prawicy - podkreślił.

Reklama

Cel główny i cel poboczy

Skoro 20-miesięczny epizod rządowy prezesa PiS-u już za nami, można pokusić się o jego podsumowanie. Zastanowienie się, po co Kaczyński do rządu wchodził, co udało mu się w nim osiągnąć i w jakiej kondycji go zostawia.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że kluczową motywacją szefa PiS-u było ustabilizowanie sytuacji wewnętrznej w obozie władzy. Zapanowanie nad rozsadzającym Zjednoczoną Prawicę konfliktem między ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą i premierem Mateuszem Morawieckim. Wyniszczająca wojna między oboma politykami oraz ich stronnictwami trwa niemalże od pierwszego dnia funkcjonowania rządu Beaty Szydło.

O ile w pierwszej kadencji była to walka o wpływy w rządzie i przede wszystkim synekury w państwowych spółkach, o tyle po wyborczej wygranej Zjednoczonej Prawicy w 2019 roku sytuacja zmieniła się diametralnie. Solidarna Polska mocno urosła w siłę, dzięki czemu dysponowała w Sejmie liczbą szabel pozwalającą rozbić większość rządową.

Wyborczy sukces zaostrzył apetyt ministra Ziobry, który świadomy swoich wpływów i siły niejednokrotnie z nich korzystał. Za cel obrał sobie przede wszystkim Unię Europejską i wszelkie podejmowane przez rząd próby naprawy relacji z Brukselą. To przecież przede wszystkim najbliższym ludziom ministra Ziobry - zwłaszcza Januszowi Kowalskiemu i Patrykowi Jakiemu - "zawdzięczamy" rozkręcenie w Polsce dyskusji o polexicie i bilansie naszego członkostwa w UE.

Pytany w TVP1 o ocenę swojego czasu w rządzie, Kaczyński przyznał, że udało mu się zrealizować założony plan. - Choć nie będę ukrywał, że w tym planie nie było wojny, choć był on przygotowywany na ewentualność wojny - stwierdził były już wicepremier. I dodał: - Sądzę, że w tym czasie zapadły te najważniejsze decyzje odnoszące się do tego, by Polska uniknęła bardzo trudnego losu. Chcemy się na tyle zbroić, aby ewentualny atak na nasz kraj był całkowicie nieracjonalnym przedsięwzięciem.

Ostatnie słowa należy odczytywać w kontekście ustawy o obronie ojczyzny oraz zaprezentowanej w ostatnich dniach przed odejściem Kaczyńskiego z rządu ustawy o ochronie ludności. Obie mają przygotowywać Polskę na tzw. trudne czasy i odparcie różnego rodzaju zagrożeń wewnętrznych i zewnętrznych (m.in. wojny, pandemii czy infiltracji przez obce służby). Według rozmówców Interii z PiS-u i z rządu, oba dokumenty były oczkiem w głowie prezesa Kaczyńskiego w czasie jego 20-miesięcznej obecności w Radzie Ministrów.

Więcej minusów niż plusów

Ich przyjęcie należy zapisać Kaczyńskiemu zdecydowanie na plus. Dobrze, że reagujemy na inwazję Rosji na Ukrainę i chcemy zawczasu przygotować się na najgorszy możliwy scenariusz. Jednak jak to w polityce - po owocach ich poznacie. Ustawa o obronie ojczyzny zakłada gruntowne przemodelowanie polskiej obronności, a minione siedem lat pokazało, że głębokie i złożone zmiany systemowo-strukturalne są piętą achillesową Zjednoczonej Prawicy (wystarczy wspomnieć zmiany w sądownictwie czy próbę zmierzenia się z kryzysem mieszkaniowym). Na razie nie mamy żadnej gwarancji, że podobnie nie będzie i w tym przypadku.

Ustawa o ochronie ludności to z kolei próba wyciągnięcia wniosków z tego, co już się w Polsce wydarzyło. Przede wszystkim z popełnionych błędów. Mowa o pandemii COVID-19, kryzysie migracyjnym na polsko-białoruskiej granicy oraz napływie uciekających przed wojną kilku milionów uchodźców z Ukrainy. Zwłaszcza starcie naszego państwa z koronawirusem będzie Kaczyńskiemu wypominane długo i dobitnie, bo władza poniosła w nim sromotną klęskę. I to na kilku polach - liczne afery wokół polityków z rządu (respiratory, maseczki), nieprzygotowany do starcia z pandemią system ochrony zdrowia, który z fali na falę był na bieżąco łatany, klęska Narodowego Programu Szczepień (zaledwie 59,55 proc. społeczeństwa zaszczepione dwiema dawkami szczepionki, trzeci najgorszy wynik w UE) czy wreszcie ponad 180 tys. nadmiarowych zgonów przez dwa lata pandemii COVID-19.

Te wszystkie liczby mogły wyglądać znacznie lepiej, gdyby rząd zdecydował się działać w interesie społeczeństwa, a nie partii. Minister zdrowia Adam Niedzielski w jednym z wywiadów wprost przyznał, że obóz władzy skapitulował przed agresywnym lobby antyszczepionkowym. Natomiast ówczesny wicepremier Kaczyński co prawda potępiał antyszczepionkowców, także tych w szeregach Zjednoczonej Prawicy, ale gdy przychodziło do decyzji politycznych, to partia i koalicja rządząca zawsze były ważniejsze od zdrowia i życia Polaków.

Jeśli spojrzymy na interesy czysto partyjno-rządowe, to niewątpliwym sukcesem było utrzymanie większości dla rządu w Sejmie po tym, jak z obozu władzy usunięte zostało Porozumienie. Co prawda ta większość przez ostatnie miesiące była mocno chwiejna i oparta na ludziach Pawła Kukiza, ale liczą się fakty, a fakty są takie, że rząd przetrwał. Teraz po dołączeniu do obozu władzy posłów Agnieszki Ścigaj i Andrzeja Sośnierza, także na tym odcinku prezes Kaczyński będzie mógł w końcu odetchnąć i skoncentrować się na kampanii parlamentarnej.

Zadrą w oku szefa PiS-u z pewnością będzie kapitulacja przed Zbigniewem Ziobrą. Bo tak w praktyce należy określić to, że mimo wszystkich swoich "harców" minister sprawiedliwości wciąż w rządzie jest. Nie stanowi tajemnicy - w zakulisowych rozmowach powtarzali to niejednokrotnie współpracownicy prezesa - że Kaczyński najchętniej Ziobry ze Zjednoczonej Prawicy by się pozbył. Nie stanowi również tajemnicy, że Kaczyński próbował to zrobić, uprzednio rozbijając formację ministra sprawiedliwości, ale musiał obejść się smakiem. Stan gry w momencie wyjścia Kaczyńskiego z rządu jest taki, że Ziobro i Solidarna Polska nadal w nim pozostają i nadal dysponują siłą, która pozwala im zerwać większość rządową w Sejmie.

Co więcej, nie udało się Kaczyńskiemu położyć kresu konfliktowi między Ziobrą i Morawieckim. Po 20 miesiącach w rządzie prezes PiS-u chyba nie ma już też złudzeń, że można tej sztuki dokonać, jednocześnie zachowując obu polityków w obozie Zjednoczonej Prawicy. Być może próbą zaradzenia tej wciąż problematycznej i potencjalnie groźnej dla rządu sytuacji jest ruch z szefem MON Mariuszem Błaszczakiem.

- Pan minister Błaszczak z całą pewnością zastąpi mnie znakomicie, i sądzę też, chociaż nie jest to jeszcze ten moment, kiedy mogę to publicznie ogłaszać, że zastąpi mnie pod każdym względem jeśli chodzi o wszystkie funkcje - przyznał w publicznej telewizji Kaczyński, namaszczając Błaszczaka na swojego następcę. Czy zabieg prezesa przyniesie skutek, przekonamy się w najbliższych miesiącach.

Droga do historii

Teraz prezes cały swój czas i wszystkie swoje siły poświęci jednak temu, co kocha najbardziej - życiu partyjnemu. Objazdowi kraju, spotkaniom z wyborcami, przeglądowi struktur, stopniowemu planowaniu list wyborczych, przygotowywaniu strategii kampanijnej.

Wiele o priorytetach prezesa PiS-u mówi to, że wicepremier ds. bezpieczeństwa opuszcza rząd w sytuacji, gdy na Ukrainie wciąż trwa wojna, której wyniku nadal nie sposób przewidzieć. - Dzisiaj przebieg wojny jest taki, że nie wiadomo kiedy się ona skończy. Natomiast mniej więcej wiadomo, kiedy będziemy mieli wybory, w związku z tym musiałem wybrać i wybrałem. Chętnie bym doczekał do końca wojny, ale wygląda na to, że będzie się ona ciągnęła dłużej - argumentował swój wybór w TVP1 Kaczyński.

Wybór był dla niego prosty i oczywisty. Dlatego, że przed Zjednoczoną Prawicą wciąż realna szansa na utrzymanie władzy i wywalczenie trzeciej kadencji. Byłby to bezprecedensowy w skali III RP sukces. Do tej pory tylko Zjednoczona Prawica i koalicja PO-PSL zdołały wywalczyć reelekcję. Trzeciej kadencji nie udało się już zdobyć nikomu. Dla Kaczyńskiego walka o ten cel ma też dodatkowy smaczek - możliwość korespondencyjnego pokonania Donalda Tuska w tym historycznym wyścigu.

Jeśli się to uda, prezes Kaczyński - niezależnie od oceny prowadzonej przez niego polityki - na trwałe zapisze się w historii polskiego parlamentaryzmu. Ci, którzy nazywają go najwybitniejszym politykiem po 1989 roku zyskają ku temu kolejny argument. Z kolei sam prezes wreszcie zrealizuje swoje wielkie marzenie, o którym niegdyś opowiadał Teresie Torańskiej: zostanie emerytowanym zbawcą narodu. Przynajmniej dla elektoratu Zjednoczonej Prawicy.

Jednak żeby do tego doszło, najpierw trzeba wygrać wybory. Z racji napiętej sytuacji społeczno-gospodarczej, będzie to zadanie znacznie trudniejsze niż w 2015 i 2019 roku. W ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy przed prezesem Kaczyńskim ogrom pracy i niepewność końcowego rezultatu. Ale to trud i ryzyko, które Kaczyński lubi bez porównania bardziej, niż codzienną żmudną pracę w Kancelarii Premiera.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy