Reklama

Reklama

Tomasz Dzieciątkowski: Szczepionki stały się ofiarami własnego sukcesu

- W 2015 roku w Barcelonie zachorowało na błonicę kilkoro niezaszczepionych dzieci, jedno z nich zmarło. Nie było ich czym leczyć. Surowica przeciwbłonicza musiała być sprowadzana specjalnie z Rosji. W całej Unii Europejskiej nie było ani jednej dawki, właśnie dlatego, że błonicy tak dawno wśród nas nie było - mówi w rozmowie z Interią wirusolog i mikrobiolog dr hab. n. med. Tomasz Dzieciątkowski. Ekspert opowiada o chorobach zakaźnych, o których niebezpieczeństwie dziś już możemy nie pamiętać, a które wciąż pozostają groźne.

Justyna Kaczmarczyk, Interia: Na Ukrainie pojawiły się przypadki choroby Heinego-Medina, czyli polio. Polakom brakuje odporności na krztusiec - czytamy. Czy mamy się czego obawiać? 

Dr hab. n. med. Tomasz Dzieciątkowski, wirusolog, mikrobiolog: - Musimy być ostrożni. Niestety szczepionki stały się ofiarami własnego sukcesu. Bardzo duży odsetek Polaków - i nie tylko Polaków - zapomniał, czym mogą być choroby zakaźne. W związku z tym dorośli zazwyczaj nie przyjmują dawek przypominających szczepionek, co chroniłoby ich m.in. przed krztuścem. A kwestia potencjalnego polio to spore wyzwanie dla całego systemu opieki zdrowotnej.  

Reklama

Dlaczego?

- Należy pamiętać o konsekwencjach polio, czyli postaciach porażennych. Ludziom może się wydawać, że to lekka choroba, albo że całkiem zniknęła. Nie, nie jest lekka i nie, nie zniknęła - na świecie ludzie wciąż chorują na polio, choć na szczęście w niewielu regionach. Choroba ta może prowadzić do bardzo ciężkich powikłań. Przykładem jest historia Janiny Ochojskiej, która zachorowała na polio jako maleńkie dziecko i z konsekwencjami tej choroby zmaga się całe życie. 

Dziś młodzi rodzice na hasła takie jak: polio, krztusiec czy błonica już raczej nie drżą z przerażenia. To niepotrzebnie uśpiona czujność?

- Konsekwencje polio mogą być długoterminowe i bardzo poważne. Błonica z kolei to choroba potencjalnie śmiertelna, która może prowadzić do uduszenia się albo ogólnoustrojowego zatrucia. W Polsce ostatni rodzimy przypadek odnotowano w 1996 roku, zawleczony - w 2006 roku. Ale żeby uzmysłowić skalę problemu - w 2015 roku w Barcelonie zachorowało na błonicę kilkoro dzieci, były niezaszczepione. Jedno z nich zmarło. Problem był taki, że nie było ich czym leczyć. Surowica przeciwbłonicza musiała być sprowadzana specjalnie z Rosji. W całej Unii Europejskiej nie było ani jednej dawki, właśnie dlatego że błonicy tak dawno wśród nas nie było.  

Czy jest więcej takich chorób, na które nie mamy zabezpieczenia, bo wydaje się, że nie stanowią one już zagrożenia?

- Błonica jest tu wyjątkowym przykładem, bo istnieje na nią lekarstwo. Są choroby, na które nie mamy przyczynowego leczenia, możemy tyko zapobiegać - szczepieniami właśnie. Jeśli chodzi o chorobę Heinego-Medina to ostatni przypadek dzikiego porażennego polio w Polsce odnotowano w 1984 roku. Dziś notujemy też zdecydowanie mniej przypadków odry czy różyczki wrodzonej. Różyczka traktowana jest przez wielu jako lekka choroba wieku dziecięcego i zasadniczo tak jest. Problem gdy trafi na kobietę w ciąży. Wówczas u dziecka może wywołać zespół Gregga, objawiający się bardzo poważnymi wadami rozwojowymi. Dzięki szczepieniom w ciągu ostatniego ćwierćwiecza takie przypadki w Polsce można było policzyć na palcach jednej ręki. 

Czytaj też w serwisie INTERIA ZDROWIE Ból gardła, kaszel, duszności, wymioty. To krztusiec

Skoro mówimy o chorobach, przeciw którym szczepi się w okresie niemowlęcym i wczesnodziecięcym, to po kolei: wirusowe zapalenie wątroby typu B. Groźne?

- Oczywiście. W latach 80-tych Polska do spółki z Rumunią była swoistym "zagłębiem epidemicznym" tego typu zakażeń w Europie. Wdrożenie jednorazowych sprzętów medycznych oraz szczepienia dzieci i personelu medycznego znacząco to ograniczyły. W tym momencie utrzymujemy bardzo dobry z punktu widzenia wirusologa poziom kilku tysięcy zakażeń w ciągu roku. Tutaj też jest bolesna prawda - wirus, który wywołuje zapalenie wątroby typu B, ma bardzo paskudną cechę - po pierwsze, może zintegrować się z naszym genomem i doprowadzić do pierwotnego raka wątrobowo-komórkowego. Po drugie, może pozostać w naszym organizmie w tzw. formie "superzwiniętej". Niestety żadne znane leczenie nie pomaga na te formy. Możemy zrobić co tylko można, żeby ograniczyć zakażenie, ale nigdy nie będziemy mieli stuprocentowej pewności, że pacjent został w pełni wyleczony, czy któregoś pięknego dnia wirus z formy "superzwiniętej" nie przejdzie do formy natywnej, nie zacznie się replikować i nie będziemy mieli znowu problemu. 

Na liście szczepień najmłodszych dzieci jest jeszcze Hib. Co to za choroba?

- To Haemophilus influenzae typu b, bakteria powszechnie funkcjonująca w społeczeństwie. Może powodować zapalenia płuc w dosyć ciężkim przebiegu, ale może też przebiegać w postaci inwazyjnej - powodować zakażenie uogólnione, czyli sepsę. Tutaj mamy antybiotyki, które w większości przypadków są skuteczne, ale zawsze sepsa jest uznawana za stan zagrażający życiu i zdrowiu, w związku z tym należy na nią uważać. Tak samo jak należy uważać na zakażenia meningokokami, przeciwko którym też są szczepienia. 

Ale nierefundowane. 

- Tak, to dosyć duży problem. Szczepionki przeciwko meningokokom typu C nie są aż takie kosztowne, ale przeciwko meningokokom typu B są zdecydowanie droższe, to koszt rzędu 350-450 zł. To wynika z tego, że mamy tylko jedną szczepionkę na rynku. 

Nierefundowane, a zalecane - szczególnie dziewczynkom - jest też szczepienie przeciwko brodawczakowi ludzkiemu, czyli HPV. 

- Chłopcom też jest zalecane. Oczywiście zakażenie wirusami brodawczaka, które mogą powodować nowotwory szyjki macicy będziemy wiązać z dziewczętami. Ale HPV wywołuje też rzadsze, ale równie groźne nowotwory prącia i odbytu. Również część nowotworów głowy i szyi - jamy ustnej i krtani - jest wywoływana przez HPV. Jakkolwiek brutalnie to zabrzmi - jeśli chodzi o zakażenia "tam na dole", to stosunkowo łatwo jest coś wyciąć. Niestety "na górze" nie za bardzo mamy co wycinać, a dodatkowo te typy nowotworów nie są zbyt wrażliwe ani na chemio- ani na radioterapię. Dlaczego chłopcy też powinni być szczepieni? Trzeba być szczerym - podstawową drogą przenoszenia HPV w społeczeństwie jest męski penis, w związku z tym, jeśli zabezpieczamy mężczyzn, chronimy również kobiety. 

Za te preparaty musi zapłacić pacjent, a są kosztowne. Czy pana zdaniem powinny znaleźć się na liście szczepień refundowanych?

- Uważam, że zawsze lepiej zabezpieczać niż leczyć. Szczepienia przeciwko HPV są drogie, to prawda. Ale zdrowie ludzkie jest bezcenne. Nowotwory głowy i szyi czy raki szyjki macicy zdarzają się coraz częściej już w wieku 30-40 lat. To wiek produkcyjny. Trzeba wyraźnie powiedzieć - każde leczenie, każda hospitalizacja osoby tego typu, to bardzo konkretne wydatki, które de facto pokrywane są z naszych składek, czyli płaci całe społeczeństwo. Nigdy nie mamy też gwarancji pełnego powrotu do zdrowia. Oczywiście szczepienia również nie dają stuprocentowego zabezpieczenia, ale ostatnio na łamach prestiżowego periodyku medycznego "The Lancet" pojawiły się wyniki trwających 12 lat badań obserwacyjnych milionów osób na terenie Wielkiej Brytanii. Okazuje się, że od czasu wprowadzenia szczepień przeciw HPV zanotowano 80-procentowy spadek częstości nowotworów szyjki macicy. To naprawdę dużo. 

Zawsze przy temacie szczepień pojawia się wątek niepożądanych odczynów poszczepiennych, które przecież są i również bywają groźne.

- NOP-y były, są i będą, to prawda. Nie ma i być nie może stuprocentowo bezpiecznego i skutecznego leku - statystyka i rachunek prawdopodobieństwa na to wskazują. Natomiast wszelkie niepożądane odczyny poszczepienne są bardzo dokładnie monitorowane, w związku z tym wiemy, że ich częstość jest daleko, daleko mniejsza niż częstość jakichkolwiek powikłań choroby, przeciwko której mają zapobiegać. Oczywiście dotyczy to też SARS-CoV-2 i szczepień przeciw COVID-19.

A może niektóre choroby mimo wszystko lepiej przechorować?

- Nie istnieje choroba, którą warto przechorować. Po każdej chorobie, nawet teoretycznie tej najbardziej łagodnej, mogą pojawić się powikłania, dużo częstsze niż w przypadku zaszczepienia. W związku z tym szczepienia są zdecydowanie bardziej bezpieczne niż naturalne przechorowanie. Już przed epidemią COVID-19 słyszeliśmy o pomysłach, których nie potrafię nazwać inaczej, jak kretyńskie, takich jak "ospa party", żeby zakażać swoje dzieci wirusem ospy wietrznej i półpaśca. Tymczasem dwudawkowy schemat szczepień przeciw ospie wietrznej - ta szczepionka też niestety nie jest refundowana - zabezpiecza w około 92 procentach przypadków przed zakażeniem. A w przypadku ospy wietrznej jest tak, że jeśli raz się zarazimy, wirus pozostanie z nami na zawsze, nie pozbędziemy się go. Ospy wietrznej po raz drugi mieć nie będziemy, ale możemy zachorować na półpaśca. A ten może się objawiać wyjątkowo boleśnie, dodatkowo może pozostawiać popółpaścową neuralgię, czyli przeczulicę - zmian skórnych nie ma, a nadal boli. W skrajnych przypadkach zajęciu może ulec nerw trójdzielny czaszkowy i jego gałązka oczna, co może prowadzić nawet do ślepoty. Sądzę, że każda z osób, która kiedykolwiek miała półpaśca, na pomysł, by fundować dzieciom takie zakażenie i ryzyko tej choroby, powiedziałaby, że to bardzo, bardzo głupi pomysł.  

A szczepienia dorosłych? Obecnie dyskutujemy o szczepieniach przeciw SARS-CoV-2, pojawiają się też apele o szczepienie przeciwko grypie. Co z wspomnianymi dawkami przypominającymi?

- Warto doszczepić się przeciwko błonicy, krztuścowi i tężcowi - to szczepionka połączona. Tego typu szczepienie powinno być wykonywane raz na 8-10 lat. Preparat będzie kosztował około stu złotych. Bo trzeba przypomnieć, że oprócz szczepień przeciw COVID-19, które jak na razie są refundowane, szczepienia dorosłych są płatne. Wyjątkiem jest jeszcze preparat przeciwtężcowy, który w przypadku skaleczenia i ekspozycji na brudną ziemię dostaniemy prawie zawsze w ramach leczenia - lekarze wolą założyć, że nie mamy tej protekcji, w związku z tym lepiej dmuchać na zimne. Błonica to rzadkość, ale rzadkość bardzo niebezpieczna. Krztusiec natomiast się zdarza, także u dorosłych. Wiele osób mówi: to tylko kaszel. To "tylko kaszel", który potrafi trwać pół roku, i być tak silny, że mogą naderwać się więzadła mięśni międzyżebrowych albo pojawić krwawe wybroczyny w oczach i na plecach. Szczepionka na krztusiec nie ma niestety największej skuteczności i ta skuteczność znacząco maleje po upływie 5-6 lat. Ale właśnie m.in. dlatego warto się doszczepiać. Zwłaszcza, że antybiotyki, jeżeli już jesteśmy zarażeni krztuścem, wiele nam nie pomogą. Co prawda sprawią, że nie będziemy zakażać innych, toksyna krztuścowa w nas pozostanie i nadal będziemy kaszleć. Lepiej zapobiegać niż leczyć.

Pandemia zaburzyła szczepienia Polaków przeciw chorobom innym niż COVID-19? 

- Na to najlepiej odpowiedzieliby pracownicy PZH, którzy zbierają takie informacje, ale na pewno mogę powiedzieć, że zmieniła wiele jeśli chodzi o choroby zakaźne w ogóle. Restrykcje, czyli formy niefarmakologiczne ochrony przed zakażeniem, podziałały nie tylko na SARS-CoV-2, ale też inne patogeny, m.ni. paciorkowca wywołującego szkarlatynę, wirus grypy czy RSV. Czy one przestały "lubić" nasze społeczeństwo i odpuściły? Nie! W tym roku my odpuściliśmy i od razu widać, że "patogeny lubią to", że daliśmy im pole do popisu. I tak w przypadku RSV mamy do czynienia z tzw. epidemią wyrównawczą. Nie zapominajmy, że poza koronawirusem SARS-CoV-2 i COVID-19 chorób zakaźnych krąży wśród nas wiele. I nie chodzi o to, żeby nimi straszyć, bo to bez sensu. Chodzi o to, że je dobrze poznać, właśnie po to, żeby wiedzieć, jak się przed nimi strzec. I w tym bardzo pomagają szczepienia.  

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy