Reklama

Reklama

Magia reality show nadal działa

​Jeśli chodzi o format reality show, to wydawało nam się, że widzieliśmy już niemal wszystko. W Polsce swoją złotą erę miał między innymi słynny "Big Brother", który doczekał się siedmiu edycji. Po kilku innych wariacjach na temat podglądania życia "zwykłych ludzi", uznano, że format się wyczerpał. Innego zdania są jednak producenci zza oceanu. Czy to już żerowanie na ludzkich emocjach? Czy możemy się czegoś nauczyć, oglądając tego typu programy?

- Wcale nie musi to być żerowanie na emocjach. "Big Brother" w Polsce to rok 2001 - przypomina w rozmowie z Interią profesor Wiesław Godzic, socjolog i medioznawca ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. - W kontekście reality show ważny jest także film "Truman Show", Petera Weira, który przed erą telewizyjnych reality show pokazał, że istnieje coś takiego jak tworzenie sztucznej rzeczywistości - dodaje ekspert.

"Postaw normalsa i każ mu decydować"

Amerykańska stacja CBS wypuściła właśnie na rynek nowy program w konwencji reality show o nazwie "The Briefcase" i tym razem przekracza on wszelkie znane nam dotąd normy.

Reklama

Producenci znaleźli najbiedniejsze rodziny w amerykańskim społeczeństwie i postawili przed nimi walizkę pełną pieniędzy. Warto nadmienić, że w amerykańskim społeczeństwie 1 procent populacji posiada majątek równy temu, co posiada pozostałe 90 procent.

Specjalnie wyselekcjonowani uczestnicy słyszą, że dostaną dokładnie 101 tysięcy dolarów, muszą jednak podjąć wcześniej ważną decyzję. Czeka ich rozstrzygnięcie dylematu - czy wziąć wszystkie pieniądze dla siebie, na pokrycie długów i zaspokojenie najbardziej podstawowych potrzeb, czy oddać całość lub choć część tych pieniędzy innej, bardziej potrzebującej rodzinie.

Nikt nie mówi im, że ta druga rodzina także otrzymała dokładnie taką samą ilość pieniędzy i również ma zadecydować, do kogo trafią. Na podjęcie decyzji mają 72 godziny. Przez ten czas otrzymują kolejne informacje na temat drugiej rodziny i zmagają się ze swoim sumieniem.

Osoby chore, niepełnosprawne, biedne, borykające się z poważnymi problemami w życiu, traktowane są jak okazy w zoo. Z każdą chwilą trwania odcinka poznajemy ich historie, zmagania i problemy, a producenci bez żadnych skrupułów grają na naszych emocjach. Ludzką desperację wykorzystuje się do podnoszenia słupków oglądalności.

 - Na tym właśnie to polega. Należy postawić człowieka, "normalsa", przed trudną, skomplikowaną decyzją, wymagającą wyboru, i zacząć go filmować. Zazwyczaj ludzie zachowują się na dwa sposoby. Tak, jakby chcieli uzyskać poklask, wśród tych, którzy ich oglądają, albo są naturalni. Ci, którzy są naturalni, bardzo często do czegoś dochodzą, wygrywają duże pieniądze. Chodzi o to, jak się traktuje publiczność telewizyjną. W dzisiejszym języku byśmy powiedzieli, że chodzi o to, czy oni cię "lajkują" - wyjaśnia prof. Godzic.

Fala krytyki

Osoby biorące udział w show nie są wybierane przypadkowo. Każdy ich krok i decyzja poddawane są precyzyjnej ocenie. Największe kontrowersje wywołał odcinek, w którym katolicka rodzina, która początkowo chciała oddać całą kwotę, zdecydowała się przekazać jedynie 10 tysięcy po tym, jak dowiedziała się, że ma do czynienia z osobą transpłciową. Po tej decyzji spadła na nich fala krytyki.

- W pierwszym brytyjskim "Big Brotherze" problemem był Nick, który zyskał przydomek "Nasty", czyli okrutny, wstrętny. On nie reprezentował wartości uznawanych za brytyjskie. Był w zmowie, oszukiwał. To powodowało, że ludzie dzięki reality show potwierdzali swoją przynależność do kultury, czyli wartości tej kultury - wspomina medioznawca.

Profesor Godzic staje w obronie formatu reality show, zaznaczając jednocześnie, że należy przyjąć odpowiednią perspektywę, kiedy oceniamy to, co dzieje się na ekranie. - To wcale nie musi być takie głupie. To nie jest po prostu prymitywne żerowanie. Oczywiście może w tym kierunku iść, ale jeśli popatrzymy na reality show tak poważnie i głęboko, to cały czas mamy tutaj proces odtwarzania wartości kultury - podkreśla medioznawca. - Ten głupi show w wielu różnych częściach świata doprowadził do fantastycznych rzeczy. Ludzie zobaczyli swoją społeczność - to, które wartości są nadwyrężone, nad którymi trzeba popracować. Nie są to banalne rzeczy - zaznacza prof. Godzic.

Według eksperta, przynajmniej u części osób oglądających podobne programy pojawi się głęboka refleksja na temat tego, jaka jest nasza kultura i jakie mamy w niej miejsce.

- Nie lekceważmy formatu reality show. Można się naśmiewać i krytykować, ale stacja nadawcza ma ogromną siłę. Może to poprowadzić tak, że będziemy mieli do czynienia z filozofią codzienności - przestrzega profesor.  - Cieszę się z takich programów, ale będę ich pierwszym krytykiem, jeśli okaże się, że są głupie. Jest jednak szansa na to, że te programy sprawią, że zaczynamy zastanawiać się nad samymi sobą - podsumowuje prof. Godzic w rozmowie z Interią.

Oglądalność "The Briefcase" między pierwszym a szóstym odcinkiem spadła z 6 do 4 milionów. Jason Miller, krytyk z "TIME", otwarcie nazwał program najgorszym reality show, jaki powstał w historii telewizji. Stacja CBS nie zraża się jednak i już planuje drugi sezon, licząc, że przyciągnie on przed telewizory jeszcze większą widownię. Głosy widzów są podzielone - niektórzy mocno przeżywają decyzje podejmowane przez bohaterów programu, inni je krytykują. Jedno jest pewne, producenci uzyskali efekt, o który zapewne im chodziło - o ich programie mówi się na całym świecie. 

Zwiastun programu:

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne