Reklama

Reklama

Polskie opiekunki jak "nowoczesne niewolnice"

W Niemczech pracuje około 250 tys. polskich opiekunek osób starszych / Timothy Fadek/Corbis /Getty Images

- Polskie opiekunki w Niemczech często mówią o sobie, że są "nowoczesnymi niewolnicami". Wymaga się od nich, by wykonywały u podopiecznego wszystko, najlepiej przez 24 godziny na dobę, za jak najmniejsze pieniądze. Dłużej tak być nie może – apelują Agnieszka Misiuk i Justyna Oblacewicz, które w ramach projektu "Faire Mobilität" ("Uczciwa mobilność") udzielają w Niemczech pomocy i porad prawnych opiekunkom z Europy Środkowo-Wschodniej, w tym z Polski.

Justyna Mastalerz, Interia: Ile opiekunek z Polski pracuje obecnie w Niemczech?

Reklama

Agnieszka Misiuk i Justyna Oblacewicz, projekt "Faire Mobilität" ("Uczciwa mobilność"): - Nie ma dokładnych statystyk, istnieją tylko szacunkowe dane. Według naszej ostatniej wiedzy, w Niemczech przy opiece domowej zatrudnionych jest obecnie około 250 tys. Polek.

Jeśli dodamy do tego panie, które pracują "na czarno", liczba ta z pewnością kolosalnie wzrasta?

- To są, tak jak wspomniałyśmy, jedynie przybliżone dane. W zależności od źródła, liczba pracujących Polek wzrasta do około pół miliona. W ostatnim czasie obserwujemy też, że do pracy w opiece w Niemczech, przez Polskę, przyjeżdża coraz więcej kobiet z Ukrainy.

Czy liczba Polek chętnych do pracy za granicą utrzymuje się na jednakowym poziomie? 

- Podnoszone są głosy, że rynek polskich opiekunów już się wyczerpał. Brakuje chętnych do wyjazdu, dlatego do Niemiec przyjeżdżają osoby z krajów przygranicznych do Polski. Z drugiej strony, praca opiekunki w Niemczech nie jest już dla Polek tak atrakcyjna, jak to było dziesięć lat temu. Nową siłą roboczą na rynku niemieckim są właśnie kobiety z Ukrainy. Bardzo możliwe, że w najbliższym czasie ten rynek będzie otwierał się również na opiekunki i opiekunów z krajów byłej Jugosławii.

Czy nie jest to przypadkiem, że kobiety przyjeżdżające z Ukrainy czy krajów byłej Jugosławii są po prostu tańszą siłą roboczą niż Polki, które podobno domagają się większego wynagrodzenia za wykonywane obowiązki?

- Może tak, ale w dużej mierze chodzi o jakość życia, która w Polsce poprawiła się na tyle, że różnice w porównaniu do Niemiec nie są już tak bardzo widoczne. Co za tym idzie - praca w Niemczech nie jest już dla Polek aż tak korzystna. Jednak mimo tego trendu, Polki nadal stanowią największą grupę opiekunek w Niemczech.

Prowadzicie projekt "Faire Mobilität", co oznacza po prostu "uczciwa mobilność". Polskie opiekunki pracujące w Niemczech są uczciwie wynagradzane?

- Minimalna płaca w Niemczech wynosi obecnie 9,19 euro brutto. Najniższa płaca osoby, która pracuje w Niemczech na pełny etat, wynosi niecałe 1600 euro brutto. Polskie opiekunki zarabiają miesięcznie na rękę około 1000-1300 euro. Pierwszy problem to zatem różnica w tym wynagrodzeniu, a drugi - wymiar godzinowy wykonywanej przez nie pracy. Polskie opiekunki pracują znacznie więcej niż 40 godzin w tygodniu. Zazwyczaj są do dyspozycji 24 godziny na dobę. Za każdą godzinę tzw. gotowości do pracy powinny więc otrzymywać wynagrodzenie, a nie dostają go. Jeżeli weźmiemy pod uwagę liczbę przepracowanych godzin w całym miesiącu, to okazuje się, że te kobiety dostają około 3-4 euro na rękę za godzinę pracy. 

W umowach nie ma określonych godzin pracy?

- Opiekunki nie pracują na umowach o pracę, ale na umowach zlecenie. Nie ma w nich dokładnie określonego czasu pracy. Jest zazwyczaj zapis o 40-godzinnym tygodniu pracy, ale tak naprawdę nigdy nie jest to zachowywane. Pracują po prostu znacznie więcej. Jeśli mają dużo szczęścia, to w ciągu dnia dostaną dwie godziny przerwy, która tak naprawdę powinna być obowiązkowa. Czasami wstają też w nocy. Pozostałe godziny, kiedy są w tzw. gotowości do pracy, nie są opłacane, przynajmniej nie spotkałyśmy się z tym, by było to traktowane jako nadgodziny. Już to, że agencje obiecują niemieckim rodzinom opiekę nad chorym 24 godziny na dobę przez jedną osobę, jest po prostu niezgodne z prawem. W Niemczech nie ma odpowiednika do umów zlecenie, a to pozwala agencjom w Polsce po prostu omijać prawo. Widziałyśmy już nawet umowy, w których opiekunki miały odejmowane pieniądze za wyżywienie albo za nocleg, co jest oczywiście nielegalne. 

Co należy do obowiązków opiekunek?

- W większości obowiązki, które są opisane w umowach, dotyczą stricte opieki nad osobą starszą, rozumianej jako pomoc domowa. Jest to np.: wychodzenie z podopiecznym na spacery, zakupy, gotowanie, nakrycie stołu, zmywanie, pomoc przy codziennej toalecie, ubieraniu, pranie, zmiana pościeli, prasowanie, odkurzanie, pilnowanie terminów wizyt u lekarza... Niestety, rodziny bardzo często nie dotrzymują tego i wymagają od opiekunek i opiekunów więcej. Chcemy, żeby to tutaj wybrzmiało - to jest naprawdę ciężka, wyczerpująca i odpowiedzialna praca. Opieka nad osobą starszą wymaga dużo poświęcenia, zarówno fizycznego, jak i psychicznego. To nie jest tylko wyjście na spacer i przygotowanie obiadu. To przebywanie z osobą, często już bardzo schorowaną, przez cały dzień i noc.

Opiekunka za swoją pracę dostaje około 1300 euro na rękę. A ile pieniędzy za opiekę płacą agencjom niemieckie rodziny?

- Ceny są różne, ale - według naszych informacji - niemieckie rodziny płacą agencjom około 2500-3000 euro. Polska opiekunka tych pieniędzy w ogóle nie widzi... Lwią część pobierają agencje. My, jako doradcy, nie mamy wglądu w umowy, jakie niemieckie agencje podpisują z rodzinami. Z reguły mamy też niewielką styczność z samymi rodzinami, bo polskie opiekunki bardzo rzadko chcą dochodzić od nich swych roszczeń.

Łańcuch zatrudnienia oparty jest więc na trzech umowach: niemiecka rodzina podopiecznego-niemiecka agencja, agencja niemiecka-agencja polska i na samym końcu dopiero umowa polskiej agencji z opiekunką.

- Dokładnie tak. Opiekunka jest tu "ostatnim ogniwem" i nie ma do tych pozostałych umów dostępu. To bardzo często powoduje, że jeżeli wystąpi jakiś problem tu, w Niemczech, to nikt nie czuje się za te kobiety odpowiedzialny. Są pozostawione same sobie.

I wtedy zgłaszają się do was?

- W większości przypadków opiekunki zgłaszają się do nas, gdy już powstanie jakiś poważny problem, np. konflikt z podopiecznym albo jego rodziną i zostają wyrzucone na bruk. Wtedy zdesperowane dzwonią, pytają, co mają robić, nie wiedzą, czy w ogóle dostaną zarobione pieniądze. W wielu takich przypadkach wynagrodzenie nie zostaje im wypłacone, bo w umowach ujęte są kary umowne.

Za zerwanie zlecenia przed zakończeniem?

- Tak, kary zazwyczaj dotyczą sytuacji, gdy opiekunka rzekomo "porzuca" swoje miejsce pracy, po uprzednim zgłoszeniu problemu w agencji. Czasem dochodzi zarówno do przemocy psychicznej, jak i fizycznej podopiecznego wobec opiekunki. Wtedy te kobiety nie widzą innego rozwiązania i natychmiast wyjeżdżają. To jest absolutnie zrozumiałe - muszą opuścić miejsce pracy, bo nie czują się bezpiecznie, obawiają się o własne zdrowie i życie. Często jest też tak, że opiekunki zostają wprowadzone w błąd  - przyjeżdżają do Niemiec i zastają zupełnie inne warunki pracy, niż były im przedstawione przez agencję. Trafiają do podopiecznych np. z psychicznymi zaburzeniami, o których wcześniej w ogóle nie było mowy. Są wysyłane za granicę, a potem zostawiane na pastwę losu, dlatego decydują się na powrót do domu.

Agencje nie interweniują?

- Agencje często mówią im wtedy, że nie mogą wyjechać, dopóki nie znajdzie się za nich zastępca albo że w ogóle nie mogą wyjechać przed zakończeniem umowy. Straszy się je karami umownymi.

Jak wysokie są to kary?

- Czasami są po prostu horrendalne. Mogą wynieść nawet około 5000 zł lub więcej. 

Czyli tyle, ile cała ich jedna wypłata...

- Pracodawcy używają tego instrumentu, żeby te kobiety zastraszyć. Agencje chcą, żeby zostały na miejscu i nie przerywały zlecenia. Sądzą, że jak wyślą opiekunkę na sześć tygodni do trudnego przypadku, to ta kobieta się wymęczy, ale to wytrzyma, bo będzie się bać kary.

Do poradni zgłaszają się tylko w kwestiach finansowych?

- Nie tylko. Bardzo często dzwonią i mówią, że pracują 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu i w ogóle nie mają czasu dla siebie. Zdarza się, że warunki mieszkaniowe nie są takie, jakie obiecywała im agencja. W wielu przypadkach mają też problemy z ubezpieczeniem zdrowotnym. Jeśli zachorują, to są z reguły bardzo szybko odsyłane do domu i nie dostają w ogóle pieniędzy. Te kobiety często zatrudnione są za polską najniższą krajową. Resztę pieniędzy dostają w dietach, które są nieopodatkowane, więc składki do ZUS odprowadzane są również od najniższej krajowej. Miałyśmy też przypadki, kiedy opiekunki dzwoniły i skarżyły się, że podopieczne nie dają im pieniędzy na zakupy, że nie mają wystarczająco jedzenia i po prostu głodują. W końcu zdarzają się też problemy międzyludzkie - opiekunki są zazwyczaj sam na sam z podopiecznym, a do tego rodziny wymagają od nich, żeby opiekowały się jeszcze zwierzętami albo podlewały kwiaty w ogrodzie, co po prostu nie leży w ich obowiązkach.

Co w takim razie mogą zrobić opiekunki, które czują, że są wyzyskiwane?

- Tu nie ma dobrej odpowiedzi, ale jedno jest pewne - opiekunka powinna zawsze powiadomić agencję o tym, że sytuacja na miejscu nie zgadza się z zakresem obowiązków opisanych w umowie. Zawsze radzimy opiekunkom, żeby postarały się o pisemne potwierdzenie wszelkich wymogów ze strony agencji, np. jeśli każą im być dyspozycyjne 24 godziny na dobę lub wykonywać obowiązki nieobjęte umową. Dokumentacja całego czasu pracy oraz wykonywanych obowiązków jest bardzo ważna, aby ewentualnie dochodzić swoich praw przed sądem.

Czy zdarzyło się, by któraś z opiekunek zdecydowała się wystąpić przeciwko agencji na drogę sądową?

- Zdarza się to bardzo rzadko, ale zdarza. Całkiem niedawno odbyła się taka sprawa sądowa w Berlinie. Dotyczyła jednak opiekunki z Bułgarii. Sądziła się o płacę minimalną za cały czas wykonywania swojej pracy, czyli nie za osiem, ale za 24 godziny na dobę. Ta kobieta bardzo dobrze to wszystko udokumentowała. Adwokat, która ją reprezentowała, nie miała przed sądem problemów, by udowodnić, że faktycznie wymagano od niej pracy przez całą dobę. Nawet agencja po niemieckiej stronie werbowała rodziny obietnicą, że podopieczny będzie miał zapewnioną opiekę 24 godziny na dobę. Wygrana w sądzie w przypadku opiekunek jest więc jak najbardziej możliwa, ale wciąż niewiele kobiet się na to decyduje.

Sprawa opiekunki z Bułgarii zakończyła się dla niej pomyślnie?

- Ten proces jest w trakcie. W pierwszej instancji sąd przyznał jej rację i uznał, że należą się jej pieniądze za pracę 24 godziny na dobę. Druga strona ma teraz prawo do złożenia odwołania. To jednak pierwszy tak duży sukces w Niemczech, bo takich rozpraw jest naprawdę niewiele. Obecnie mamy też kontakt z jedną z opiekunek, która swoich praw chce dochodzić w sądzie w Polsce.

Ten przypadek może wywołać w Polsce efekt kuli śnieżnej?

- Nam zależy na tym, by polskie opiekunki oficjalnie się zorganizowały. Na razie można je spotkać tylko w różnych grupach na Facebooku czy na forach internetowych, a jesteśmy przekonane, że jeśli połączą siły, to są w stanie poprawić swoje warunki zatrudnienia. Mamy na to bardzo dobry przykład ze Szwajcarii. Chciałybyśmy, aby panie pracujące w opiece domowej w Niemczech zjednoczyły się w związkach zawodowych. Wówczas także związki tu, w Niemczech, miałyby możliwość wpływu na poprawę ich warunków pracy. Jesteśmy w stałym kontakcie z opiekunką ze Szwajcarii, która tam to zainicjowała i uczymy się z jej doświadczeń. 

W Szwajcarii sytuacja polskich opiekunek poprawiła się?

- Tak, ale co najważniejsze - pobudza się tam również wrażliwość społeczną i polityczną. Na problem w Niemczech też trzeba w końcu znaleźć rozwiązanie. Nie może przecież dochodzić do notorycznego przekraczania czasu pracy i łamania praw pracowniczych tych pań.

"Sprawdzone, przyjemne zlecenie dla pań - bardziej w charakterze gosposi niż opiekunki!" - czytamy w pierwszym lepszym ogłoszeniu na Facebooku...

- Te oferty bardzo często są niezgodne z prawdą. Nawet my, jak czasem czytamy ogłoszenia, to zwyczajnie nie dowierzamy. Agencje starają się sprawić wrażenie, że podopieczni są generalnie zdrowi, a potrzebują jedynie trochę "towarzystwa". A tak po prostu nie jest. Te kobiety są wprowadzane w błąd i potem nie radzą sobie z sytuacją, którą zastają na miejscu. Do tego dochodzą obcy język, izolacja, ciężki stan zdrowia podopiecznego, a czasem jeszcze jakaś klauzula albo wspomniane już kary umowne.

Dochodzimy do bardzo pesymistycznych wniosków, a chyba nie każda agencja w Polsce postępuje właśnie w ten sposób?

- My nie mówimy, że wszystkie agencje działają właśnie w taki sposób, ale część z nich, niestety, tak. W Polsce jest tych agencji mnóstwo. To jest po prostu bardzo konkurencyjna branża. Tym, którym zależy na dobrej opinii, troszczą się bardziej o swoich pracowników - udzielają im regularnych szkoleń, zapraszają na kursy językowe. Jeśli agencja rekrutuje osoby niedoświadczone, bez znajomości języka, to jej obowiązkiem jest przygotować takie panie do zawodu, a dopiero potem wysłać je za granicę.

Jaka duża jest skala nieuczciwych umów w stosunku do tych prawidłowych?

- Niestety, nie jesteśmy w stanie określić, jak duża jest to skala. Chcemy jednak zwrócić uwagę na najczęstsze nieprawidłowości. Pierwszą z nich jest już sam fakt, że opiekunki pracują w większości przypadków na umowy zlecenie. Tymczasem, patrząc na tryb pracy opiekunek przez pryzmat niemieckiego prawa, należy zakwalifikować ją jako stosunek pracy ze wszelkimi przysługującymi prawami pracowniczymi, jak np. ograniczony czas pracy (40 godzin tygodniowo), płatny urlop czy ciągłość wynagrodzenia w przypadku choroby. Ta prawna nieścisłość musi w końcu zostać rozstrzygnięta przed sądem pracy w Niemczech. Do kolejnych nieprawidłowości należą też wspomniane kary umowne, zaniżona płaca i często brak odpowiedniego ubezpieczenia zdrowotnego.

Sądzą panie, że sytuacja i warunki zatrudnienia polskich opiekunek w Niemczech mogą się w najbliższym czasie poprawić?

- Jeśli te kobiety zaczynają w końcu mówić o negatywnych przykładach głośno i podnosić, że nie zgadzają się na warunki, które dane agencje im oferują, to - z naszej perspektywy, jako poradni - jest to bardzo dobry znak. Opiekunki często mówią o sobie, że są "nowoczesnymi niewolnicami" i tak rzeczywiście w niektórych przypadkach jest. Wymaga się od nich, by wykonywały u podopiecznego wszystko, przez 24 godziny na dobę, za jak najmniejsze pieniądze. A najlepiej, gdyby jeszcze podziękowały agencjom za to, że w ogóle mogą to robić (śmiech). Dłużej tak być nie może. Dlatego apelujemy do opiekunek: nie gódźcie się na niegodne warunki pracy i nie bójcie się mówić publicznie o tym, co się dzieje. Tym też można bardzo wiele osiągnąć. Opiekunki muszą unaoczniać ten problem i nie dać się zastraszyć przez wielkie agencje. Jesteśmy przekonane, że w grupie leży siła. Zjednoczenie się tych pań może przynieść im pozytywne skutki, a przy tym pomoże uwrażliwić związki zawodowe i opinię publiczną na ich problemy. Ważne jest też to, by opiekunki skrupulatnie dokumentowały swój czas pracy i narzucane im obowiązki i miały odwagę dochodzić swoich roszczeń przed sądem.

Rozmawiała: Justyna Mastalerz

Projekt "Faire Mobilität" finansowany jest przez Federalne Ministerstwo Pracy i Spraw Społecznych oraz Zarząd Federalny Niemieckiego Zrzeszenia Związków Zawodowych (DGB). Celem projektu jest doradztwo w zakresie prawa pracy dla migrantów zarobkowych z krajów Europy Środkowo-Wschodniej i zapobieganie nadużyciom w zatrudnianiu pracowników. Polacy mogą uzyskać bezpłatną pomoc w języku polskim w poradniach w Berlinie, Frankfurcie nad Menem, Kolonii, Norymberdze, Dortmundzie, Oldenburgu i Stuttgarcie. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne