Reklama

Reklama

Maciej Zaborowski, pełnomocnik Daniela Obajtka: Pracujemy także dla polityków PO

Maciej Zaborowski z Kancelarii Kopeć & Zaborowski, który reprezentuje wielu polityków PiS, a ostatnio też prezesa Orlenu Daniela Obajtka, zapewnia, że nie pomaga wyłącznie działaczom partii rządzącej. - Pracujemy też dla licznych polityków opozycji, w tym PO - powiedział Interii adwokat. Ujawnia, dlaczego prezes Orlenu zdecydował się pokazać dziennikarzom dokumenty dotyczące swojego majątku i zdradza, czy w jego opinii kontrola służb będzie wiarygodna. Mówi też, dlaczego sprawa syna Beaty Szydło jest dla niego wyjątkowa i czy występuje konflikt interesów, kiedy przed sądem reprezentuje Zbigniewa Ziobrę.

Jakub Szczepański, Interia: Zgodzi się pan z określeniem "mecenas do zadań specjalnych PiS"?

Maciej Zaborowski, Kancelaria Kopeć & Zaborowski, pełnomocnik Daniela Obajtka: - Życie jest bardziej skomplikowane, niż wielu by chciało. W wielu przypadkach naszymi klientami są politycy, dziennikarze i tzw. celebryci. Przecież zajmujemy się prawem prasowym oraz dobrami osobistymi. Nie mogę podać nazwisk, bo te sprawy nie mają charakteru medialnego, jednak pracujemy też dla licznych polityków opozycji, w tym PO. Nie ma w tym nic dziwnego, bo kancelarii zajmujących się prawem prasowym i dóbr osobistych jest na rynku mniej więcej pięć. To oczywiście prawda, że sprawy głośne medialnie dotyczą przedstawicieli władzy.

Reklama

Bo rządzą?

- Nie będę zaprzeczał. W życiu i usługach, ale też marketingu prawniczym, nie możemy się reklamować. Kolejni zadowoleni klienci polecają nas kolejnym osobom...

...Beata Szydło dzwoni na przykład do Daniela Obajtka i proponuje mu mecenasa Macieja Zaborowskiego?

- Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, ale - prawdę mówiąc - nie wiem. Co do zasady, właśnie w ten sposób adwokaci pozyskują kolejnych klientów: ludzie zadowoleni z naszej pracy polecają nas kolejnym. Dotyczy to zarówno dziennikarzy jak i polityków. Jeśli chodzi o moją karierę, w jakimś stopniu jest ona związana z prawicą. Proszę jednak zwrócić uwagę na mało znany epizod.

Jaki?

- Zanim zacząłem pracę w Ministerstwie Sprawiedliwości organizowałem kampanię na prezydenta m. st. Warszawy Julii Piterze. Co prawda nie była jeszcze wtedy związana z PO, ale została później czynnym politykiem. Jestem osobą bardzo aktywną społecznie. Od najmłodszych lat wspierałem Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, grałem na skrzypcach, malowałem, byłem w harcerstwie, czy działałem w licznych organizacjach pozarządowych. Robiłem tysiąc różnych rzeczy i poznałem w tym czasie mnóstwo ludzi z najróżniejszych kręgów. Z lewicy, z PO, z PiS. Dla mnie, jako adwokata, przynależność polityczna nie ma najmniejszego znaczenia. Poza sprawami z zakresu prawa prasowego, zajmujemy się sprawami karnymi i reprezentujemy ludzi, którzy po prostu potrzebują pomocy. W powszechnym mniemaniu chodzi o przestępców, chociaż często to określenie krzywdzące.

Jako adwokat nie obawia się pan łatki, politycznego szufladkowania?

- Życie nauczyło mnie, że jako ludzie potrzebujemy pewnego szufladkowania. Możliwe, że nawet tak się stało, natomiast nie ma to nic wspólnego z prawdą.

Zdecydowaliście się z pańskim klientem pokazać dokumenty finansowe dziennikarzom. Wcześniej prezes Orlenu nie był skory do takiego kroku. Skąd ta decyzja?

- Daniel Obajtek, tak jak każdy inny obywatel, ma prawo do prywatności. Jednocześnie podkreślał, że w tej sprawie nie ma nic do ukrycia. Mówimy jednak o okresie 22 lat. Nie wiem czy pan byłby w stanie, w ciągu kilku dni, wyciągnąć wszystkie dokumenty dotyczące własnego majątku, pożyczek czy kredytów. Ja nie, chociaż jestem uporządkowanym człowiekiem. Mnie zajęłoby to co najmniej tydzień, jeśli nie dłużej.

Graliście na zwłokę?

- Czas był nam potrzebny na zgromadzenie materiałów, od początku podkreślałem, że nie wykluczamy ich publikacji. Przekażemy je także do CBA. Nie godzimy się natomiast na publiczny lincz w wykonaniu "Gazety Wyborczej". Jedynie merytoryczne zapoznanie się mediów z dokumentami i skonfrontowanie tego z rzeczywistością, pozwoli tę sprawę wyjaśnić.

ZOBACZ: Daniel Obajtek ujawnił swoje finanse

Opozycja mówi, że służby są upolitycznione. Nie obawia się pan, że kontrola okaże się niewiarygodna?

- Za każdych rządów opozycja twierdzi, że służby są upolitycznione. I nie ma znaczenia, która partia znajdzie się u władzy. Właściwymi organami do badania oświadczeń majątkowych, poza sądem, są CBA oraz prokuratura. Ciężko więc przekazywać dokumenty gdzie indziej. Proszę też pamiętać, że w służbach pracują normalni ludzie. Władza się zmieni, a oni ponoszą odpowiedzialność karną i dyscyplinarną za swoje działania. Jeżeli dopuściliby się przestępstwa, z pewnością będą za to odpowiadać. Jestem przekonany, że w tak poważnej sprawie nikt nie pozwoli sobie, żeby wprowadzać opinię publiczną w błąd.

Pan pracuje bezpośrednio dla Daniela Obajtka czy pańskie honorarium pokrywa Orlen jako spółka?

- Mam bezpośrednią umowę prywatną z panem Danielem Obajtkiem. Aktualnie w ten sposób finansowane są moje usługi - mogę to powiedzieć, bo upublicznił już to mój Klient.

Rozumiem, że spółka strategiczna, jak Orlen, ma swoich prawników. Współpracuje pan z nimi? W jakimś stopniu reprezentuje pan przecież interes koncernu.

- Poniekąd te interesy są wspólne. Na ten moment nie mam jednak żadnej umowy z Orlenem w zakresie reprezentowania spółki w tej sprawie. Reprezentuję pana Daniela Obajtka, ale pośrednio wpływa to oczywiście na interes koncernu.

Czego możemy się jeszcze spodziewać w sprawie Daniela Obajtka? Jako kancelaria jesteście znani z tego, że grozicie redakcjom pozwami.

- Do lekarza idzie się po to, żeby być zdrowym. Do prawnika, by ten, dysponując swoimi narzędziami, rozwiązywał trudne sytuacje. Od lat jestem zawodowym mediatorem i polubowne rozstrzyganie sporów to dla mnie zawsze najlepsze rozwiązanie. Nie jest tajemnicą, że zdarzały nam się ugody również z "Gazetą Wyborczą". Sprawę prezesa Orlenu poczytuję jako emocjonalną dla dziennikarzy tego tytułu, co nie powinno mieć miejsca. Boję się, że nie dojdziemy do porozumienia, nawet jeśli pokażemy im wiarygodne dokumenty. Warto dodać też to, czym ta redakcja nie lubi się chwalić: w ostatnich latach ta redakcja oraz redakcje powielające nieprawdy podane przez "Gazetę Wyborczą" przegrały z nami prawomocnie kilkanaście procesów.           

Sądzi pan, że są jeszcze jakieś nieznane materiały, które mogą zaszkodzić Danielowi Obajtkowi?

- Świat dziennikarski i prawniczy się przenikają, ale są zupełnie różne. U was news goni news. Nasz świat jest reakcją na wasz, ale stoi po zupełnie przeciwnej stronie: potrzebujemy dużo czasu na merytoryczne zapoznanie się z tematem, charakteryzuje nas spokój. W świecie prawniczym wszystko musi trwać. Jeżeli dodamy do tego COVID-19, opieszałość systemu sprawiedliwości, nie mam wątpliwości, że te procesy będą trwały. Często jest tak, że do prawdy można dojść po wielu latach, kiedy wszyscy już zapomnieli o sprawie. To bolączka polskiego sądownictwa, bo każdego można zniszczyć pisząc nieprawdę. Będziemy konsekwentnie wnosić o zaprzestanie naruszeń i przeprosiny. Jeśli się nie uda, będziemy składać pozwy i czekać na sądowe rozstrzygnięcia.

Będzie pan działał jak w sprawie Tymoteusza Szydło? Po pierwszym telefonie do syna byłej premier to pan miał się kontaktować z dziennikarzami.

- W tej sprawie jest bardzo dużo nieprawd. Nie wydałem oświadczenia, ani nie oddzwoniłem. Sprawa pana Tymoteusza jest sprawą wyjątkową na tle wszystkich spraw, które prowadziliśmy. Obecnie dotyczy osoby prywatnej, chociaż dzieci polityków na całym świecie pozostają w zainteresowaniu mediów.

Często to politycy wywołują to zainteresowanie.

- Prawda, ale często to reakcja na zapotrzebowanie mediów, które "biegają" za politykami. Są redakcje, które trzymają się metod z przełomu wieku. Chcą dobrych zdjęć, żeby na nich zarobić. Politycy dochodzą do wniosku, że lepiej zgodzić się na kilka fotografii i mieć spokój niż robić "szopkę". Sam wielokrotnie to widziałem.

Dlaczego sprawa syna byłej premier jest wyjątkowa?

- Jest poruszająca. Nie ma tu żadnej konfabulacji, chęci ukrycia czegoś. Szkoda życia tego młodego człowieka. Dlatego też nasze wypowiedzi do mediów są bardzo ograniczone. Wydano kiedyś dwa oświadczenia, pan Tymoteusz nie zabiera i nie będzie zabierał głosu. On chce żyć, jak każdy z nas. Próbował normalnie pracować, nie chodziło o duże pieniądze czy nadzwyczajne stanowisko. Niestety, to się nie udało. Dziennikarze faktycznie dowiedzieli się, gdzie pracuje. Podjęliśmy decyzję, że lepiej odnieść się do doniesień w przestrzeni publicznej niż pozostawić falę domysłów. To cała historia. 

 Są jakieś sprawy, których się pan nie podejmuje?

- W obrębie naszej specjalności nie ma sprawy, której byśmy się nie podjęli. Chyba, że zachodzą obiektywne przyczyny, żeby tego nie robić. Każdą sprawę badamy pod kątem potencjalnego konfliktu interesów. Taki zarzut stawiano nam w kontekście reprezentacji Zbigniewa Ziobry. Ten konflikt nigdy nie istniał, bo musiałby się pojawić w konkretnej sprawie. Nie reprezentuję ministra sprawiedliwości w sprawach karnych. W 99 proc. występujemy przeciwko prokuraturze. W sprawie GetBack, na której przecież zależy resortowi, prokuratura odniosła porażkę.

Prawnik, który reprezentuje ministra sprawiedliwości może się tym pochwalić przy kolegach z branży i szklaneczce whisky?

- Ostatnią szklaneczkę whisky wypiłem kilka lat temu, ale bardzo lubię dobre wino. Niestety, COVID-19 nie pozwala na spotkania z kolegami. Moja relacja z ministrem sprawiedliwości ma zaś charakter wyłącznie zawodowy, nie jesteśmy nawet na "ty". Oczywiście jestem dumny ze swoich klientów. Dla wielu prawników, reprezentowanie jakiegokolwiek ministra jest kwestią prestiżową. Niezależnie od tego, kto pełni tę funkcję.     

Jakub Szczepański

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje