Reklama

Reklama

Konflikt na linii USA-Iran. "Spodziewam się kolejnych ataków"

Protest przeciwko zabójstwu Sulejmaniego /Fatemeh Bahrami/Anadolu Agency /Getty Images

Operacja "Męczennik Sulejmani" miała być sygnałem, że Teheran zawsze jest gotowy reagować. Myślę jednak, że prawdziwa odpowiedź ze strony Iranu dopiero nadejdzie - mówi Interii dr Bartosz Bojarczyk z UMSC, specjalizujący się w stosunkach międzynarodowych na Bliskim Wschodzie.

Jolanta Kamińska, Interia: Kto odpowiada za aktualną eskalację konfliktu na linii USA-Iran?    

Reklama

Dr Bartosz Bojarczyk, Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej: - Nie mam wątpliwości, że Amerykanie. Atak rakietowy na irańskich oraz irackich funkcjonariuszy państwowych był absolutnie nielegalny. Przeprowadzono go na terytorium Iraku, bez jakiejkolwiek zgody tego państwa. Po drugie, jest to pewnego rodzaju precedens.   

Dlaczego?   

- Działania militarne Iranu, które godzą w bezpieczeństwo USA, czy może personelu amerykańskiego są "normalne" z perspektywy tego, co dzieje się na Bliskim Wschodzie. Przypomnijmy, że USA uznały, że to Teheran odpowiada za niedawny atak na bazę wojskową w pobliżu miasta Kirkuk na północy Iraku, w którym zginął amerykański najemnik, a kilku zostało rannych. USA obarczały winą szyicką milicję Kataib Hezbollah i przeprowadziły naloty na związane z tą organizacją cele. Zabicie Kasema Sulejmaniego również było odwetem. Uważam jednak, że środki zastosowane przez Amerykanów były niewspółmierne do tego, co zrobił Iran. Po raz kolejny USA zachowały się nieracjonalnie.    

Pan mówi: zginęli funkcjonariusze państwowi, w tym irański generał. Trump mówi o nim tak: zabiliśmy terrorystę.    

- Definicja terroryzmu jest szeroka i często wykorzystywana partykularnie. USA zabiły generała irańskich sił zbrojnych na terytorium Iraku. Kasem Sulejmani był odpowiedzialny za różnego rodzaju legalne i nielegalne działania, ale takie same osoby działają w USA, Rosji, Turcji czy Izraelu. Dlatego trudno mi się zgodzić z narracją "terrorysta". Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej, do której należał Sulejmani został przez USA uznany za siły terrorystyczne, co nie jest generalnie akceptowane przez wszystkich głównych aktorów międzynarodowej areny.   

To pierwszy przypadek wpisania przez USA sił zbrojnych innego państwa na listę ugrupowań terrorystycznych. 

- W odpowiedzi, kilka dni po ataku na Sulejmaniego, parlament Iranu przyjął ustawę uznającą armię amerykańską i cały Pentagon za organizację terrorystyczną. Prawda jest taka, że prawo międzynarodowe nie wypowiada się na ten temat. Rada Bezpieczeństwa ONZ nie uznała Strażników Rewolucji za organizację terrorystyczną. Jak widać, wszystko zależy od tego, kto kreuje definicję terroryzmu.   

Dlaczego, pana zdaniem, USA za cel wzięło właśnie Kasema Sulejmaniego?  

- Sulejmani był najważniejszym dowódcą, jeśli chodzi o prowadzenie wojny hybrydowej poza granicami Iranu. To nie ulega wątpliwości. Ale był jedynie funkcjonariuszem, osobą wymienialną. Jako funkcjonariusz irańskiego reżimu działał na podstawie mandatu nadanego mu przez ten reżim. Jego zabicie nic nie zmieni w polityce zewnętrznej kreowanej przez Teheran. 

Iran odpowiedział na to morderstwo atakiem na dwie amerykańskie bazy w Iraku - Al Asad oraz lotnisko wojskowe w Irbilu. Przyznał się do niego Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej. Czy ten ruch będzie eskalował konflikt? 

- Iran musiał zareagować, inaczej straciłby twarz. Brak wyraźnej odpowiedzi na zabicie Sulejmaniego byłby przyjmowany jako słabość, nie tylko przez Amerykanów, ale przede wszystkim przez sojuszników Iranu w regionie. Cieszę się, że ta odpowiedź militarna miała taki charakter, bo Iran ostrzelał rakietami dwie bazy, które były na to przygotowane. Amerykanie brali je pod uwagę jako jedne z pierwszych celów.   

Choć irańska propaganda sugerowała, że zginęło 80 "amerykańskich terrorystów", USA potwierdziły, że nikt nie ucierpiał. 

- To oznacza, że Iran odpowiedział bardzo powściągliwie, by nie eskalować konfliktu. Najważniejsze, że nie ma ofiar, a cele były przewidywalne. Na atak przygotowani byli nie tylko Amerykanie, ale także nasi żołnierze, bo w bazie Al Asad stacjonuje także polski kontyngent.   

Na pogrzebie generała tłumy domagały się zemsty, nieprzypadkowo cała operacja ostrzału została nazwana "Męczennik Sulejmani". Odwet był nieunikniony, ale czy na tym się skończy?   

- Iran chciał pokazać, że ma możliwości, ale jednocześnie jest w stanie powstrzymać żądzę odwetu. Niemniej jednak, spodziewam się kolejnych ataków. Uważam, że Iran poprzez swoje organizacje szyickie będzie atakował cele amerykańskie, może nie w najbliższych tygodniach, ale w nadchodzących miesiącach. Operacja "Męczennik Sulejmani" miała być sygnałem, że Teheran zawsze jest gotowy reagować. Myślę jednak, że prawdziwa odpowiedź ze strony Iranu dopiero nadejdzie.     

Czego się pan spodziewa? Irańczycy mogą dążyć do rozwijania konfliktu?   

- Iran nie jest zainteresowany prowadzeniem otwartej wojny ze Stanami Zjednoczonym, bo nie ma na to środków i po prostu nie byłby w stanie jej wygrać. Byłaby to tylko kolejna katastrofa dla gospodarki, społeczeństwa i irańskiego reżimu. Woli prowadzić wojnę hybrydową, wykorzystując pozapaństwowe, nieformalne organizacje działające w regionie. Pod tym względem jest jednym z najbardziej zaawansowanych graczy na Bliskim Wschodzie. Potencjalnie wojna hybrydowa może być groźniejsza niż konwencjonalny militarny konflikt. Nie możemy też zapominać o dążeniach nuklearnych. 

Po ataku na Sulejmaniego Iran poinformował, że nie będzie dłużej stosował się do ograniczeń nałożonych przez porozumienie nuklearne. 

- Wystąpienie Iranu z porozumienia doprowadza do bardzo niebezpiecznej sytuacji - kraj ten wznowił prace nad budową bomby nuklearnej. Nie wiem, ile czasu mu to zajmie. Natomiast nuklearny Iran zmieni kompletnie układankę geopolityczną na Bliskim Wschodzie. Pamiętajmy jednak, że to USA wystąpiły z tego porozumienia pierwsze, już w 2018 roku. 

Kiedy Stany się wycofywały, Donald Trump przekonywał: "umowa jest jedną wielką fikcją" i twierdził, że ma dowody na naruszanie przez Iran porozumienia.     

- To są wymysły prezydenta Trumpa. Porozumienie, które zostało wynegocjowane w 2015 roku także, a może przede wszystkim, przez USA, było weryfikowane przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej. Obserwatorzy międzynarodowi jednoznacznie potwierdzali, że Iran współpracuje i wypełnia postanowienia. 

Czego najbardziej obawia się społeczność międzynarodowa, zabiegając, by broń jądrowa nie znalazła się w rękach fundamentalistycznego reżimu w Teheranie?  

- Obawia się rozprzestrzenienia broni jądrowej na cały Bliski Wschód, czyli swoistego wyścigu zbrojeń. Jeśli Iran uzyska potencjał nuklearny, to będzie o to zabiegać także Arabia Saudyjska, Egipt i inne państwa. Wówczas może dojść do kolejnej eskalacji czynnika militarnego. Jeśli Iran zdobędzie broń jądrową, to Izrael przestanie być hegemonem na Bliskim Wschodzie.   

Wówczas może dojść do przetasowania sił nie tylko w regionie, ale także na świecie?   

- Jeżeli kolejne państwa poszłyby w ślady Iranu, to reżim układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej zostanie złamany, w rezultacie świat stanie się mniej bezpieczny. Obecnie dziewięć krajów posiada broń nuklearną. Jeśli większa grupa państw uzyska do niej dostęp, to jej posiadanie przestanie być dogmatem hegemonii w stosunkach międzynarodowych.

Rozmawiała: Jolanta Kamińska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy