Reklama

Reklama

Paulina Kosiniak-Kamysz: 500 plus wymaga uzupełnienia

Paulina Kosiniak-Kamysz uchyla rąbka tajemnicy i zdradza, jakim tatą jest prezes PSL i kandydat ludowców na prezydenta. Opowiada m.in. o tym, skąd wzięła się słynna ksywka polityka, którą ujawniła podczas konwencji wyborczej w Jasionce pod Rzeszowem. W osobistej rozmowie z Interią żona Władysława Kosiniaka-Kamysza odpowiada również na pytanie, czy inspiruje ją Kasia Tusk. Jak twierdzi, nawet jeśli zamieszka w Pałacu Prezydenckim, wciąż będzie robiła mężowi kanapki do pracy.

Jakub Szczepański, Interia: Odpoczęła pani po sukcesie podczas konwencji w Jasionce?

Paulina Kosiniak-Kamysz, żona Władysława Kosiniaka-Kamysza, kandydata PSL na prezydenta: - Złapałam oddech, chociaż każdy, kto ma roczne dziecko wie, że odpocząć można dopiero, gdy skończy 18 lat. Przyznaję jednak: po ostatnim wywiadzie dla "Wysokich Obcasów" z drugiej połowy marca adrenalina uderzyła, ale swoje też odchorowałam. Dopadła mnie infekcja.

Nie poczuła się pani zniechęcona? Popularność męczy.

- Cieszę się, że mogłam zabrać głos na konwencji i byłam świadoma ewentualnej krytyki, a nawet fali hejtu. Nie spodziewałam się tak dużego zainteresowania, to było pozytywne zaskoczenie. Chciałam powiedzieć, jaki naprawdę jest mój mąż. Jako żona mam do tego prawo. Ale byłabym głupia gdybym myślała, że wystąpię, zamknę się w domu, a życie będzie się toczyć tak jak do tej pory.

Reklama

Karierę zrobiło określenie, którego pani użyła. Podobno wymyślone przez przyjaciół. Nie wyobrażam sobie, że do klubu parlamentarnego wchodzi na przykład Marek Sawicki i mówi do prezesa PSL: "Cześć, tygrysie".

- Pomysłodawcami jest grono krakowskich przyjaciół z lat młodości. Nawet siostra mojego męża - Kasia, była zaskoczona tym określeniem podczas konwencji. Nie wiedziała, że tak na niego mówią. Ale po konwencji w Jasionce przyjaciele chcą mu teraz zmienić ksywkę. Śmieją się, że podczas rozmów telefonicznych w autobusie czy taksówce kierowcy będą wiedzieli, o kogo chodzi.

Dlaczego "tygrys"?

- Nie mam pojęcia. Chyba ksywka zaczęła pojawiać się częściej, kiedy mąż pracował w ministerstwie (chodzi o Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, obecnie Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej - red.). Sama bym tego nie wymyśliła, do siebie mówimy inaczej.

Jak?

- Nie powiem, coś musimy zachować tylko dla siebie. Wiemy, gdzie postawić tę granicę. Nie zdradzę, w jaki sposób się do siebie zwracamy. Absolutnie nie mówi do mnie "tygrysico".

Zapewnia pani, że nie konsultuje się ze sztabem męża. Ta rozmowa nie będzie autoryzowana?

- Jeśli będzie autoryzowana to przeze mnie. Sztabowcy nie dotykają moich rozmów, pracują dla męża, a nie dla mnie. Jestem dorosła i wiem, co mówię. Prawdą jest, że nawet Władek nie wiedział, co powiem podczas wystąpienia w Jasionce. Obiecałam mu, że powiem samą prawdę i tak było. Swój program też układałam kilka miesięcy. Sama.  

Pani jest chyba jedyną kandydatką na pierwszą damę, która mówi o własnym programie.

- Skoro zabieram głos, powinnam mieć coś do przekazania. Od lat angażuje się w pomoc słabszym, wolontariat czy działalność charytatywną. Mój tata od dwóch dekad prowadzi fundację dla osób niepełnosprawnych, wakacje zawsze spędzaliśmy na pomaganiu, organizacji festynów. W latach 90. trzeba było wyżebrać dla fundacji każdą złotówkę, nie było żadnych dotacji. Nie potrafiłabym siedzieć z założonymi rękami. Jeśli ktoś mnie dobrze zna, wie, że nie robię niczego pod publikę.

Sztabowcy męża nie boją się, że powie pani za dużo?

- Mąż mówi, żebym zawsze była sobą. Absolutnie każdy ma prawo do przedstawiania swojej opinii, jeśli podpisze się pod nią swoim imieniem i nazwiskiem. Na pewno nikt ze sztabu Władka nie rwie sobie z mojego powodu włosów z głowy.

Na pewno? Mąż jest teraz numerem dwa w sondażach.

- Dla mnie jest zawsze numerem jeden! Gdybym miała patrzeć na życie pod względem PR-u, w końcu bym oszalała. Przestałabym być sobą. Nikt nie mówi mi, jak mam się ubierać czy co mam mówić. Dowód? Dokładnie tak jak podczas konwencji w Jasionce byłam ubrana na rodzinnej wigilii.

Dlaczego żona kandydata na prezydenta powinna być aktywna?

- Kiedyś oglądałam szczyt G8 (grupa państw najważniejszych pod względem gospodarczym - red.), wtedy coś mnie tknęło. Wszystkie pierwsze damy, pięknie ubrane, zwiedzały okoliczne miejscowości. Zastanawiałam się, dlaczego nie chciały zabrać głosu. Skoro ich mężowie debatują w najważniejszych sprawach, też powinny dać dobry przykład. We dwoje można zrobić co najmniej dwa razy więcej niż w pojedynkę.

Zamieszcza pani sporo zdjęć w mediach społecznościowych. Inspiruje się pani Kasią Tusk albo innymi celebrytkami z pogranicza polityki? Jesteście koleżankami?

- Kilka osób z showbiznesu było moimi pacjentami. Jednak ze względu na tajemnicę dokumentacji medycznej nie mogę zdradzić nazwisk. Podziwiam te dziewczyny, bo ze względu na swoją popularność mogą zabrać głos w ważnych sprawach. Tym bardziej, że wiele Polek się na nich wzoruje. Blogi takie jak Kasi Tusk bardzo mi się podobają, ale nie będę nikogo naśladować.

Politycy PiS wskazywali złośliwie, że byłaby pani lepszą kandydatką na prezydenta niż mąż.

- Ryszard Terlecki napisał tak na Twitterze. Chyba powinien sprawdzić najpierw, kiedy się urodziłam. Ani ja, ani moi rówieśnicy z roku 1988 nie mogą startować w tych wyborach (kandydaci na prezydenta muszą mieć m.in. ukończone 35 lat - red.). Zresztą, nigdy nie miałam takich zamiarów. Wystarczy nam polityków w rodzinie: tata, teść i mąż.

Jest pani za związkami partnerskimi, ale nie podoba się pani adopcja dzieci przez pary homoseksualne. Jak to w końcu jest?

- W Polsce, kiedy mówimy o związkach partnerskich, większość osób myśli o parach homoseksualnych, chociaż to pojęcie dotyczy także heteroseksualistów. W rozmowach na ten temat myślę raczej o tych ostatnich. Jednak denerwują mnie podobne dyskusje, skoro prawo adopcyjne nie działa u nas, jak należy. Małżeństwa, które na to zasługują, mają problemy, żeby adoptować dzieci. Zajmijmy się najpierw najprostszymi sprawami, bo trzeba je załatwić.  

W Sejmie projekty ustaw dotyczące dzieci uczestniczących w polowaniach oraz zakazu aborcji. Co pani na to?

- Trudno mi uwierzyć w pomysł, żeby dzieci mogły brać udział w polowaniach. Niełatwo było mi zrozumieć, że posłowie będą się zajmować zakazem aborcji, kiedy Polacy drżą o bliskich. Sama boję się o Zosię, o męża. Na Instagramie czy Facebooku dużo osób do mnie pisze: ludzie tracą pracę, bliskich. Jestem zwolenniczką kompromisu aborcyjnego. A jeśli mamy podejmować decyzje to wspólnie, w specjalnym Dniu Referendalnym. Zawsze denerwowało mnie, że o problemach kobiet i aborcji mówią sami mężczyźni.

Skrytykowała pani 500 plus, od razu zaatakowały panią prorządowe media.

- Każdy rodzic wie, ile kosztuje wychowanie dziecka. Sami pobieramy świadczenie, nie jestem hipokrytką. Korzystam z kosiniakowego (świadczenie rodzicielskie w kwocie 1000 zł - red.), jestem na rocznym urlopie rodzicielskim. Powiedziałam, że 500 plus nie załatwia sprawy w całości. To dobre rozwiązanie, ale wymaga uzupełnienia. Jeśli damy rodzinie 500 zł miesięcznie, nie zacznie się rodzić więcej dzieci.

"Dzieci nauczymy wierzyć, ale nie chodzić do kościoła" - powiedział pani Władysław Kosiniak-Kamysz. Ujawnianie takich rozmów nie szkodzi politykowi, który chce uchodzić za chadeka?

- To najlepszy dowód na to, że zawsze mówię to, co myślę, a nie to, co wypada powiedzieć. Mąż właśnie tak powiedział. I to jeszcze zanim Zosia przyszła na świat. Kiedy przeczytał to zdanie w wywiadzie, naprawdę się wzruszył. Nie chodziło o to, że nie będziemy chodzić do kościoła, bo robimy to co tydzień. Nawet księża wypowiadają się w różny sposób, więc nie sądzę, żeby takie słowa miały zaszkodzić.

Jakim tatą jest Władysław Kosiniak-Kamysz?

- Najlepszym! Kiedy ostatnio patrzyłam, jak jedli razem z Zosią, bardzo się wzruszyłam. Cieszą nas najprostsze, codzienne chwile, bo nie mamy ich razem wiele. Nauczyliśmy się cenić wspólne śniadania, spacery, to, jak leżymy we troje dłużej w łóżku. Zosia uwielbia Władka, nie ma jeszcze roku, a mówi już "tata". Powiedziała to szybciej niż "mama". Bardzo chciałam, żeby tak było.  

Uzupełniacie się państwo jako rodzice?

- Zdecydowanie, mąż jest bardziej stonowany. Zosia raczkuje, a kiedy się uderzy, od razu bym jechała do lekarza. Tak było przy pierwszym katarze. A Władek zawsze mnie uspokaja, jest moim dobrym duchem. Dzwoni kilka razy dziennie, pisze. Jest zawsze z nami, chociaż fizycznie to nie zawsze możliwe. Zwłaszcza w dobie koronawirusa.

Nie boi się pani, że Władysław Kosiniak-Kamysz będzie walczył z epidemią jako lekarz?

- Chociaż z wykształcenia jestem dentystą to także lekarzem. Uważam, że takie jest nasze powołanie. Zdaję sobie sprawę z zagrożenia, ale po to kończyliśmy studia medyczne, żeby działać w takich sytuacjach. Jestem dumna, że nie chowa się po kątach. Ma jednak swoje zobowiązania. Jeśli się za coś bierze, to chce robić to dobrze. Nawet sałatkę jarzynową na święta kroi z chirurgiczną precyzją.

Nie ma mowy o rezygnacji z wyborów prezydenckich?

- To wyraz odpowiedzialności. Władek lubi dokończyć coś, co już zaczął. Zresztą, jeśli wybory odbędą się w maju, sama wezmę w nich udział. Niezależnie od tego czy korespondencyjne, czy bezpośrednio. Nie pochwalam terminu 10 maja, ale głosuję zawsze. To mój obowiązek obywatelski. Jeśli nie oddajemy głosu, zyskuje strona przeciwna.

W Pałacu Prezydenckim, jeśli wygracie, będzie pani nadal robić kanapki mężowi?

- Oczywiście, bo nie zamierzamy się zmieniać. Normalność przede wszystkim, zwłaszcza w domu. Mąż jest zwolennikiem klasycznych smaków, chociaż staram się mu bilansować dietę. Przymierzam się do pieczenia chleba, Władek uwielbia bardzo ostry chrzan, upomina się o warzywa. Lubi też nabiał. Podobnie jak Zosia. Oboje jedzą zdrowo, ale niewymagająco.

Jakub Szczepański

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy