Reklama

Reklama

Polska w NATO. Czy możemy czuć się bezpiecznie?

Chełmno, Ćwiczenia Anakonda-16 /Łukasz Piecyk /Reporter

Dziś w Warszawie rozpoczyna się szczyt NATO. Do stolicy przybyło 18 prezydentów, 21 premierów, 41 szefów dyplomacji i 39 ministrów obrony. Przy tej okazji pochylamy się nad obawą wielu Polaków i zadajemy jedno z najbardziej podstawowych pytań – czy dzięki naszej obecności w Sojuszu możemy czuć się bezpieczni?

Pod koniec ubiegłego roku TNS Polska na zlecenie Ministerstwa Obrony Narodowej badał opinie Polaków na ten temat. Aż 70 proc. ankietowanych stwierdziło wówczas, że nasza obecność w Sojuszu ma wpływ na zwiększenie bezpieczeństwa kraju. Z kolei działalność NATO w zakresie utrzymywania pokoju i zapobiegania konfliktom zbrojnym na przestrzeni ostatnich kilku lat została oceniona pozytywnie przez 2/3 Polaków.

Reklama

Choć w zdecydowanej mniejszości, w sondażu pojawiły się też odmienne głosy. Obawa, czy aby na pewno Sojusz jest w stanie zapewnić nam bezpieczeństwo, wciąż istnieje. Czy rzeczywiście Polska, jako frontowy kraj NATO ma się czego obawiać?

Z prawnego punktu widzenia, gwarancję bezpieczeństwa dla każdego z sojuszników stanowi art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego. "Strony zgadzają się, że zbrojna napaść na jedną lub kilka z nich w Europie lub Ameryce Północnej będzie uważana za napaść przeciwko nim wszystkim; wskutek tego zgadzają się one na to, że jeżeli taka zbrojna napaść nastąpi, każda z nich, w wykonaniu prawa do indywidualnej lub zbiorowej samoobrony, uznanego przez Artykuł  51 Karty Narodów Zjednoczonych, udzieli pomocy stronie lub Stronom tak napadniętym, podejmując natychmiast indywidualnie i w porozumieniu z innymi Stronami taką akcję, jaką uzna za konieczną, nie wyłączając użycia siły zbrojnej, w celu przywrócenia i utrzymania bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego" - brzmi fragment dokumentu.

Wówczas NATO przestałoby istnieć

- Wczytując się w Traktat widzimy, że nie ma w nim automatyzmu w udzielaniu pomocy. Pozostałe państwa Sojuszu mają udzielić wsparcia - środkami jakie uznają za stosowne. Może to być pomoc militarna, ale nie musi. Tak więc każde zagrożenie musi zostać poddane politycznej ocenie. Dopiero po tym uruchamiane są konkretne procedury - wyjaśnia dr hab. Jacek Barcik ekspert ds. bezpieczeństwa z Katedry Prawa Międzynarodowego Publicznego i Prawa Europejskiego Uniwersytetu Śląskiego.

Jak podkreśla, w przypadku zagrożenia dla Polski, kluczowa byłaby jego percepcja przez inne państwa Sojuszu. - Ale wątpię, by w przypadku konfliktu, to spojrzenie na sprawę było inne niż nasze - przekonuje.

- Nie zapominajmy, że NATO nie jest wyłącznie wspólnotą obronną, ale także wspólnotą wartości. Gdyby nie wywiązało się ze swoich obietnic oznaczałoby to, że jako sojusz przestaje istnieć,  bo traci sens istnienia - tłumaczy.

Dystrybucja lęków - zadanie rosyjskiej propagandy

Na szczycie w Newport ustalono, że NATO ma być w stanie w ciągu 48 godzin wysłać na teren dotknięty kryzysem 5 tys. przygotowanych do akcji żołnierzy. Przyjęty w 2012 roku plan Responsce Force, zakłada, że w ciągu kolejnych dni (maksymalnie miesiąca) na teren konfliktowy trafi do 25 tys. żołnierzy.

- Polska jest bezpieczna, bo Rosja ma świadomość różnicy potencjałów. Już porównując potencjał militarny Rosji i USA, bilans wypada na niekorzyść Rosji, a dysproporcje zwiększają się, jeśli dodamy potencjał Europy Zachodniej. Mając świadomość tych różnic, Rosja nie odważy się zaatakować, bo w totalnej konfrontacji nie ma szans z armią NATO - przekonuje Marcin Ogdowski, reporter wojenny.

Z zarzutem blankietowości ochrony zapewnianej nam przez Sojusz spotkał się nie raz.

- Wielu Polaków wciąż boi się, że NATO nas zostawi, co wynika z naszych historycznych doświadczeń. Przekonanie, że Sojusz nas nie obroni, jest również pokłosiem działań rosyjskiej propagandy, która postawiła sobie za zadanie dystrybuowanie podobnych lęków - wyjaśnia.

W jego ocenie, problem rozwiązałaby stała obecność wojsk Sojuszu na terenie naszego kraju i sprowadzenie do Polski ciężkiego sprzętu, gotowego do użycia w każdej chwili (proponowany póki co wariant baz logistycznych nie zawiera takiej możliwości).

Stała rotacyjna obecność w Polsce

Z informacji przekazywanych przez najwyższych przedstawicieli NATO, jak i polskie władze wynika, że podczas warszawskiego szczytu zostanie formalnie potwierdzona decyzja o wysłaniu czterech batalionów bojowych do Polski i trzech krajów bałtyckich (Łotwy, Litwy, Estonii), by wzmocnić wschodnią flankę. Wojska Sojuszu będą stacjonować na zasadzie stałej rotacyjnej obecności. Co to oznacza? Do tej pory wojsko przyjeżdżało i wyjeżdżało, nie było stałej liczby żołnierzy z krajów natowskich, która by stacjonowała cały czas w Polsce. Warszawski szczyt ma to zmienić. Żołnierze wyjeżdżający będą natychmiast zastępowani przez kolejnych.

Nasze apetyty były o wiele większe.

- Starania zmierzały do tego, by w Polsce stacjonowały dwie ciężkie brygady armii USA, czyli 8 tys. żołnierzy. Warszawski szczyt zatwierdzi formalnie obecność jednego batalionu, czyli około tysiąca żołnierzy - przypomina Marcin Ogdowski.

Konieczne sojusze

- W dzisiejszej rzeczywistości, kiedy źródła zagrożeń są bardzo złożone - myślę tu m.in. o wojnie hybrydowej czy cyberatakach - można postawić tezę, że żadne państwo nie jest w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwa na własną rękę. Jesteśmy więc zdani na współpracę sojuszniczą - stwierdza dr Barcik.

Wystarczy spojrzeć na liczby. NATO ma do dyspozycji ponad 3,5 mln żołnierzy - Polaków jest w tym gronie 96 tysięcy. Pod względem liczebności, spośród 28 armii państw NATO, plasujemy się na 8. pozycji - informuje Ministerstwo Obrony Narodowej. A to jedynie zasoby ludzkie. Nasz wkład okazuje się jeszcze mniejszy, gdy spojrzymy na potencjał techniczny wojska, które w swoich zasobach posiada jeszcze wiele przestarzałego sprzętu.

Tego nowoczesnego jest na tyle dużo, że w międzynarodowych rankingach Wojsko Polskie lokuje się między 18. a 20. miejscem pośród wszystkich armii świata. - Rzecz jednak w tym, że armia rosyjska - dla której w ramach naszych sojuszy staramy się zbudować przeciwwagę - jest w tych zestawieniach na miejscu trzecim (po USA i Chinach). A w liczbie czołgów stanowi absolutną światową potęgę - ma ich 28 tysięcy. Dla porównania trzon naszej armii - wojska lądowe - liczą w tej chwili 47 tys. żołnierzy. Dwie trzecie z nich służy w jednostkach liniowych. Stwierdzenie, że na każdego polskiego piechura Rosjanie mają swój czołg, nie będzie więc nadużyciem - przekonuje Marcin Ogdowski.

Na taki konflikt NATO musi być gotowe

Czy jednak może powtórzyć się sytuacja z września 1939 r., kiedy w obliczu obcej agresji, polscy sojusznicy zawiedli, nie udzielając pomocy militarnej?

- Wydaje się to wątpliwe, i to z kilku przyczyn. Żyjemy współcześnie w zupełnie innej epoce. Nie wystarcza porównywanie samych potencjałów militarnych NATO i Rosji, gdyż istnieje nadal, znana z zimnej wojny, równowaga strachu wynikająca z posiadania broni atomowej. Powoduje to, że klasyczny konflikt zbrojny, zakładający zmasowaną agresję obcych wojsk jest mało prawdopodobny. Ponadto, w przeciwieństwie do czasów minionych wojny nie toczą się już tylko o terytorium. Jaki sens miałoby opanowanie wrogiego terytorium, które potem dużym nakładem sił i środków należałoby utrzymywać? Środki prowadzenia wojen w stosunkach międzypaństwowych są współcześnie bardzie wysublimowane i wiążą się z tzw. wojną hybrydową. Dobitnie udowadnia to konflikt na Ukrainie. Przede wszystkim na ewentualność takiego konfliktu musi być gotowe tak NATO, jak i Polska, budując swój potencjał odstraszania - stwierdza dr hab. Barcik.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama