Reklama

Reklama

Wakacje z prezesem nie pomogły. Marek Gróbarczyk straci posadę

Czasem nawet wspólne wakacje z prezesem PiS nie pomogą. Przekonał się o tym Marek Gróbarczyk, szef resortu gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej. Jak udało nam się dowiedzieć, jego ministerstwo przestanie istnieć. Kością niezgody wśród koalicjantów pozostaje start w kolejnych wyborach.

W środę (16 września) wieczorem w programie "Gość Wydarzeń" Polsat News Jacek Sasin, minister aktywów państwowych ujawnił, że po rekonstrukcji zostanie ok. 12-15 resortów. To efekt negocjacji, które trwają od kilku dni. I wiele wskazuje na to, że mają się ku końcowi.

Reklama

- Wszystko jest u nas (w PiS - red.) dogadane. Resortów ma być 14. Problemem są koalicjanci, którzy nie walczą o ministerstwa, ale o to, żeby być mocniejszymi po 2023 r. Tylko na tym im zależy - twierdzi jeden z polityków PiS znający kulisy rozmów najważniejszych osób w kraju.

Nasz rozmówca z Nowogrodzkiej uważa, że mniejsi koalicjanci za wysoko licytują. - Propozycja z ministrami bez teki padła ze strony PiS, a oni podali to jako swoje żądanie. Ogon merda psem. To oczywiście otwarty temat, ale oni się bardzo brzydko bawią - słyszymy.

Jak dowiedziała się Interia, znikną ministerstwo sportu, gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej czy cyfryzacji. Zgodnie z zamysłem Jarosława Kaczyńskiego działy administracji podlegające pod poszczególne resorty mają zostać podzielone lub połączone: wszystko w zależności od potrzeb. Kto odchodzi z rządu, który znamy do tej pory?

Nasi informatorzy wskazują nazwiska Marka Gróbarczyka, Danuty Dmowskiej-Andrzejuk - dotąd stała na czele resortu sportu, Marka Zagórskiego - ministra odpowiedzialnego za cyfryzację, którego działkę ma przejąć KPRM czy Jana Ardanowskiego, szefa resortu rolnictwa. Do tej pory dyskutowało się o odejściu Andrzeja Adamczyka, ministra infrastruktury, ale udało mu się obronić swoją pozycję.

Ze względu na okrojenie rządu oraz nową umowę koalicyjną po jednym ministerstwie stracą Porozumienie i Solidarna Polska. Z funkcji ustąpią więc minister nauki i szkolnictwa wyższego Wojciech Murdzek oraz szef resortu środowiska Michał Woś, jeden z zaufanych ludzi Zbigniewa Ziobry.

- Resort sportu zostanie połączony z kulturą. Edukacja z nauką, a finanse z funduszami i polityką regionalną. Podzielona zostanie żegluga. Część idzie do resortu aktywów państwowych, część do Ministerstwa Rolnictwa. Ministerstwo Klimatu i Ministerstwo Środowiska działające oddzielnie także znikną - wyjaśnia jeden z naszych informatorów znających szczegóły negocjacji.

Jarosław Gowin, w randze wicepremiera, ma zostać szefem Ministerstwa Rozwoju. Z kolei Zbigniew Ziobro pozostaje u sterów resortu sprawiedliwości. Do tego Solidarna Polska i Porozumienie mają zyskać po jednym ministrze w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Premier nie pomoże Emilewicz

Na łamach Interii pisaliśmy o tym, że w Porozumieniu jest tendencją, żeby "przeczołgać" Jadwigę Emilewicz. To ma być rewanż za próbę odbicia partii Jarosławowi Gowinowi z czasów, kiedy trwał spór o termin wyborów prezydenckich.

Do tej pory politycy PiS przekonywali, że ustępująca wicepremier jest wyłącznie problemem Porozumienia. Chociaż współpracownicy Morawieckiego patrzą na nią życzliwie, pozostają przy swoim zdaniu. Jak mówią nasi informatorzy, nie ma szans, by pozostała na stanowisku ministerialnym.  

- Był trudny moment, myśmy go nie wygrali i ona nie wygrała. Można spróbować nagradzać ją za jej pracę. Na pewno nie pozwolimy jej formalnie zrobić krzywdy, tak żeby była sekowana. Ale ministra nie da się z niej zrobić - słyszymy od jednego z polityków Zjednoczonej Prawicy.

Źródła Interii z Porozumienia wskazują jednak, że jeśli Jadwiga Emilewicz jeszcze mocniej niż dotąd wejdzie w personalny sojusz z PiS, nie ma szans na poparcie macierzystej partii w kolejnych wyborach. A o to też toczy się gra.

"Pierwsza ofiara rekonstrukcji"

Waży się także przyszłość Janusza Kowalskiego, wiceministra aktywów państwowych z Solidarnej Polski. Dlaczego? Bo kiedy Wojewódzki Sąd Administracyjny orzekł, że decyzja premiera Mateusza Morawieckiego o zleceniu przygotowań do wyborów korespondencyjnych była nieważna, ostro wypowiadał się o odpowiedzialności urzędników państwowych.

- Obowiązkiem funkcjonariusza publicznego jest przestrzeganie prawa, a nie poszukiwanie drogi na skróty - przekazał Onetowi Kowalski. Swoje słowa potwierdził później w Polsat News. W PiS odebrano to jako afront i bezpośredni atak na szefa rządu. - Solidarna Polska nie panuje nad Januszem Kowalskim. Już kiedyś coś palnął, a później miał sprostować. I nikt nie był tego w stanie na nim wymusić - denerwuje się jeden ze stronników Morawieckiego.

Jak twierdzi nasz rozmówca, "Kowalski zapłaci za swoje zachowanie". - Kto wie, czy nie stanie się pierwszą ofiarą negocjacji. Nasi posłowie nawołują, żeby wyrzucić go z partii i koalicji. Czyścił buty Tuskowi, a teraz robi z siebie obrońcę wiary - wyzłośliwia się bliski współpracownik premiera.

Ziobryści, z którymi rozmawiamy, odbijają piłeczkę. Mówią nawet o cynizmie ludzi najbliższych Mateuszowi Morawieckiemu. - W publicznych wypowiedziach wskazywaliśmy, że problemem jest WSA, a nie premier. To wyjątkowo nieuczciwe oskarżenia - twierdzi jeden z działaczy Zbigniewa Ziobry.

Listy wyborcze kością niezgody

Po majowej awanturze wyborczej, PiS odgrażał się swoim koalicjantom. W kuluarach było słychać, że w kolejnych wyborach parlamentarnych największa partia Zjednoczonej Prawicy wystartuje samodzielnie. Teraz sytuacja się zmieniła, a Jarosław Kaczyński wyciągnął rękę do swoich koalicjantów.  

- Temat list wyborczych został odsunięty w czasie. Niby wszyscy chcą, ale brakuje zaufania. Na początku mówili, że formuła się wyczerpała, a teraz chcą dogadywać listy - mówi nam jeden z koalicjantów PiS.

Z ustaleń Interii wynika, że Porozumienie i Solidarna Polska nie chcą się zgodzić na propozycje PiS, bo przy obecnej propozycji ich działacze nie uzyskaliby odpowiednich miejsc. Poza tym obawiają się, czy Jarosław Kaczyński dotrzyma słowa. - W najgorszym przypadku damy się uśpić na trzy lata, a później nie będzie po nas co zbierać - twierdzi jeden z naszych rozmówców.

W rekonstrukcyjnej układance dochodzi też sprawa ustawy o ochronie zwierząt, której sprzeciwiają się koalicjanci PiS oraz powrotu Jarosława Kaczyńskiego do rządu. Mówi się, że prezes PiS miałby objąć tekę wicepremiera. - Skończyło by to te wszystkie dywagacje na temat różnych ośrodków władzy. Zresztą pozostali liderzy Zjednoczonej Prawicy są w rządzie, a pan prezes Jarosław Kaczyński w tym rządzie nie jest - podsumował Sasin na antenie Polsat News.

Jakub Szczepański

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne