Reklama

Reklama

Jan Piekło: Władimir Putin się przeliczył

- Putinowi nie udało się rozbić układu transatlantyckiego ani poróżnić Zachodu. Biały Dom był w stanie stworzyć silną koalicję, która mówi "nie", w odpowiedzi na rosyjskie żądania gwarancji nierozszerzania NATO. Dodatkowo Waszyngton uruchomił przeciwko Putinowi technologię dezinformacyjną stosowaną dotychczas przez Rosję - mówi Interii Jan Piekło, były ambasador Polski na Ukrainie. W jego opinii w tym momencie groźba ataku nadal istnieje, ale nie na szeroką skalę. - Musimy być czujni. Śpijmy z jednym okiem otwartym - dodaje.

Jolanta Kamińska, Interia: W co w tym momencie gra Władimir Putin?

Jan Piekło, były ambasador RP na Ukrainie: - Teraz jest trochę skonfundowany. Początkowo grał na rozbicie jedności Unii Europejskiej oraz całej społeczności transatlantyckiej. Przez moment nawet mu się to udawało, patrząc na stanowisko Berlina i Francji sprzed kilku tygodni, m.in. w kwestii Nord Stream 2, porozumień mińskich i autonomii strategicznej. Teraz widać, że Putin się przeliczył. Nie udało mu się rozbić układu transatlantyckiego ani poróżnić Zachodu. Biały Dom był w stanie stworzyć silną koalicję, która mówi  "nie", w odpowiedzi na rosyjskie żądania gwarancji o nierozszerzaniu NATO. Dodatkowo Waszyngton uruchomił przeciwko Putinowi technologię dezinformacyjną stosowaną dotychczas przez Rosję. Wypuszczono wiele kontrolowanych przecieków medialnych. Jako dzień inwazji na Ukrainę padł termin - 16 lutego. Gdyby rzeczywiście do tego doszło, to by znaczyło, że Moskwa realizuje scenariusz Waszyngtonu.

Reklama

Ujawnianie daty było elementem wojny informacyjnej?

- Tak. Widać coraz bardziej, że wojna pomiędzy Zachodem i Rosją już trwa. Na razie ma charakter wojny informacyjnej, czy cybernetycznej.

Jaki teraz jest cel Władimira Putina?

- Celem bezpośrednim wciąż jest Ukraina. Natomiast celem pośrednim jest cała wschodnia flanka NATO. Putin próbuje ją testować, zmieniając Białoruś w jeden wielki poligon dla wojsk rosyjskich. 

Słyszmy o wycofywaniu wojsk. Inwazja na szeroką skalę jest już mało prawdopodobna?

- Ten scenariusz wciąż leży na stole Putina, ale jako jeden z wielu. Uważam, że teraz Kreml będzie raczej kąsał, blokował gospodarczo, destabilizował i uruchamiał na dużą skalę swoją agenturę na Ukrainie. Spodziewam się punktowych destabilizacji i ataków militarnych. Są jednak dwie kwestie, na których Putinowi szczególnie zależy. Po pierwsze potrzebuje korytarza lądowego na Krym, by rozwiązać palący problem związany z transportem i brakiem wody pitnej na okupowanym półwyspie. Na Morzu Czarnym trwa koncentracja rosyjskiej marynarki. Uważam, że istnieje groźba ataku w tamtym rejonie. Druga kwestia to Białoruś. Putin jest zainteresowany tym, by pokazać Ukrainie i Zachodowi, że Białoruś jest lojalnym sojusznikiem Rosji. Możliwość ataku z tej strony jest sygnałem politycznym wysłanym w świat przez Putina.

Jest pan pewien, że Rosji nie uda się skutecznie zablokować drogi Ukrainy do NATO?

- Zarówno Francja jak i Niemcy były w tej kwestii dość spolegliwe. Podczas ostatniej wizyty w Niemczech kanclerz Olaf Scholz umiejętnie lawirował, przekonując Putina, że Ukraina nie wstąpi teraz do NATO. Kijów reagował na te słowa błyskawicznie, podkreślając, że nie zrezygnuje ze swoich aspiracji. Poza tym jest to wpisane w ukraińską konstytucję. Wyprawa kanclerza Niemiec do Moskwy nie zakończyła się oszałamiającym sukcesem. Dodatkowo został on postawiony w bardzo trudnej sytuacji. Akurat kiedy był w Moskwie Duma przegłosowała uchwałę o uznaniu niepodległości republik Doniecka i Ługańska.

Co oburzyło świat. Jak pan rozumie ten ruch? Dojdzie do zerwania porozumień mińskich i dalszej eskalacji konfliktu?

- Uważam, że Rosjanie chcieli w ten sposób upokorzyć kanclerza Niemiec. Tak jak udało się upokorzyć Emmanuela Macrona, kiedy nie został przywitany na lotnisku po przylocie do Moskwy. Olaf Scholz dostał prezent w postaci groźby uznania niepodległości republik Doniecka i Ługańska, co właściwe wysadza w kosmos wszystkie niemiecko-francuskie wysiłki dyplomatyczne, czyli format normandzki i protokoły mińskie. Od razu pojawiła się reakcja ukraińskiego MSZ, który zakomunikował, że uznanie tych republik jest równoznaczne z zerwaniem porozumień mińskich.

Ukraina zaznaczyła także, że uznanie przez Rosję separatystycznych republik nie będzie miało konsekwencji prawnych. A USA określiły ten gest, jako "kolejną ohydną próbę naruszenia ukraińskiej suwerenności".

- Putin do tej pory nie podpisał uchwały, a bez tego nie wejdzie ona w życie. Jednak groźba wisi w powietrzu.


Rosja zakładała kontrolowanie tych terenów, ale w formalnych granicach Ukrainy. Skąd ta nagła zmiana polityki?

- To zmiana wyłącznie taktyczna. Nie wykluczam, że na razie mogło chodzić tylko o wizytę Scholza. Ale należy zwrócić uwagę, że w ramach ewakuacji doszło do znacznego uszczuplenia personelu Specjalnej Misji Monitorującej OBWE działającej na froncie w Donbasie. Kluczowy kontyngent amerykański opuścił tamte rejony. Mamy pewną pustkę na linii frontu, którą na pewno ktoś będzie chciał wypełnić. Jeśli wypełnią ją Ukraińcy, starający się zabezpieczyć swoją granicę i interesy obywateli po ukraińskiej stronie Donbasu, Rosja potraktuje to jako prowokację wymierzoną w interesy rosyjskojęzycznej ludności Donbasu. To może być pretekst do ataku. Jeśli Ukraińcy nie wypełnią tej pustki, to zrobią to Rosjanie i efekt będzie identyczny. Tyle tylko, że z perspektywy Rosji lepiej mieć pretekst, by przerzucić winę na Ukraińców.

Na ile to możliwe, że Putin uzna niepodległość Doniecka i Ługańska?

- Odrzucenie uchwały będzie dość trudne dla rosyjskiego prezydenta. Duma przegłosowała ją ogromną większością. To wiąże się z pewnym ryzykiem politycznym dla Putina. Na tym etapie konfliktu uznanie tych republik to jedyna możliwa odpowiedź, która pomoże Putinowi zachować twarz.

Na zamieszaniu pt. "wojna" sam Putin ostatecznie zyskał, czy stracił?

- Dobre pytanie. Śledzę wydarzenia w Rosji oraz publikacje medialne i wygląda na to, że obywatele Rosji niespecjalnie są zainteresowani wojną z Ukrainą i nie chcieliby ginąć za wielką Rosję Putina. On musi się z tym liczyć. Dlatego koncepcja przeprowadzenia prowokacji przez rosyjskie służby i przypisania jej Ukrainie jest najlepszą opcją na stole. Gdyby doszło do "prowokacji ukraińskiej" wymierzonej w Donbas albo Rosję, Putin mógłby tłumaczyć społeczeństwu, że "musimy się bronić, bo Ukraińcy nas biją". Taki element rozgrywki jest możliwy. Nie wykluczam, że w przyszłości może on doprowadzić do ataku na pełną skalę, czyli wojny ukraińsko-rosyjskiej.

Ale na razie możemy spać spokojnie?

- Nie sugerowałbym, żebyśmy spali za bardzo spokojnie. Musimy być czujni. Napięcia nie dotyczą wyłącznie Ukrainy, ale także naszej wschodniej granicy, oraz naszej wiarygodności jako członka NATO i Unii Europejskiej. Śpijmy, ale z jednym okiem otwartym.

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy