Reklama

Reklama

​Social media w epoce zamachów

fot. Twitter /INTERIA.PL

"Obyś żył w ciekawych czasach" - głosi stare porzekadło, które ostatnio często powtarzamy, bo w takich właśnie czasach przyszło nam żyć. Ważne dyskusje już na dobre przeniosły się do social media. W ten sposób obserwujemy, jak zaczęły się przenikać dwie epoki: epoka social media i... epoka zamachów. Jak w tym wszystkim odnajdują się użytkownicy mediów społecznościowych i czy hashtag #prayfor... (tu wstaw dowolne miasto) - ma jakieś znaczenie? A jeśli ma - to dla kogo?

*

Reklama

W ramach akcji #tekstyroku przypominamy najlepsze materiały napisane przez dziennikarzy serwisu Interia Fakty w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

*

Kiedy 11 września 2001 roku w dwie potężne wieże na Manhattanie uderzyły samoloty, za których sterami siedzieli terroryści z Al-Kaidy, świat nie miał pojęcia jeszcze o tym, co to są media społecznościowe. Nie było Facebooka. Nie było Twittera. O Instagramie i Snapchacie nie wspominając. Nikomu więc nie przyszło do głowy, żeby w sieci publikować w swoje odczucia, wyrazy solidarności i inne przejawy zainteresowania tematem. Teraz jest trochę inaczej.

Po ataku na WTC na świecie po raz pierwszy zaczęło się głośno rozmawiać o terroryzmie. Jednak wiedzę o tym, co się dzieje, czerpano głownie z mediów tradycyjnych. Było tak do powstania Facebooka w 2004 roku. Dwa lata po FB powstał Twitter i to wtedy "machina ruszyła".

Wówczas terror wdarł się także w dyskusje prowadzone w mediach społecznościowych. A social media same w sobie stały się kolejnym, a często też pierwszym, źródłem informacji o najważniejszych wydarzeniach na świecie.

Tak wyglądała aktywność użytkowników Twittera po ataku na redakcję Charlie Hebdo w Paryżu. Pokazuje to materiał, na którym widać, jak i w której części świata użytkownicy włączali się w burzliwą dyskusję. 

Prayfor - czyli po co?

Modliliśmy już za Nowy Jork, Boston, Paryż, Niceę, Belgię i... ponad 100 innych miejsc, w których po 2001 roku dochodziło do krwawych ataków. Tylko po co?

"Za tydzień o tym zapomnicie"; "Czemu modlicie się za jakieś miasto w Europie, skoro w Syrii każdego dnia giną dziesiątki osób?"; "Zmiana zdjęcia profilowego na Facebooku w barwach flagi Francji/Belgii/Niemiec nikomu nie pomoże! Żenada"; "Uwaga, wysyp hashtagów #prayfor za... raz... dwa...trzy"; "Uważam, że niektórzy ludzie w ogóle się nie modlą, kiedy używają #prayfor... Po prostu chcą być częścią trendu".

To tylko kilka przykładów krytycznych głosów, jakie pojawiają się niemal od razu po tym, kiedy coś złego dzieje się na świecie, a ludzie z każdego zakątka globu opisują swoje odczucia, wyrażają poglądy i solidaryzują się z poszkodowanymi za pomocą wpisów opatrzonych hashtagiem #prayfor.

Nie jest tajemnicą, że ani like’i na Facebooku, ani namiętne  "hashtagowanie" na Twitterze nie odmieni świata. Warto jednak zadać sobie pytanie, skąd w ogóle takie zjawisko i dlaczego ludzie uważają, że ich głos w każdej dyskusji jest ważny.

- Media społecznościowe, z założenia, służą do wyrażania siebie. Świetnie to podsumował polski socjolog Zygmunt Bauman: Widzą mnie, więc jestem - wyjaśnia w rozmowie z Interią Monika Czaplicka, która z branżą social media związana jest od 9 lat.

- Dla części publikatorów, ekstrawertyków, jest to sposób na wyrzucenie swoich emocji: żalu, smutku, szoku. Dla innych to metoda na poradzenie sobie z rzeczywistością: komentowanie, opisywanie, porządkowanie, dla jeszcze innych to sposób budowania wizerunku, na przykład dla celebrytów - mówi założycielka agencji Wobuzz i fan­page’a "Kry­zysy w social media wybu­chają w week­endy".

Dlaczego akurat tak dużą popularnością cieszy się hashtag #prayfor, które ma mocno religijne nacechowanie? - Część ludzi, tych wierzących, może mieć potrzebę obnoszenia się ze swoją religią, tak samo jak robimy to nosząc np. krzyżyki czy pokazując się w niedzielę na głównej mszy - uważa Czaplicka. 

- Dla innych to gest solidarności. Może wynikać z potrzeby stania się częścią czegoś większego - ja i tysiące osób modlimy się za was - lub chęci pomocy przez wyrażanie wsparcia - ja się modlę za was. Może chodzić też o chęć uczestniczenia w bieżących wydarzeniach. "Wszyscy o tym mówią, więc ja też o tym mówię". Dla niektórych to również dobry uczynek. Dla jeszcze innych sposób na zapewnienie sobie wzajemności - "ja teraz martwię się pokrzywdzonymi, jak ja będę pokrzywdzony, ktoś będzie się martwił mną" - zaznacza moja rozmówczyni. 

W opinii ekspertki w obliczu zamachów, które często wiążą się z unicestwieniem (osób, infrastruktur, itp.) "mamy jeszcze większą potrzebę podkreślenia swojego istnienia, jestestwa".

- A social media to bardzo dobre miejsce - dodaje Czaplicka.

Internetowi śledczy

Jest 22 lipca 2011 roku, godzina 15:20. Twitter paradoksalnie EKSPLODUJE zaraz po tym, jak w centrum norweskiego Oslo dochodzi do wybuchu bomby. Niecałe dwie godziny później napastnik uderza także w wyspę Utoya, na której odbywa się zjazd młodzieżówki Norweskiej Partii Pracy. Łącznie ginie 77 osób. Co robią internauci? Dochodzenie.

Policja opublikowała zdjęcie z monitoringu na którym widać zamachowca. Społeczność Twittera już po chwili wiedziała kim on jest. Ludzie przeprowadzili swoje własne śledztwo, próbując zidentyfikować sprawcę krwawych ataków. Do potwierdzenia tożsamości terrorysty używali... jego profilu na Facebooku.

Później niejednokrotnie i Facebook i Twitter pełniły podobną funkcję. 15 kwietnia 2013 roku internauci tropili kolejnych zamachowców. Tym razem z Bostonu, gdzie w wyniku eksplozji podczas maratonu życie straciły 3 osoby, a liczba rannych wyniosła 264.

Użytkownicy internetu wyśledzili konto jednego ze sprawców Dżohara Carnajewa na rosyjskim odpowiedniku Facebooka, portalu vkontakte. Można się było z niego dowiedzieć, że Carnajew jest singlem, mieszka w Bostonie, wyznaje islam, a jego priorytetem są... kariera i pieniądze. Zdjęcie zamieszczone w sieci posłużyło potem policji i mediom i zamieszczane było na dziesiątkach stron.

Zanim jednak udało się to zrobić, social media po raz kolejny pokazały, jak potężną i niszczącą potrafią mieć siłę. 22-letni Sunil Tripathi padł ofiarą niesłusznych oskarżeń na Twitterze. Jedna z użytkowniczek zasugerowała, że jest podobny do osoby, która dokonała zamachu. Zaczęła się nagonka. Podejrzenia wzbudzało to, że chłopak zniknął. 

Tripathi zaginął w marcu, na miesiąc przed atakami. 22-latek popełnił samobójstwo. Jego ciało znaleziono dopiero po tym, kiedy potwierdzono, że sprawcami zamachu są bracia Carnajew. 

Społecznościowe sukcesy

Podczas Euro 2016 w mediach społecznościowych zapanowała sielanka. Pisano o sukcesach i porażkach ulubionych drużyn. Gratulowano zwycięzcom i pocieszano przegranych. Podsumowano całą wspaniałą imprezę. To była ciszą przed burzą. Kilka dni po zakończeniu wielkiego święta piłki nożnej, doszło do kolejnego zamachu.

Uderzenie nastąpiło 14 lipca w Nicei. Szaleniec z zimną krwią zamordował 85 osób, siedząc za kierownicą ciężarówki. Wybuchła panika. Ludzie krzyczeli i uciekali. I wtedy znów do akcji wkroczyły Twitter i Facebook. Tym razem pełniąc jedną ze swoich najlepszych i najbardziej pożytecznych ról.

Na Facebooku utworzono specjalną stronę, na której prowadzono intensywne poszukiwania osób zaginionych po zamachu. Na SOS Niece zamieszczano informacje, zdjęcia i proszono o pomoc, a założyciele fanpage’a dzielili się dobrymi lub złymi informacjami. Strona stanowiła także silną grupę wsparcia dla poszkodowanych.

Dzięki internautom, kilka godzin po zamachu, rodzicom udało się odnaleźć ośmiomiesięczne dziecko, które zaginęło podczas ataku. I nie był to ostatni sukces.

Założyciele Facebooka już wcześniej zauważyli, że ich platforma może służyć czemuś więcej. Po listopadowych zamachach w Paryżu w 2015 roku uruchomiono usługę za pomocą której można było dać znać swoim znajomym, że jest się bezpiecznym po ataku. Wówczas z "safety check" skorzystały niemal 4 miliony osób. Po raz kolejny system sprawdził się po zamachach w Brukseli w marcu tego roku.

Tę rolę social media docenia także Monika Czaplicka, zwracając uwagę na to, że W przypadku kryzysów jak np. zamach bombowy, social media to świetne narzędzie komunikacji z najbliższymi. W czasie, kiedy rozmowa telefoniczna przeładowuje sieć, wysłanie np. tweeta jest szybsze i mniej problematyczne - podkreśla.

Szkody

Kiedy końcem lipca 18-latek strzelał do ludzi w centrum handlowym w Monachium, w sieci niemal natychmiast furorę zrobiło nagranie rozmowy jednego z obserwatorów z zamachowcem. Chwilę wcześniej ktoś opublikował na Twitterze filmik, na którym widać, jak chłopak strzela. I lawina ruszyła.

Social media wzorowo wykorzystała monachijska policja na bieżąco publikując informację na swoich profilach w społecznościówkach. Komunikaty wyjątkowo napisane były w trzech językach, a cała operacja zakończyła się transmitowaną na żywo na Facebooku konferencją prasową. Przy okazji kontaktu z internautami, funkcjonariusze przypomnieli o swoistym savoir-vivrze, który dotyczy korzystania z Twittera czy Facebooka.

Jeden z apeli dotyczył niepublikowania zdjęć ofiar w sieci i uszanowania ich śmierci:

A kolejny tego, aby nie publikować żadnych nagrań i zdjęć w sieci, bo utrudnia to schwytanie sprawcy.

Dlaczego? Bo terroryści też korzystają z social media.

ISIS kocha Twittera

Państwo Islamskie na dobre zagościło na Twitterze. Za pomocą portalu społecznościowego grozili wrogom, chwalili się swoimi sukcesami, publikowali materiały ze stref konfliktu. Twitter stał się dla nich idealnym narzędziem do uprawiania propagandy, sterowania tłumem i rekrutowania nowych członków. - Twitter, Facebook, Google, YouTube, to siła napędowa dla Państwa Islamskiego - grzmiał brytyjski polityk Keith Vaz. I miał rację.

Założycielom portalu z ćwierkającym ptaszkiem w logo bardzo się to nie spodobało. Prowadzą walkę, która momentami jest bardzo nierówna. Tylko w ciągu roku Twitter zablokował ponad 360 tysięcy stron powiązanych z terroryzmem, ale w ich miejsce cały czas pojawiają się nowe.

Jego córka zginęła, żąda pieniędzy od Facebooka

Jest też zupełnie inna strona tego medalu. W tym roku wpłynęło już kilka pozwów przeciwko Facebookowi i Twitterowi. W Stanach Zjednoczonych rodziny ofiar pięciu zamachów, które miały miejsce w Izraelu, domagają się od Facebooka ponad 1 mld USD odszkodowania. 

Ojciec 23-latki, która zginęła w zamachu w Paryżu, także pozwał Facebook, Twitter i Google, a jego głównym zarzutem było to, że swoją bierną postawą założyciele firm pozwolili na to, aby terroryzm się rozprzestrzeniał. Reynaldo Gonzalez uznał, że internetowi giganci są winni śmierci jego córki Nohemi. Żąda od nich miliardów dolarów.

W jednym z pozwów pojawiła się informacja o tym, że dzięki Twitterowi Państwo Islamskie zrekrutowało aż 30 tysięcy swoich członków. 

---

Social media zagościły w naszym życiu na dobre i jak się okazuje - też na złe.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje