Reklama

Reklama

Chciał trwać za wszelką cenę, ale nie wyszło. Teflonowy Johnson idzie na dno

- Johnson został sam, jest przegrany. Wszyscy zobaczyli, że król, a właściwie premier, jest nagi i nie ma przed sobą żadnych perspektyw na dalsze utrzymanie się na stanowisku - mówi w rozmowie z Interią specjalizująca się w brytyjskiej polityce dr Małgorzata Kaczorowska z Uniwersytetu Warszawskiego.

Łukasz Rogojsz, Interia: Teflonowość Borisa Johnsona się skończyła.

Dr Małgorzata Kaczorowska: - Każda teflonowość kiedyś się kończy. Zresztą Boris Johnson nie jest rekordzistą w tym zakresie. O Tonym Blairze również mówiło się, że jest teflonowy. Bił rekordy rządów w Partii Pracy, wygrywał kolejne wybory parlamentarne, aż jego czas się skończył. Każdy polityk popełnia błędy i w końcu zawsze musi za nie zapłacić.

Ale może odraczać moment tej zapłaty.

- Tak, chociaż jeśli spojrzymy na przypadek Johnsona, to i tak jego rząd przypadł na czasy kryzysowe. Musiał doprowadzić do końca umowę o wystąpieniu z UE i zmierzyć się z pobrexitowym wielowymiarowym chaosem w kraju - ekonomicznym, organizacyjnym, ludzkim. Nie do końca sobie z tym poradził, bo walka ze skutkami brexitu wciąż trwa. Nie uciekał jednak od odpowiedzialności jak wielu polityków Partii Konserwatywnej. Parł do przodu aż do samego końca, do końca obstawał przy swoich poglądach i bronił hasła Theresy May, że "brexit to brexit".

Reklama

- Drugim kryzysem, który dopadł Johnsona niemal tuż po wyborczym zwycięstwie, była pandemia koronawirusa i to było już zupełnie niezależne od niego. Na to nałożyły się problemy brytyjskiej służby zdrowia. Pandemia bardziej niż cokolwiek wcześniej obnażyła, że narodowy system ochrony zdrowia (NHS) jest niewydolny, a polityka rządu w tym zakresie nieudolna, a w związku z tym źle oceniana.

- Z kolei w tym roku przyszedł trzeci kryzys, a więc wojna w Ukrainie. I tutaj pozycja Wielkiej Brytanii na arenie międzynarodowej wzmocniła się i nieco polepszyła w relacjach z Unią Europejską. Premier Johnson był tutaj widoczny, po krytyce pierwszych decyzji, kolejne brytyjskie sankcje na Rosję okazały się bardziej dotkliwe, a w kwestii pomocy militarnej dla Ukrainy Brytyjczycy ustępują w zasadzie tylko Amerykanom.

W swoim pożegnalnym wystąpieniu Johnson podkreślił właśnie te trzy rzeczy, mówiąc o swoich zasługach: brexit, pandemię koronawirusa i pomoc Ukrainie. Fakty są jednak takie, że odchodzi w atmosferze skandalu. Dlaczego akurat ta afera go zatopiła?

- Obecna afera obyczajowa z Chrisem Pincherem - mówimy tu o nadużyciach dotyczących wolności osobistej innych osób, napaści seksualnej i nagabywaniu - to już tylko gwóźdź do politycznej trumny Johnsona. Moim zdaniem czarę goryczy przelała inna afera z tego roku, czyli tzw. Partygate. Kiedy cały kraj był pogrążony w ciężkim lockdownie, premier i jego najbliższe otoczenie przyjmowali na Downing Street 10 gości i wyprawiali przyjęcia. Kiedy sprawa wyszła na jaw, Johnson kłamał rodakom w żywe oczy. Przepraszać zaczął dopiero, gdy udowodniono mu mówienie nieprawdy, pokazując nagrania hucznych imprez, czym go skompromitowano.

Brytyjczycy nie uwierzyli w jego skruchę?

- Ile było warte jego "przepraszam", zobaczyliśmy przy okazji afery z Chrisem Pincherem. Premier Johnson doskonale wiedział o pojawiających się już wcześniej wobec Pinchera zarzutach o molestowanie seksualne i nagabywanie osób z najbliższego otoczenia. Tutaj znów udowodniono premierowi, że mimo tego pozostał głuchy na tak ciężkie zarzuty i powierzył Pincherowi sprawowanie ważnych stanowisk. Tym razem nie wytrzymali nie tylko rodacy, ale nawet najbliżsi współpracownicy z rządu i politycy Partii Konserwatywnej.

Niedawno opublikowany sondaż YouGov pokazał, że odejścia Johnsona ze stanowiska premiera domagało się 70 proc. ogółu wyborców i aż 54 proc. elektoratu torysów z wygranych wyborów w 2019 roku. Mimo tego postanowił trwać na stanowisku. Dlaczego? 

- Zupełnie mnie to nie dziwi. Johnson to człowiek, który uważa, że wszystko można przełknąć, że zawsze się jakoś wywinie. Tyle że tak nie jest. W pewnym momencie dochodzisz do ściany. Tutaj do ściany doszli jego ministrowie i partyjni koledzy. Były już minister zdrowia Sajid Javid powiedział, że ma się jedną twarz, a swoimi czynami i decyzjami świadczy się o tym, jakim się jest człowiekiem, więc on w tym momencie nie może legitymizować tego, co dzieje się w Partii Konserwatywnej i rządzie. Wyraźnie kredyt zaufania ministrów i legitymizacji działań premiera wyczerpał się.

Szef brytyjskiego rządu liczył, że tę twarz uratuje, że przeczeka kryzys?

- Sprawa Pinchera jest o tyle skomplikowana, że miał duże zasługi u Johnsona. To on pozyskiwał mu zwolenników wśród torysów, kiedy na początku czerwca w partii odbywało się głosowanie nad wotum nieufności wobec premiera, lidera partii. Działania Pinchera okrzyknięto mianem "operacji ratowania wielkiego psa" ("Operation Save a Big Dog"). Johnson doskonale wiedział o zarzutach wobec niego, ale ponownie liczył, że wszystkich przechytrzy. Kiedy media wytropiły najnowszy skandal, sprzed tygodnia, który szybko zaczął żyć własnym życiem w sieciach społecznościowych, stało się jasne, że Johnson tym razem się przeliczył i klęska jest tylko kwestią czasu.

A jednak na odchodnym nie powiedział "przepraszam".

- On nie przywiązuje do tego słowa większego znaczenia. Można mieć wrażenie, że traktował je jako narzędzie. Nawet jeśli zdarza mu się go użyć, to za tym nie idzie żadne postanowienie poprawy. Normalnie zakładamy, że jeśli ktoś przeprasza, to przeprowadził refleksję, chce się zmienić, wie, że źle zrobił. U Johnsona tego wszystkiego nie ma. Przy okazji "Partygate" przepraszał rodaków i prosił o zaufanie, żeby po kilku miesiącach znowu udawać, że o niczym nie wiedział, i liczyć, że nikt się o niczym nie dowie. Co więcej, nawet w swoim pożegnalnym wystąpieniu Johnson pokazał, że zupełnie nie dostrzega, jak wygląda dzisiaj realne życie Brytyjczyków - że borykają się ze wzrostem cen, problemami na rynku pracy, rozmaitymi utrudnieniami związanymi ze skutkami brexitu. A z jego słów można było wysnuć wniosek, że Wielka Brytania to kraina mlekiem i miodem płynąca. Co więcej, płynąca tym mlekiem i miodem właśnie dzięki Johnsonowi.

Może współpracownicy w końcu to zauważyli? Przeciwko Johnsonowi zbuntował się jego własny rząd, na znak protestu odeszło z niego łącznie około 50 osób. To sytuacja bez precedensu. Pokazuje, do jak wielkiego wstrząsu doszło u torysów.

- Tutaj przypominam sobie Margaret Thatcher, której w 1990 roku również dano do zrozumienia, żeby odeszła ze stanowiska, że już nie ma szans na dłuższe trwanie w fotelu szefowej rządu. I ona tego nie próbowała, nie doprowadziła do sytuacji, w której tak duża liczba ministrów złożyłaby rezygnacje. Do Johnsona do końca to nie dotarło. Przecież wiemy o rozmowach członków rządu z premierem, które miały miejsce wieczorem we wtorek 5 lipca. Michael Gove, jeden ze zwolenników Johnsona, rozmawiając z nim zasugerował mu dymisję, złożenie mandatu premiera. Nie tylko zresztą on. W czasie ostatniej debaty parlamentarnej pojawiały się liczne głosy namawiające do dymisji premiera ze strony polityków konserwatywnych z tylnych ław. Tymczasem Johnson kompletnie się tym nie przejął, uznał, że będzie trwać za wszelką cenę i zaczął wymieniać kolejnych ministrów tylko po to, żeby ci inni też odeszli z rządu po kilkudziesięciu godzinach.

Skąd tak wielka fala odejść?

- Czołowe figury z rządu Johnsona - jak Sunak czy Javid - to jeszcze stosunkowo młodzi politycy, którzy chcą kontynuować swoje kariery. Obecnie są wymieniani jako jedni z najważniejszych kandydatów do zastąpienia Johnsona na stanowisku lidera Partii Konserwatywnej. Mają przed sobą obiecującą przyszłość. Trwanie na posterunku przy Johnsonie i legitymizowanie człowieka, który jest spalony, nie jest im na rękę. Nikt nie chce brać na siebie takiego odium. Johnson został sam, jest przegrany. Wszyscy zobaczyli, że król, a właściwie premier, jest nagi i nie ma przed sobą żadnych perspektyw na dalsze utrzymanie się na stanowisku.

A jednak mamy do czynienia z nieco kuriozalną sytuacją, w której Johnson oddaje fotel lidera Partii Konserwatywnej, ale mówi, że pozostanie na stanowisku premiera, dopóki torysi nie wybiorą jego następcy.

- Z jednej strony, można by to zrozumieć, bo procedura wyboru nowego lidera torysów będzie trwać. Ona jest kilkustopniowa - najpierw nominacje, potem kilka tur wyborów, aż na polu bitwy pozostanie dwójka kandydatów, i w końcu głosowanie listowne. To zajmie chwilę i Johnson to wykorzystuje. Zapowiedź natychmiastowej rezygnacji z funkcji lidera partii, a po wyborze nowego lidera również z funkcji premiera jest już istotną deklaracją, której oczekiwano, jak się wydaje, od dłuższego czasu.

- Warto w tym miejscu wspomnieć Davida Camerona. Choć nie stracił mandatu w wyborach, to stracił mandat zaufania po ogłoszeniu wyników referendum w sprawie członkostwa Zjednoczonego Królestwa w UE, w którym większość głosujących opowiedziała się za opuszczeniem Unii. Wtedy, podobnie jak teraz Johnson, ogłosił rezygnację ze stanowiska lidera Partii Konserwatywnej i zapowiedział dymisję z urzędu premiera po wyborze swojego następcy w partii. Na czele torysów zastąpiła go wówczas Theresa May. W zasadzie zgodnie z regułami polityki brytyjskiej (konwenansem konstytucyjnym) lider największej (zwycięskiej) partii w parlamencie brytyjskim zostaje premierem. Dlatego po wyborze nowego lidera Partii Konserwatywnej Boris Johnson będzie musiał zrezygnować z funkcji szefa rządu.

Torysi fatalnie przyjęli decyzję Johnsona o kurczowym trzymaniu się premierowskiego stołka. Chcą uporządkować sprawy jak najszybciej i wyjść na prostą, a Johnson im bruździ.

- Czytałam komentarze i wpisy polityków Partii Konserwatywnej w mediach i portalach społecznościowych przed i po wystąpieniu Johnsona. Tam zaczyna się bunt. Sytuacja wydaje się bardzo dynamiczna. Wielu torysów nie chce zgodzić się na to, że będą musieli znosić Johnsona aż do jesieni. Mówią: "no way". Za dużo się wydarzyło, żeby partia przymknęła na to oko.

Johnson jest dzisiaj dla torysów kulą u nogi, która może pociągnąć ich na dno?

- Naturalnie. Keir Starmer, lider Partii Pracy, nie jest demonem charyzmy, ale może zdarzyć się tak, że mimo tego torysi doszczętnie przepuszczą kapitał polityczny wypracowany dwa i pół roku temu w wyborach. Brexit, postpandemiczny kryzys gospodarczy, niespotykanie wysoka inflacja na Wyspach oraz ostatnie skandale - to elementy, które nie sprzyjają partii rządzącej i mogą działać na korzyść laburzystów.

- Zobaczymy, co wydarzy się w przyszłym tygodniu podczas wyborów przewodniczącego Komitetu 1922, tzw. backbenchers, czyli szeregowych członków Partii Konserwatywnej. Chociaż nie przewiduję sensacji. Tutaj torysi wydają się zjednoczeni. Niewielu jest tych, którzy chcieliby za wszelką cenę utrzymać Johnsona na stanowisku premiera. Co już, jak wiemy, się nie wydarzy. Arcyciekawa jest owa wyjątkowa sytuacja masowych dymisji, swoistego exodusu członków rządu, z którym mieliśmy w ostatnich dniach do czynienia, i ostentacyjnej dezaprobaty partii wobec jej własnego premiera. To zwiastuje gorące tygodnie przed torysami i z pewnością próby znalezienia planu naprawczego dla nadszarpniętego wizerunku tej partii.

Kto w tych gorących tygodniach ma szanse wysunąć się na czoło wyścigu po zwolniony dopiero co przez Johnsona fotel szefa Partii Konserwatywnej?

- Po lekturze różnych komentarzy i doniesień prasowych widzimy, że lista jest dość długa i niemal co chwilę jako lidera wyścigu wskazuje się w nich kogoś innego. Do walki mogą stanąć starzy polityczni wyjadacze, zaprawieni w partyjnych bojach o przywództwo. W medialnych rankingach pojawia się więc Michael Gove. Również Sajid Javid oraz Jeremy Hunt (były szef MSZ w rządzie Johnsona) są dość prawdopodobnymi kandydaturami.

- Zresztą ta lista potencjalnych chętnych do przejęcia władzy w partii wydłuża się z każdym dniem, bo brytyjskie dzienniki i bulwarówki prześcigają się w dorzucaniu kolejnych nazwisk na polityczną karuzelę. Dzisiaj poza już wymienioną powyżej trójką mamy na niej jeszcze Liz Truss (była sekretarz stanu ds. handlu międzynarodowego w gabinecie Johnsona), Bena Wallace'a (były minister obrony), Nadhima Zahawiego (świeżo powołany kanclerz skarbu), Penny Mordaunt (minister ds. handlu międzynarodowego) czy Toma Tugendhata (przewodniczący parlamentarnej komisji spraw zagranicznych). Ta lista będzie się w najbliższym czasie zmieniać, a dla torysów nadchodzą nieprzewidywalne czasy.

Co z samym Johnsonem? W wielkiej brytyjskiej polityce jest już skończony?

- Najpewniej podzieli los Davida Camerona, który jeśli już gdzieś się pojawia, to są to obrzeża polityki międzynarodowej. W polityce europejskiej Johnson raczej kariery nie zrobi. Miałby szanse na jakieś stanowisko w organizacjach międzynarodowych, zwłaszcza związanych z bezpieczeństwem, dzięki nominacji bądź poparciu brytyjskiego rządu, ale ponieważ odchodzi w atmosferze skandalu, nie liczyłabym nawet na to. Wydaje się, że fotel premiera był szczytem możliwości Johnsona, szczytem jego kariery. Szczytem, z którego Johnson z hukiem spadł na własne życzenie, bo myślał, że zawsze wszystkich przechytrzy. Tutaj nie pomoże mu już nawet jego ekscentryczna osobowość oraz niezachwiane przekonanie o wyjątkowości i nieomylności. Nie można zaklinać rzeczywistości.

***

Dr Małgorzata Kaczorowska - adiunkt w Katedrze Systemów Politycznych Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego; jej zainteresowania badawcze koncentrują się wokół problematyki: partii politycznych i systemów partyjnych, demokracji wewnątrzpartyjnej, systemów politycznych państw współczesnych, Szkocji, dewolucji, systemu politycznego i partii politycznych Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej; autorka publikacji z tego zakresu oraz współautorka monografii pt. "Ewolucja, dewolucja, emergencja"; współautorka publikacji "Electoral defeat and Party Change. From makeover to Retouching" (Palgrave, 2022)

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy