Reklama

Reklama

Państwowa Inspekcja Pracy musi zapłacić za nieprawidłowe zwolnienie

Jak ustaliła Interia, asystentka byłego szefa Państwowej Inspekcji Pracy Wiesława Łyszczka wywalczyła odszkodowanie w rzeszowskim sądzie. Chociaż Sekcja Kontroli Wewnętrznej Głównego Inspektoratu Pracy wykazała, że Iwona Hadacz m.in. antydatowała dokumenty, prowadziła własną działalność bez zgody przełożonych oraz naruszała regulamin wynagradzania, kobieta ma otrzymać 40 tys. zł odszkodowania. Wszystko przez... wadliwie dostarczone wypowiedzenie.

Wiesław Łyszczek pożegnał się z PIP we wrześniu 2020 r. po serii głośnych tekstów, jakie publikowaliśmy w Interii. Pisaliśmy o niegospodarności, nepotyzmie czy nagrodzie w kwocie 20 tys. zł, którą urzędnik przyznał sam sobie. Jak przekazaliśmy, były szef PIP do ostatniej chwili walczył też o swoich najbliższych współpracowników. Do tego grona zalicza się była asystentka Łyszczka.

Kiedy główny inspektor pracy ustępował z urzędu, Iwona Hadacz była wicedyrektorem Departamentu Kadr i Szkoleń w Warszawie. Pod koniec urzędowania Łyszczka mianowano ją jeszcze nadinspektorem pracy. Zapadła też decyzja o przeniesieniu urzędniczki do Okręgowego Inspektoratu Pracy w Rzeszowie. Pensja? Miała sięgać nawet 13 tys. zł. Po tym jak nagłośniliśmy sprawę w Interii, nowe kierownictwo PIP zdecydowało się powołać specjalny zespół kontrolny, a decyzje w sprawie Hadacz miały zostać cofnięte.    

Reklama

Robert Pietrzak z Sekcji Kontroli Wewnętrznej oraz Dariusz Mińkowski - zastępca Wiesława Łyszczka, który po dziś dzień pozostaje na swoim stanowisku - przygotowali specjalny raport mający obnażyć grzechy z lat 2017-2020. Jak podają nasze źródła, dokument został ukończony już przed dwoma laty, w połowie października. Główna inspektor pracy Katarzyna Łażewska-Hrycko wciąż nie chce go ujawnić ani posłom, ani opinii publicznej. Jak jednak ustaliliśmy, ze sprawozdania korzystał już rzeszowski sąd, który zdecydował, że Iwonę Hadacz zwolniono w nieprawidłowy sposób.    

Sprawa wygrana w 50 proc.

Iwona Hadacz poszła do sądu na początku stycznia 2021 r. Domagała się przywrócenia do pracy oraz zasądzenia wynagrodzenia za czas, w którym pozostawała bez źródła dochodu. Argumentowała, że "nie otrzymała w żadnej formie wypowiedzenia umowy o pracę", a dostarczono jej jedynie świadectwo pracy. Jak stwierdził rzeszowski sąd rejonowy, świeżo upieczona nadinspektor miała rację.  

Kobieta pozostawała formalnie na zwolnieniu, a PIP nie potrafił skutecznie wręczyć jej wypowiedzenia. Inspekcję zgubiły przepisy covidowe, które stanowią, że nieodebranych pism nie można uznać za doręczone. Co więcej, urząd kierowany obecnie przez Katarzynę Łażewską-Hrycko, nie potrafił się skonsultować z NSZZ Solidarność, do którego należała była asystentka Łyszczka.   

"Z tych przyczyn zarzuty powódki, co do prawidłowego z przyczyn formalnych rozwiązania stosunku pracy należało uznać za zasadne. Jednakże, aby dokonać oceny żądania powódki niezbędne jest także odniesienie się do przyczyn rozwiązania stosunku pracy z mianowania" - czytamy w uzasadnieniu wyroku sądu, do którego dotarła Interia.

A dalej: "Okoliczności ustalone w toku postępowanie dotyczące procesu przeniesienia powódki do pracy na stanowisku nadinspektora pracy, budzące zastrzeżenia etyczno-moralne w ocenie sądu nie dają podstawy do przywrócenia powódki do pracy". O co chodzi?

Z materiałów sądu, do których dotarliśmy, wynika, że była asystentka Wiesława Łyszczka przygotowywała dokumenty we własnej sprawie i naruszyła regulamin wynagradzania obowiązujący w PIP w zakresie przekroczenia wysokości wynagrodzenia zasadniczego oraz łącznej kwoty dodatku służbowego i kontrolerskiego na stanowisku nadinspektora. Słowem: zarabiała więcej niż okręgowy inspektor pracy w Rzeszowie. Sąd przyznał też, że Iwona Hadacz, bez zgody przełożonych, prowadziła działalność gospodarczą.

Izabela Katarzyna Mrzygłocka, wiceszefowa Rady Ochrony Pracy z PO nie kryje oburzenia w związku z zasądzonym odszkodowaniem: - To jest jakiś skandal. Inspekcja powinna wzorcowo znać przepisy, zwłaszcza dotyczące zwalniania pracowników ze względu na służbowe naruszenia - usłyszała Interia.

"Państwo w państwie"

Ujawnienie grzechów Iwony Hadacz nie byłoby pewnie możliwe, gdyby nie raport z 2020 r., który zalega w Głównym Inspektoracie Pracy. Chociaż miał być ujawniony już dawno temu, wciąż nie mają do niego dostępu ani posłowie, ani dziennikarze, ani opinia publiczna.

- Jego ujawnienia najpewniej nie chce Dariusz Mińkowski, zastępca głównej inspektor pracy Katarzyny Łażewskiej-Hrycko - mówi nam jeden z inspektorów. - Prawdopodobnie znajdują się tam materiały, które obciążają również jego. Chociaż jest jednym z twórców raportu, współpracował z Wiesławem Łyszczkiem i zachował stanowisko - dodaje.

O raporcie PIP mówili ostatnio w Sejmie posłowie opozycji. - PIP wykonująca swoje czynności związane z prawem pracy sama wewnętrznie winna być instytucją, co do której nie istnieje choćby cień wątpliwości dotyczący jej funkcjonowania. (...) Wszelkie informacje, które wzmiankują o wynikach kontroli wewnętrznej, wskazują na istnienie szeregu nieprawidłowości - grzmiał Tomasz Kostuś z PO.

Polityk opozycji mówił o potwierdzaniu nieprawdy w dokumentach, omijaniu procedur naboru czy fałszowaniu procedury podróży służbowych. - Zasadne jest, by dokument wewnętrzny, jakim jest raport z sekcji kontroli wewnętrznej, został udostępniony Wysokiej Izbie, gdyż wyłącznie jego upublicznienie pozwoli na przedstawienie prawidłowego obrazu funkcjonowania PIP - przekonywał Kostuś.

Izabela Katarzyna Mrzygłocka przypomina argumentację urzędników Katarzyny Łażewskiej-Hrycko, którzy przez całe miesiące twierdzili, że sprawozdanie dotyczące nieprawidłowości należy dokończyć: - Skoro sąd posługuje się raportem to znaczy, że raport został sporządzony i powinien zostać nam przedstawiony. Natomiast nikt nie może go otrzymać. To dokument widmo, który trafił do szuflady - nie kryje posłanka PO.

Wygląda na to, że cierpliwość zaczyna się kończyć nawet posłom PiS. Politycy Zjednoczonej Prawicy coraz bardziej niechętnie patrzą na własną nominatkę, którą na stanowisku głównego inspektora pracy promował Piotr Duda, szef NSZZ Solidarność. - To zaczyna wyglądać jak jakieś państwo w państwie - mówi nam jeden z polityków PiS należących do Rady Ochrony Pracy, który nie chce ujawniać swojego nazwiska.  

Wyrok rzeszowskiego sądu nie jest prawomocny. Państwowa Inspekcja Pracy zapowiada apelację, ale nasze źródła powątpiewają w skuteczność tego zabiegu. 

Jakub Szczepański

Reklama

Reklama

Reklama