Reklama

Reklama

"Przyjechało więcej mediów niż turystów". Na wschodzie zaciskają zęby

Piotr rok temu wypożyczał w lipcowe soboty średnio 40-50 kajaków, w minioną poszły trzy. Joanna ma w ośrodku 150 miejsc, obecnie goście zajmują jedynie 20 z nich. - W Białowieży sytuacja jest wręcz tragiczna. Byłam tam 1 lipca podczas otwarcia sezonu. Przyjechało więcej mediów niż turystów. Przedsiębiorcy mówili, że są załamani - opowiada Katarzyna Turosieńska z Polskiej Izby Turystycznej. Choć zakaz przebywania w strefie przygranicznej z Białorusią już nie obowiązuje, a działania wojenne w Ukrainie są prowadzone daleko od granicy, wielu turystów omija w wakacje wschód Polski.

Najpierw zmagali się z lockdownem i pandemiczną niepewnością. Po chwili oddechu przyszedł kryzys na granicy z Białorusią, a wraz z nim kolejno: stan wyjątkowy i zakaz przebywania w strefie nadgranicznej. W lutym u sąsiada wybuchła wojna. Jakby tego było mało, na listę problemów z impetem wjechała szalejąca drożyna. Przedstawiciele branży turystycznej ze wschodu Polski muszą zaciskać zęby. 

W te wakacje wielu turystów omija przygraniczne tereny województw podlaskiego i lubelskiego. Nieco lepiej jest w Bieszczadach, choć i tam - jak dowiadujemy się w Podkarpackiej Regionalnej Izbie Turystycznej - wolnych miejsc nie brakuje, a rezerwacji można dokonywać z dnia na dzień.

Reklama

Białowieża. "Sytuacja jest wręcz tragiczna"

- Myślę, że na Podlasiu, a zwłaszcza w rejonie Białowieskiego Parku Narodowego sytuacja przedstawia się najgorzej, wręcz tragicznie. Byłam tam 1 lipca podczas otwarcia sezonu, przyjechało więcej wozów transmisyjnych telewizji i rozgłośni radiowych niż turystów. Rozmawiałam z przedsiębiorcami, mówili, że są załamani. Jest bardzo mało rezerwacji miejsc noclegowych, czy przewodników - relacjonuje Interii Katarzyna Turosieńska z Polskiej Izby Turystycznej.

Wcześniej przez lata pracowała w Białowieży. - W wakacje mieliśmy dzikie tłumy turystów, a miejsca trzeba było rezerwować z dużym wyprzedzeniem. Wiele obiektów miało niemal sto proc. obłożenia - wspomina.

- Obecnie obłożenie w regionie szacujemy na poziomie 20-30 proc. - informuje.

Sytuację popsuł kryzys na granicy. Do 30 czerwca w strefie nadgranicznej obowiązywał zakaz przebywania w 183 miejscowościach, z czego 115 zlokalizowanych było na Podlasiu. I choć od 1 lipca zakaz zniesiono, tłumnego powrotu turystów nie widać.  

Wakacje przy granicy. "Mówili, że tu strzelają i słychać wybuchy"

Na Lubelszczyźnie w rejonie Włodawy niedaleko Jeziora Białego, w strefie, która przez długi czas była objęta zakazem, swój interes prowadzi Piotr Rusiński. Od czterech lat organizuje spływy kajakowe Bugiem, na granicy Polski i Ukrainy.

- Tak słabo nie było nawet, kiedy rozkręcaliśmy interes. Rok temu w połowie lipca w soboty wypożyczaliśmy średnio 40-50 kajaków, w ostatni weekend poszły trzy kajaki - mówi Interii.

Turystów informuje, że mimo wojny w Ukrainie strefa przy granicy podobnie jak spływ są bezpieczne.

- Klienci często o to pytali. Miałem niedawno małą grupę z Wrocławia. Rodzina ostrzegała ich, żeby do nas nie przyjeżdżali, bo tu strzelają i słychać wybuchy. Przecież to zwykłe plotki - stwierdza.

Jednak, jak dodaje, to zakaz przebywania w strefie nadgranicznej znacznie bardziej niż strach przed wojną w Ukrainie ograniczył ruch turystyczny. - Teraz sytuacja się zmieniła, zakazu przebywania nie ma, a mam wrażenie, że ludzie wciąż kojarzą nasz region z tymi ograniczeniami i często powielają nieprawdziwe informacje - żali się.

Są i hotelarze, którzy na przygranicznym kryzysie zarobili. Chodzi o obiekty, które od września stały się kwaterami żołnierzy i policjantów. - Dla niektórych to była żyła złota. Niektórzy mieli pełne hotele - mówi Piotr Rusiński.

Reszta straciła. 

Wakacje 2022. Już tęsknią za bonem turystycznym

Wyraźny spadek liczby turystów w regionie Jeziora Białego dostrzega też Katarzyna Stolarczuk z Rodzinnego Klubu Wypoczynkowego Niebieskie Migdały w Okunince. Stąd niedaleko zarówno do granicy z Ukrainą jak i Białorusią. Równo po około 8 km.

- Widzimy co najmniej trzy główne przyczyny. Po pierwsze, ludzie nie czują się komfortowo tak blisko granicy. Po drugie, inflacja zrobiła swoje i wielu gości skraca swój pobyty. Po trzecie, kończy się bon turystyczny, z którego turyści chętnie korzystali. Bon znacznie poprawił sytuację spowodowaną przez pandemię, a teraz kiedy turyści zapomnieli o ścianie wschodniej, bardzo by się przydał z powrotem - mówi Interii Stolarczuk. Ważność bonu mija 30 września.

Jak podkreśla menedżerka obiektu, jeśli chodzi o liczbę gości sytuacja nie jest dramatyczna, ale jednocześnie nie można powiedzieć, że jest dobrze. - W poprzednich latach obłożenie utrzymywało się na poziomie 90 proc., obecnie to około 60 proc. Goście zwykle rezerwują pokoje na ostatnią chwilę i to na trzy-cztery noclegi, a nie na tydzień czy dwa, jak to było w poprzednich latach - opowiada. 

- W Okunince nigdy o tej porze nie widziałam tylu wystawionych tabliczek wolne pokoje, wolne domki - stwierdza Stolarczuk.

Bieszczady. "Nie liczymy na zysk, ale na przeżycie"

Im dalej na południe, sytuacja nieco się poprawia. Jak dowiadujemy się w organizacjach turystycznych, lepsza sytuacja jest w Bieszczadach, choć i tam wolnych miejsc nie brakuje, a rezerwacji można dokonywać z dnia na dzień.

- Akurat w naszym obiekcie jest słabo. Na 150 miejsc zajętych mamy 20. Sytuacja będzie się poprawić dopiero z końcem lipca. Nie dawno zaczęliśmy odbierać więcej telefonów - mówi Interii Joanna Kamińska, kierownik jednego z ośrodków wypoczynkowych w Bieszczadach. 

Dobrze pamięta ruch, jaki miała w poprzednim sezonie. Obłożenie cały czas oscylowało w graniach 80 proc. Na stołówce brakowało miejsca. - Przyjechało bardzo dużo rodzin z dziećmi, którzy korzystali z bonu turystycznego - tłumaczy. 

Teraz w Bieszczadach wszyscy powtarzają to samo: mało turystów. 

- Nie tyle wojna jest problemem, co kwestie finansowe. Tak przynajmniej mówią turyści. Obiekty podniosły ceny, bo wszystko podrożało. Sama musiałam zmienić ceny o około 20 proc. Teraz staramy się stosować weekendowe zniżki, żeby przyciągnąć turystów. Nie liczymy na zysk, ale na przeżycie. Prognozy nie są dobre, nie wiemy, co będzie - kwituje. 

Czytaj także: Wakacje 2022. Carpe diem - lecimy, choć nie znamy przyszłości

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy