Reklama

Reklama

​Spór o Morze Południowochińskie. Problem większy, niż się wydaje?

Stały Trybunał Arbitrażowy w Hadze uznał, że roszczenia Chin względem znaczącego obszaru Morza Południowochińskiego są bezzasadne. Decyzja ta nie kończy jednak sporu, a nadaje mu jedynie nowy, być może jeszcze gorszy kształt. O co tak naprawdę toczy się spór i dlaczego angażują się w niego największe światowe mocarstwa, zapytaliśmy eksperta Centrum Studiów Polska-Azja Pawła Behrendta.

Spór o władzę i pieniądze

Konfliktowe wyspy Morza Południowochińskiego "stanowią od starożytności chińskie terytorium, a Chiny są od zawsze strażnikiem międzynarodowej praworządności oraz uczciwości i sprawiedliwości" - przekonują Chiny. Problem w tym, że także Filipiny, Wietnam, Malezja, Brunei, czy nawet Republika Chińska (Tajwan) mają podobne argumenty. Każde państwo powołuje się na historię i górnolotnie brzmiące hasła o tradycji i wartościach.

Spór o wyspy Morza Południowochińskiego nie toczy się jednak przez wzgląd na tradycję i historyczne aspekty panowania. Powodem są, jak zwykle bywa w wielkiej polityce, pieniądze i władza.

Reklama

Dlaczego pieniądze? Wyspa Spratly, a także często pojawiające się w kontekście sporu wyspy Paracelskie, to prawdziwe żyły złota. Złoża, jakie tam występują są nieocenione, więc nic dziwnego, że każde państwo rości sobie prawa do tych zakątków.

- Na tym obszarze spodziewane jest występowanie złóż ropy i gazu ziemnego. Jest jeszcze kwestia zasobnych łowisk, a ryby i owoce morza to dla tamtego obszaru świata bardzo istotna sprawa - wskazuje Paweł Behrendt, ekspert Centrum Studiów Polska-Azja.

Dlaczego władza? Ponieważ przez Morze Południowochińskie przebiegają najbardziej uczęszczane szlaki morskie, a handel na tym obszarze to nie tylko sposób na zarobienie pieniędzy, ale również kontrola. Dominacja Chin na Morzu Południowochińskim jest jednak problemem zarówno dla państw regionu, jak i dla niezaangażowanych bezpośrednio w konflikt USA, Japonii, czy Australii.

- Chiny potrzebują kontroli nad Morzem Południowochińskim, aby móc eksportować swoje towary i mieć zabezpieczone dostawy z rejonów Zatoki Perskiej. To mocno poprawia pozycję Chin na arenie międzynarodowej, co nie jest w szeroko pojętym interesie, chociażby Stanów Zjednoczonych - mówi ekspert CSPA.

- Trzeba przyznać, że opinia Trybunału w Hadze jest po myśli USA - dodaje.

Konsekwencje decyzji Trybunału

Orzeczenie Trybunału stwierdzające, że roszczenia Chin do spornych obszarów Morza Południowochińskiego są bezzasadne nie kończy konfliktu w tym regionie. Chiny zadeklarowały bowiem, że nie zastosują się do narzucanej im decyzji. Chińskie media nazwały nawet Trybunał w Hadze "marionetką sił zewnętrznych".

- Chiny nie tylko nie uznają wyroku Trybunału, ale także przygotowują się do ustanowienia swoich trybunałów arbitrażowych rozstrzygających spory morskie. Aby było ciekawiej - rozstrzygających w oparciu o te same konwencje ONZ, co Trybunał w Hadze - mówi ekspert CSPA.

Czy postawa Chin przyczyni się do wzmożenia napięcia w regionie?

Republikański senator John McCain, przewodniczący senackiej komisji sił zbrojnych i demokratyczny senator Dan Sullivan wydali oświadczenie, w którym podkreślili, że Stany Zjednoczone będą "regularnie rzucać wyzwanie nadmiernym roszczeniom morskim Chin", organizując patrole lotnicze i morskie. Senatorowie zaakcentowali też, że USA są zainteresowane zapobieżeniem "chińskiej militaryzacji" miejsc o znaczeniu strategicznym, takich jak Scarborough Shoal.

- Stany Zjednoczone już prowadzą na Morzu Południowochińskim operacje ochrony swobody żeglugi (FONOP). Współpracują w tym celu z Wietnamem, Japonią, czy Australią. Opinia Trybunału daje tak naprawdę podkładkę prawną do podejmowania działań przez państwa niesprzyjające Chinom - mówi w rozmowie z Interią Paweł Behrendt.

- Z kolei Chiny od kilku lat stosują na Morzu Południowochińskim politykę faktów dokonanych. Teraz istnieją poważne obawy, że ta polityka może ulec intensyfikacji. Na Filipinach i w Wietnamie istnieją też obawy, że chińska Strefa Identyfikacji Obrony Powietrznej będzie ustanowiona szybciej, niż zakładano. Wtedy państwa regionu będą miały poważny problem - dodaje.

Konflikt światowych mocarstw

Zaangażowanie w konflikt na Morzu Południowochińskim takich aktorów politycznych, jak np. USA, świadczy o tym, że gra nie toczy się jedynie o sporny obszar, a o ogólnoświatowe wpływy.

- Chiny przyswoiły sobie lekcję, że do odgrywania roli światowego mocarstwa konieczne jest posiadanie silnej floty. Od ponad dwudziestu lat systematycznie taką flotę budują. Zbrojenie się Chin wywołało reakcję łańcuchową, powodując, że inne państwa regionu także rozpoczęły działania w tym kierunku. W efekcie, od kilkunastu lat, tamten obszar świata najintensywniej się zbroi - tłumaczy w rozmowie z interią Paweł Behrendt.

Jak wskazuje, polityka Chin na Morzu Południowochińskim spowodowała zmiany w polityce USA.

- Nagle Wietnam okazał się być wielkim sojusznikiem USA w Azji Południowo-Wschodniej i po blisko czterdziestu latach zniesiono embargo na sprzedaż broni do tego kraju - mówi.

Ekspert Centrum Studiów Polska-Azja wskazuje również, że nie tylko USA przyglądają się działaniom Chin.

- Na tamtym terenie swoje rozgrywki prowadzi również Rosja, która także czuje się zagrożona przez Chiny. Każda strata Chin jest bowiem zyskiem Rosji. Oprócz tego w regionie stara się grać Japonia, Australia, a w ostatnich miesiącach zaktywizowała się także Francja. Mamy tam więc swojego rodzaju soczewkę skupiającą większość konfliktów i problemów współczesnego świata - podsumowuje ekspert.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy