Reklama

Reklama

Katarzyna Obara-Kowalska: Liczę, że Bezpartyjni wstawią nogę w drzwi Ratusza

Katarzyna Obara-Kowalska /Krzysztof Kaniewski /Reporter

"Mamy taką ambicję we Wrocławiu, by w drugiej turze nie było kandydatki PiS Mirosławy Stachowiak-Różeckiej. Namawiamy wrocławian, aby po pierwsze poszli głosować, a po drugie w pierwszej turze zagłosowali zgodnie z sumieniem, bo mamy przecież wybór większy niż to, co usiłują nam wmówić partie. Opcja jest szersza niż tylko "pani z PiS" i "pan z Koalicji Obywatelskiej"".

Z Katarzyną Obarą-Kowalską, kandydatką Bezpartyjnego Wrocławia na prezydent Wrocławia rozmawia Krystyna Opozda.


Krystyna Opozda: W latach 90. i na początku lat dwutysięcznych była pani związana z TVP3 we Wrocławiu, później telewizją ogólnopolską. W 2010 roku rozpoczęła pani jednak karierę polityczną. Skąd taka zmiana?

Katarzyna Obara-Kowalska: - To było dla mnie ogromne wyzwanie i możliwość sprawdzenia się. Dziennikarstwo i polityka to dwa zupełnie różne światy. W końcówce lat 90. relacjonowałam obrady rady miejskiej we Wrocławiu, a teraz jestem tą, którą na sesjach rady przepytują dziennikarze. Stanęłam po drugiej stronie barykady.

Reklama

Dziennikarskie umiejętności przydały się w polityce?

- Właściwość zadawania pytań i drążenia spraw z czasów dziennikarskich pozostały we mnie do dziś i uważam to za swoje zalety. Zadawanie pytań, słuchanie odpowiedzi, wyciąganie wniosków i podejmowanie niezależnych decyzji to ważne cechy, zarówno w dziennikarstwie, jak i w pracy w samorządzie. Jestem znana z ciągłego zadawania pytań, nawet mówią o mnie urzędnicy: "upierdliwa". Traktuję to jako komplement.

W 2010 roku do polityki zaprosił panią urzędujący prezydent Rafał Dutkiewicz. Zdecydowały o tym znane nazwisko i rozpoznawalna twarz?

- Jak popatrzymy na to, jak formowane są listy wyborcze, to widać, że "magia nazwiska" działa. Myślę, że taka była wtedy intencja Rafała Dutkiewicza, by poprzez zaproszenie mnie do współpracy podnieść sobie szansę na zdobycie większej liczby mandatów w radzie miejskiej. W mojej pierwszej kadencji (kadencja w latach 2010-2014 - przyp. red.) ta "magia" pewnie zadziałała, ale już kolejne wybory w 2014 roku, to był prawdziwy test na kompetencje.

Wtedy Komitet Rafała Dutkiewicza połączył siły z Platformą Obywatelską. O miejsce na liście i mandat nie było już tak łatwo?

- Przed wyborami w 2014 roku na posiedzenie Klubu Radnych Rafała Dutkiewicza, w którym wówczas nie było żadnych partyjnie umocowanych radnych, przyszedł prezydent Dutkiewicz i oznajmił, że w nadchodzących wyborach startujemy ze wspólnych list z PO. Nie zapytał nas, czy chcemy połączyć siły, tylko poinformował, że decyzja już zapadła i będziemy musieli podzielić się miejscami na listach z PO. Wtedy pomyślałam, że rzucę tym wszystkim, ale później uznałam, że jednak powalczę o mandat na kolejną kadencję. Udało się. Zdobyłam mandat, startując z czwartego miejsca na liście, a kandydat z PO, który był wyżej na liście, nie wszedł do rady.

Lepszy wynik niż uzyskał koalicjant cieszy bardziej niż wygrana z bezpośrednią konkurencją?

- Między mną a politykami z PO zaczęły wtedy narastać napięcia. Szefem dolnośląskich struktur Platformy był Jacek Protasiewicz i nie zgadzałam się na to, aby szef partii wydawał polecenia radnym miejskim, którzy - jak ja -  nie byli i nie są w partii. Moim zdaniem na samorząd nie powinny wpływać ogólnopolskie partyjne wojenki.

Konflikt zakończył się dopiero w 2016 roku, kiedy została pani usunięta z klubu.

- Przez te dwa lata sytuacja wewnątrz klubu zrobiła się nieznośna. Radni byli traktowani jak pionki, które mają przegłosować to, co panowie Dutkiewicz i Protasiewicz ustalili sobie w gabinecie. Każda próba przeciwstawienia się była uważana za niesubordynację. Na tym tle często dochodziło do sporów.

Oficjalnym powodem wyrzucenia pani z klubu była nieobecność na sesji absolutoryjnej.

- Jeśli do wyboru jest zagłosowanie na "tak" lub wyrzucenie z klubu - to uznałam, że nie będę w tym uczestniczyć. To nie była sesja ważna dla mieszkańców, tylko dla prezydenta.

Dlaczego czekała pani do momentu aż zostanie wyrzucona? Tak trudno było odejść zanim do tego doszło?

- Z perspektywy czasu myślę, że byłoby lepiej usunąć się samej. Przez te dwa lata sporów, wielokrotnie głosowałam inaczej niż oczekiwano. Przez to Dutkiewicz i Protasiewicz mieli problemy, bo czasem musieli szukać głosów w innych ugrupowaniach, żeby przeforsować swoje pomysły.

Postawiła się pani w roli konia trojańskiego?

- Tak było np. podczas tworzenia specjalnej strefy ekonomicznej dla banku szwajcarskiego w samym centrum Wrocławia. Od początku mówiłam, że to skandal, by w centrum miasta tworzyć specjalną strefę ekonomiczną dla inwestora szwajcarskiego banku tylko dlatego, że prezydent tak komuś obiecał. Głosowałam wtedy przeciw, a Dutkiewicz bardzo się namęczył by te głosy "za" jednak zebrać. Uchwała przeszła jednym głosem. Taka sama sytuacja była przy pomyśle połączenia Młodzieżowego Centrum Sportu i Toru Wyścigów Konnych-Partynice. To miał być efekt synergii, a przy okazji okazało się, że konkurs wygrał kandydat Dutkiewicza, bo konkurs był rozpisany tak, że w zasadzie to tylko inicjałów oczekiwanego zwycięzcy brakowało. Skutek był taki, że łamiąc kręgosłupy kilku radnych przegłosowano uchwałę, a za pół roku ją wycofano. Zatem publiczne pieniądze wydano na przysłowiową zmianę tabliczek.

Nie przyłożyła pani do tego ręki, ale jednak w klubie wciąż pani trwała.

- Nie można mi zarzucić, że przez te dwa lata byłam bezwolna, potulna i niewidoczna. Gdyby tak było, to nie znalazłabym się dziś w tym miejscu, w którym jestem. Mój start w wyborach to efekt ośmiu lat pracy w samorządzie, a nie desant przyniesiony w teczce. 

Jak zaczęła się pani współpraca z Bezpartyjnym Wrocławiem?

- Bezpartyjni proponowali mi wspólny start już w 2014 roku, ale wtedy jeszcze nie czułam się na siłach. W tej kadencji współpraca się odnowiła. Bezpartyjny Wrocław to organizacja, która wygrała ostatnie wybory we Wrocławiu do rad osiedli i w naszym mieście jest to grupa bardzo silna. Zgłosili się do mnie, uważając, że jestem jedyną osobą, która gwarantuje niezależność i merytoryczną dyskusję.

Ma pani także poparcie Dolnośląskiego Ruchu Samorządowego. Do ostatniej chwili nie było to jasne, bo DRS wystawił wcześniej innego kandydata - Jerzego Michalaka.

- Na poziomie województwa, Bezpartyjni i DRS nawiązali współpracę już w czerwcu. Wtedy ustaliliśmy, że razem wskażemy kandydata na prezydenta. Miała to być osoba, która będzie dawała największe szanse na zwycięstwo w oparciu między innymi o wynik sondażowy. I tak też się stało.

To dlaczego Jerzy Michalak nie ustąpił tylko ostatecznie założył swój własny komitet?

- We Wrocławiu w ogóle mamy dosyć egzotyczną sytuację. Michalak był najpierw popierany przez DRS i Dutkiewicza, a na koniec prezydent i kandydat się pokłócili, więc Dutkiewicz namaścił innego następcę. Proszę też spojrzeć na karierę Dutkiewicza - na początku swojego urzędowania był popierany przez Jarosława Kaczyńskiego, a dziś komitet Dutkiewicza połączył siły z SLD. Zatem zwroty w historii są niemalże jak u Hitchcocka. Jerzy Michalak po dziesięciu miesiącach kampanii miał 2 proc. poparcia sondażowego. Trzeba umieć podejmować męskie decyzje. Jeśli kandydat Michalak ma 2 proc., a kandydatka Obara-Kowalska 10 proc., to trzeba zważyć szanse, zagrać zespołowo i odłożyć na bok swoje ambicje. Tego ruchu ze strony Michalaka zabrakło.

Pani poparcie idzie stopniowo w górę. Z niedawnych 10 proc. urosło do 12. Utrzymuje pani mocne trzecie miejsce. Istnieje szansa na dogonienie kandydatki PiS?

- Mamy taką ambicję we Wrocławiu, by w drugiej turze nie było kandydatki PiS Mirosławy Stachowiak-Różeckiej.

Jeśli się nie uda, to w drugiej turze odda pani swoje poparcie kandydatowi Koalicji Obywatelskiej Jackowi Sutrykowi?

- Nie dopuszczamy takiego scenariusza, aby musieć stanąć przed takim wyborem. Dlatego namawiamy wrocławian, aby po pierwsze poszli głosować, a po drugie w pierwszej turze zagłosowali zgodnie z sumieniem, bo mamy przecież wybór większy niż to, co usiłują nam wmówić partie. Opcja jest szersza niż tylko "pani z PiS" i "pan z Koalicji Obywatelskiej".

Jacek Sutryk mówi o swoich kontrkandydatach, że składają obietnice bez pokrycia i chcą wszystkiego "na już", a to nie jest możliwe.

- W swoim godzinnym wystąpieniu na konwencji Jacek Sutryk obiecał wszystko wszystkim, więc jeśli ktoś mówi o obietnicach bez pokrycia, wychodząc z ekipy, która od 2002 roku nie może zrealizować swojego własnego programu, to nie jest wiarygodny. Dlatego odbijam piłeczkę i mówię Jackowi Sutrykowi, by zrealizował to, co jego pryncypał obiecywał przez 16 lat.

Jakie niespełnione obietnice Rafała Dutkiewicza powinien, pani zdaniem, spełnić Jacek Sutryk?

- W 2002 roku Dutkiewicz obiecywał likwidację targowiska na Świebodzkim, a do dzisiaj się to nie udało. Obiecywał, że we Wrocławiu nie będzie więcej centrów handlowych, a powstały. Obiecywał też, że nie rozszerzy strefy płatnego parkowania, a się rozszerza. O skutecznej walce z hałasem, którą  już 16 lat temu deklarowali w programie nawet nie wspomnę.

A jaka byłaby pani pierwsza decyzja po wygranej we Wrocławiu?

- Wprowadzenie pełnej transparentności, jawności umów i dokumentów, która zaskutkuje elementarną uczciwością w Ratuszu. To najbardziej kuleje w naszym mieście. Pierwszy przykład z brzegu: pisma urzędowe do mieszkańców powołują się na "decyzje kolegium prezydenckiego", ale jednocześnie notatki z tych spotkań nie są ujawniane, bo to - wg Ratusza - "grupa nieformalna, robocza". Ktoś widzi w tym logikę? Nieformalna grupa podejmuje formalne decyzje a ujawnienie notatek z tych "kolegiów", które zostało nakazane nawet wyrokiem sądu, nie wydarzyło się do dziś. Nie wiadomo więc kto, w jakim składzie, kiedy i o czym dyskutował, ale decyzja staje się wiążąca.

Prezydent upiera się, że notatek nie ujawni. Dlaczego?

- To jest filozofia Kubusia Puchatka - jak zamknę oczy, to mnie nie ma. Umowy zawierane przez miasto też nie są jawne. Wrocław ma wyroki sądów administracyjnych, które zobowiązują go do ujawnienia umów m.in. w sprawie budowy parkingu przy Hali Stulecia. Ratusz woli jednak płacić kary za niezastosowanie się do wyroku niż cokolwiek ujawnić. Nikt również nie wie, jakie kompetencje mają urzędnicy, bo departamenty są rozczłonkowane. Kiedy trzeba naprawić fragment chodnika, to trudno ustalić, kto jest za ten konkretny fragment odpowiedzialny. Dopóki nie będzie otwartej bazy z danymi, to mieszkańcy dalej nie będą wiedzieli, na co wydawane są miejskie pieniądze. Ale może o to chodzi?

Jest pani rozczarowana, że nie udało się tego tematu poruszyć na przedwyborczej debacie? Dwoje najsilniejszych kandydatów odmówiło udziału.

- To był zupełny brak szacunku do mieszkańców. A może i strach? Mark Twain powiedział kiedyś, że lepiej jest nie odzywać się wcale niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości.

Wśród postulatów Bezpartyjnych dla Wrocławia znalazło się utworzenie sieci parkingów na obrzeżach miasta. Musiałoby się to wiązać z dobrze rozwiniętą komunikacją, a takiej we Wrocławiu nie ma. Jak więc zrealizować tę obietnicę?

- Byłoby idealnie, gdyby przyjeżdzający do Wrocławia dojeżdżali jedynie do obrzeży miasta i stamtąd przesiadali się do komunikacji miejskiej, by dojechać do centrum. Do tego byłby konieczny sprawny, czysty i szybki transport publiczny.

Wszyscy kandydaci obiecują usprawnienie komunikacji. Czym wyróżnia się pani na tym tle?

- Moim zdaniem, we Wrocławiu trzeba w pierwszej kolejności wyrównać szanse, bo miasto ma pod tym względem bardzo duże zaszłości. Dzisiaj Wrocław wydaje na komunikację dużo mniej niż inne duże miasta w Polsce. Przy tak małych nakładach na inwestycje nie możemy mówić o projektach jutra. Trudno wprowadzić na ulice tramwaj dwusystemowy, kiedy torowiska są zniszczone i im trzeba najpierw poświęcić uwagę.

Na realizację takich projektów wystarczy jedna kadencja?

- Myślę, że to jest projekt na dwie kadencje. Jednak podniesienie nakładów na ten obszar powinno się dokonać jak najszybciej.

Nadal jest pani zwolenniczką zlikwidowania straży miejskiej we Wrocławiu?

- Straż miejska w mieście ma tę zaletę, że jest, ale tę wadę, że jest nieskuteczna. Choćby ostatnio, miałam taką sytuację, że w parku blisko mojego domu z niewiadomych przyczyn zaparkowała ciężarówka i kiedy próbowałam to zgłosić straży miejskiej, nie mogłam się tam dodzwonić przez kilkadziesiąt minut. Ostatecznie musiałam poprosić o pomoc policję. Straż miejska nie jest we Wrocławiu odpowiednio dofinansowana, są wakaty, brakuje systematycznych szkoleń. Dziś, w moim przekonaniu, straż miejska w tej formie jest niewydolna. Dlatego, jeśli na taką straż miejską wydajemy rocznie 20 mln zł, to naprawdę trzeba przemyśleć zasadność jej utrzymywania.

Jaki jest pani plan awaryjny na przegraną 21 października?

- Od wielu lat z powodzeniem funkcjonuję poza polityką. Dla mnie rada miejska czy prezydentura we Wrocławiu nie jest, w odróżnieniu od moich konkurentów, sprawą życia i śmierci, nie stanowi o moim być albo nie być. Mam sprawnie funkcjonującą firmę, jedną z najlepszych restauracji w Polsce, cały czas pracuję dziennikarsko jako moderator czy konferansjer, jestem też przewodniczącą rady szkoły u mojego dziecka, mam więc przynajmniej sześć niezależnych od siebie etatów. Jeśli nie zostanę prezydentem, to będę dokładnie tam, gdzie byłam zanim poproszono mnie, abym kandydowała na to stanowisko. Jednak dziś jestem zaangażowana w start w wyborach i walczę o drugą turę. Wierzę, że wrocławianie przekonają się, że mają wybór poza partiami. Rada miejska we Wrocławiu zasługuje na to, by zyskać nowe oblicze, dlatego liczę, że moi radni zdobędą mandaty.

Mandaty do rady miasta są dla pani ważniejsze niż prezydentura?

- Według raportu Fundacji Batorego - we Wrocławiu jest najwięcej politycznie skorumpowanych radnych. Pracują w spółkach zależnych od miasta albo w instytucjach podległych prezydentowi. Taki radny nie podejmie decyzji przeciwnej niż oczekuje od niego jego pracodawca, czyli prezydent. We Wrocławiu naczelna idea samorządu, jaką jest rola stanowiąca i kontrolna dla gminy, stoi na głowie. Dlatego liczę, że Bezpartyjny Wrocław wstawi nogę w te drzwi. 

Rozmawiała Krystyna Opozda 

Kandydaci na prezydenta Wrocławia 

Wybory samorządowe 2018. Śledź najnowsze informacje 

Wywiad z kandydatką na prezydent Wrocławia przeprowadziliśmy w ramach akcji specjalnej Interii i RMF FM na wybory samorządowe 2018.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy