Reklama

Reklama

​O pożytku z...

Nie wiadomo dokładnie, ilu ich jest. Ale istnieją na pewno. Mieszkają w Polsce, są Polakami, uczą się, pracują, płacą podatki. I nie wiedzą, kto rządzi naszym krajem.

We wrześniu TNS Polska przeprowadziła sondaż, w którym pytała ankietowanych o to, kto w ich opinii jest główną siłą opozycyjną w kraju. Pytanie banalne, odpowiedź być może nieco trudniejsza. Nie tylko dlatego, że opozycja w Polsce zdaje się być mocno podzielona i dopiero, tak naprawdę, się kształtuje. Ale także dlatego, że są ankietowani, którzy nie wiedzą, kto tak naprawdę do tej opozycji należy.

Wyniki sondażu prezentują się następująco: dla 40 proc. badanych główną siłą opozycyjną w kraju jest dziś Platforma Obywatelska, a dla 11 procent - Nowoczesna, kierowana przez Ryszarda Petru. Te wyniki akurat nie są zbyt zaskakujące. Idźmy jednak dalej.

Reklama

9 procent ankietowanych za główną siłę opozycyjną w polskim Sejmie uważa... Prawo i Sprawiedliwość.

Partia rządząca w tym sondażu pokonała nawet takie ugrupowania jak Kukiz’15, SLD, PSL, partię KORWIN a także Komitet Obrony Demokracji. Dodatkowo, przy okazji tej samej ankiety, okazało się, że co trzeci Polak (33 procent badanych), nie ma zdania na ten temat.

Można szukać usprawiedliwień. W tym przypadku pocieszająca może być próba badanych, na której ten sondaż przeprowadzono. Zgodnie z informacją podaną przez TNS wzięło w nim udział 1059 mieszkańców Polski w wieku 15 i więcej lat. Czy jednak można go uznać za mało wiarygodny? Niekoniecznie.

- Sondaż - metodologicznie - jest wiarygodny. Wielkość próby jest standardowa, błąd statystyczny przy takiej wielkości próby wynosi około +-3 procent - wyjaśnia doktor Radosław Marzęcki z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie i dodaje: "Orientacja w bieżących wydarzeniach politycznych nie jest mocną stroną nie tylko polskiego, ale w ogóle współczesnych społeczeństw, o czym świadczą wyniki badań realizowanych w Polsce, jak i tych o międzynarodowym zasięgu, na przykład w ramach projektu Eurobarometr".

- Niemal co piąty obywatel Unii Europejskiej sądzi, że Szwajcaria jest członkiem Wspólnoty, a tyle samo nie wie, w jaki sposób wybierani są posłowie do Parlamentu Europejskiego - mówi ekspert. 

Obywatelskie, czyli jakie?

Kilka dni temu całą Polskę, a nawet świat, obiegły obrazy pokazujące strajkujące w naszym kraju kobiety. Panie, które same się zorganizowały, były stawiane za przykład tego, jak wyglądać powinno społeczeństwo obywatelskie. Jest inicjatywa, chęć i działanie. Egzamin zdany na szóstkę.

Po drugiej stronie tej "obywatelskiej barykady" mamy jednak coś zgoła odmiennego. Osoby, które nie wiedzą albo czym jest opozycja, albo po prostu nie mają świadomości, kto w Polsce rządzi.

Żyjemy więc w kraju, w którym tysiące osób potrafią zjednoczyć się "w obronie praw człowieka i obywatelskości", a w którym, na drugim biegunie, znajdują się osoby, które nie wiedzą nawet, kto tym krajem rządzi.  Jak to jest możliwe?

- Istnieje wiele czynników sprzyjających podejmowaniu aktywności. Rezultaty badań, które prowadzę wśród polskiej młodzieży od kilku lat, wskazują, że zainteresowanie polityką ma tutaj mniejsze znaczenie. W moim przekonaniu kluczowe jest poczucie skuteczności, czy wpływu na bieg spraw oraz emocjonalne zaangażowanie w sprawę. To drugie liczy się głównie jako determinanta protestów zbiorowych, a z takim właśnie mieliśmy do czynienia w poniedziałek - wyjaśnia politolog i socjolog z Uniwersytetu Pedagogicznego. 

Jak dodaje Marzęcki, "nadzieja, gniew czy strach to te emocje, które najsilniej mobilizują do działania grupowego". - Polacy deklarują raczej niski poziom wpływu na sprawy kraju, miasta, czy gminy, w której mieszkają, dlatego też ich aktywność polityczna, którą widać w przestrzeni publicznej, jest okazjonalna. Mówiąc metaforycznie, stanowi eksplozję nawarstwiających się negatywnych emocji, które nie mogą być już dłużej kumulowane. W tym sensie protesty przeciwko umowie ACTA sprzed paru lat czy tzw. "czarny protest" to ta sama historia. Widać, że choć potrafimy się zmobilizować, podjąć aktywność polityczną, to po raz kolejny ma ona negatywny charakter - jest protestem przeciw czemuś, przeciw komuś. Jedni przeciw drugim. Antagonizm nie pierwszy raz nas mobilizuje - podkreśla ekspert. 

Prymat rozrywki nad wiedzą

Wybory parlamentarne w Polsce odbyły się w 2015 roku, prawie rok temu. Trudno więc powiedzieć, że wyborcy nie zdążyli zaktualizować swojej wiedzy. Oczywiście - każdy żyje własnym życiem, ma pracę, obowiązki i często brakuje mu czasu na to, żeby włączyć telewizor. Czy jest to jednak wymówka?

- Rozprzestrzenianie się zasięgu mediów masowych, a także nowych mediów, tylko teoretycznie stanowi szansę na poznawczą emancypację obywateli. Niektórzy - obserwując rozwój internetu - zadają pytanie: czy i w jakim stopniu może się on stać remedium na kryzys współczesnej demokracji? Daje przecież możliwość nieskrepowanego wyrażania poglądów, stanowi forum debat i dyskusji, sprawia, że informacja natychmiast dociera do odbiorcy - mówi doktor Marzęcki.

- W praktyce jednak ludzie z tego "dobrodziejstwa" rzadko korzystają. To rozrywka jest główną treścią, której poszukują użytkownicy sieci. Podobnie jest z telewizją, która stanowi raczej "zagrożenie" dla demokracji. Psuje politykę, prowadząc do komercjalizacji i stymulując procesy jej personalizacji i emocjonalizacji - wyjaśnia politolog.

Dlaczego tak się dzieje? Jak wyjaśnia doktor Marzęcki, ludzie najczęściej pamiętają tylko twarze i nazwiska polityków, o których często się mówi. Ale niewiele poza tym.

- Przykładowo, wyniki lipcowego badania CBOS, sprawdzającego zaufanie do polityków, pokazują, że 35 procent badanych w żaden sposób nie kojarzy ministra rozwoju, który dziś jest też ministrem finansów, wicepremiera polskiego rządu Mateusza Morawieckiego. 30 procent nie zna ministra spraw zagranicznych - Witolda Waszczykowskiego. 48 procent - ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła, a 43 procent - marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego. Te braki w podstawowej wiedzy na temat polityki, sugerują, że w sprawach bardziej skomplikowanych jest jeszcze gorzej - diagnozuje ekspert.

Wnioski z tych, nie bójmy się powiedzieć, kompromitujących braków wiedzy, są przykre. - Wszystko to podważa fundamenty samej demokracji, która ma się opierać na opiniach obywateli. To negatywne zjawisko niesie za sobą szereg konsekwencji. Ignorancja obywateli w zakresie spraw publicznych osłabia "rządzący lud" - demos, który w ten sposób staje się bardziej podatny na manipulację, perswazję czy emocjonalny przekaz - podsumowuje ekspert w komentarzu dla Interii.

Badanie "O pożytku z opozycji" zostało przeprowadzone w dniach 9-14 września 2016 r. na reprezentatywnej próbie 1059 mieszkańców Polski w wieku 15 i więcej lat.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy