Reklama

Reklama

Konrad Muzyka o agresji Rosji: Przez najbliższe pięć lat nie powinniśmy się niczego obawiać

Rosyjska agresja na Ukrainę trwa od stu dni. Konrad Muzyka, analityk z firmy Rochan Consulting, ocenia na ile udało się przewidzieć faktyczny przebieg wojny. Ekspert zdradza, czy należy się spodziewać kolejnego uderzenia na Kijów i odpowiada na pytanie, kiedy Rosja byłaby w stanie zaatakować kraje bałtyckie, bądź Polskę. - Najpewniej przez najbliższe pięć lat nie powinniśmy się niczego obawiać - twierdzi.

Jakub Szczepański, Interia: Czy z perspektywy stu dni wojny, jako analityk, spodziewał się pan przebiegu konfliktu, który obserwujemy?

Konrad Muzyka, Rochan Consulting: - Chyba nikt nie przewidywał tego, co się wydarzyło. W każdej wojnie jest mnóstwo czynników nie do przewidzenia. Opowiadanie o możliwym przebiegu konfliktu, zwłaszcza w dłuższej perspektywie czasowej, jest wróżeniem z fusów. Dlatego, nauczeni doświadczeniem, przewidujemy obecnie na tydzień, dwa do przodu.

Mam wrażenie, że kiedy Rosjanie byli u bram Kijowa, inwazja była postrzegana zupełnie inaczej. A przynajmniej przez nas, Polaków.

Reklama

- Przez pierwsza kilka dni wojny przewidywano duży sukces Rosjan. Po trzech dobach byli już parędziesiąt kilometrów od stolicy Ukrainy. Niemniej, zaczęło się pojawiać coraz więcej zdjęć i filmów ukazujących jednostki rozbite w pył przez Ukraińców, zwłaszcza na północ od Kijowa. Już w tym czasie można było powiedzieć, że rosyjska operacja na Ukrainie wygląda gorzej niż ta w Gruzji. Straty Rosjan zaczęły rosnąć bardzo szybko, a oni sami pokazali, że nie panują nad polem bitwy tak, jak się tego wszyscy spodziewali. Nie docenialiśmy też poziomu wyszkolenia oraz linii obronnych, które Ukraińcy ustawili w okolicach Kijowa.     

Uratowanie miasta odwróciło losy wojny?

- Na pewno można powiedzieć, że wszystko zmieniło się dzięki temu, co działo się na północ od stolicy Ukrainy. Wiedzieliśmy o skoncentrowaniu znacznej liczby rosyjskich wojsk w tym regionie: większość sił powietrznodesantowych Federacji Rosyjskiej znajdowała się wówczas na Białorusi albo przy granicy z Ukrainą, po stronie Rosji. Spodziewaliśmy się dość dużego wyłomu w ukraińskich liniach obronnych, ale atak został spowolniony i zatrzymany. Rosjanie stracili przewagę liczebną, w sprzęcie i dalszy atak na Kijów nie miał sensu. Później nie przeprowadzili mobilizacji, co poskutkowało tym, że nie byli w stanie przerzucić odpowiednich sił na ważne dla siebie kierunki. Dlatego ataki na Izium nie przyniosły żadnych korzyści. 

Spodziewa się pan, że znów będziemy oglądać natarcie na Kijów?

- W krótkim okresie na pewno nie. Obecnie główny nacisk położono na zajęcie Ługańska i Doniecka w ramach granicach administracyjnych tych obwodów. Do tego utrzymanie korytarza lądowego na Krym. Zobaczymy, jak będzie wyglądała sytuacja po osiągnięciu pierwszego z celów. Pytanie, jakie Rosjanie będą mieli wówczas siły i środki. Może powiedzą, że wojna została zakończona?

Pytanie czy będą chcieli to powiedzieć. Mapy ze wschodniej Ukrainy wcale nie napawają optymizmem.

- Rosjanie w ciągu ostatnich dwóch tygodni osiągnęli spory sukces w okolicach miejscowości Popasna. Udało im się tam rozbić ukraińską obronę i przejść do dość dużego, jak na tę wojnę, ataku. Wydaje się, że obserwujemy obecnie pauzę operacyjną: Rosjanie doszli do pewnego momentu i postanowili się przeorganizować, zaś Ukraińcy na pewno wzmocnili swoje pozycje obronne. Być może świadczy to też o tym, że napastnicy nie będą w stanie dalej atakować, ale nie będę stawiał takiej tezy. Jest na nią za wcześnie.

Jak rozumiem, trudno obecnie powiedzieć, kto wygrywa wojnę?  

- Nie znamy obecnie pełnej dyspozycji wojsk rosyjskich i ukraińskich. Póki co, można powiedzieć, że w krótkim okresie Rosjanie odnieśli pewne sukcesy taktyczne. Czy przełożą się one na sukcesy operacyjne i strategiczne, tego jeszcze nie wiadomo.

Jako Zachód otwarcie składamy deklaracje o przekazywaniu broni. Nikt nie ukrywa też, że Polska stała się krajem tranzytowym. Co pan sądzi o takich wypowiedziach polityków?

- Rozumiem niebezpieczeństwa, które płyną z niezachowania tajemnicy. Z drugiej strony, w XXI w. dostęp do źródeł informacji jest tak duży, że doniesienia o przekazaniu czołgów czy armatohaubic przez Polskę i tak wyszłyby na jaw. Poza tym ujawnianie takich wiadomości stanowi jasny przekaz dla Rosji oraz jej społeczeństwa: kraje Zachodu będą bronić Ukrainy oraz spowodują zwiększenie kosztów operacji Rosjan. Dla mnie takie doniesienia powinny być jawne, jednak już po przekazaniu sprzętu Ukraińcom.

Joe Biden ujawnił, że Ukraińcy dostaną wyrzutnie HIMARS. Nasi sąsiedzi mają jednak nie atakować celów położonych na terytorium Rosji. Wymuszanie takich deklaracji na broniącym się narodzie ma jakikolwiek sens?

- Waszyngton nie chce eskalacji wojny albo sytuacji, w której Ukraina zaatakuje na przykład Białogród. Boją się przekazania broni rakietowej o zasięgu 500 km, bo atak na terytorium Rosji najprawdopodobniej spowodowałby duży odzew lub nawet mobilizację. Dlatego mówi się obecnie o pociskach o zasięgu 70 km. To precyzyjna, skuteczna broń. Ponowne załadowanie zasobnika z rakietami trwa 5 minut. Rosjanie potrzebują na to 20-40 minut w zależności od systemu. Biorąc pod uwagę bardzo dobre rozpoznanie, Ukraińcy będą w stanie zadać Rosjanom duże straty.

Pytam o informacje o dostawach broni, bo wojna za naszą wschodnią granicą pokazała, że są ważne w sferze propagandowej i na polu bitwy. Na ile?

- Gdyby nie przekazywanie broni, konflikt na pewno wyglądałby zupełnie inaczej. Gdyby nie Javeliny (ręczne przeciwpancerne pociski kierowane - red.), NLAW-y (wyrzutnia przeciwpancernych pocisków kierowanych, Next Generation Light Anti-Tank Weapon - red.) i Pioruny (przenośny przeciwlotniczy zestaw rakietowy - red.) Ukraińcy byliby w o wiele gorszej pozycji. Każdego dnia Rosjanie niszczą kolumny z zaopatrzeniem czy czołgi za pomocą tych systemów, więc dostawy z zachodu mają duży wpływ na przebieg konfliktu. Ukraińcy wykorzystują sprawę propagandowo, jest na to przyzwolenie. Chcą pokazać, że Rosja walczy z całym światem zachodnim. To przecież w ich interesie.   

Polska przekazała Ukrainie czołgi T-72, a nasi politycy przyznają, że częściowo zrezygnowaliśmy z własnego potencjału bojowego. Mieliśmy coś dostać od Niemców, ale nie mamy nic w zamian. Jak do takich informacji mają podchodzić Polacy?

- Założenie jest takie, że w krótkim horyzoncie czasowym nic nie będzie nam zagrażało. Podzielam taką opinię, bo Rosjanie mocno wykrwawili się na Ukrainę. Dlatego ostatnią rzeczą, którą mogliby zrobić, to zaatakować kraje bałtyckie albo Polskę. Gdyby się tak wydarzyło, lotnictwo NATO rozniosłoby w pył, cokolwiek by nas nie zaatakowało.

Rząd zrobił dobrze pozbawiając nas czołgów T-72?

- Wydaje się, że politycy patrzą na perspektywę krótką, bądź średnioterminową. Boją się rozwoju sytuacji na Ukrainie, tego jak ona wpłynie na rosyjskie plany wojskowe. Dlatego, mówiąc obrazowo, chcą zebrać z półki jak najwięcej sprzętu, żeby wzmocnić Siły Zbrojne RP. Tak, aby jak najszybciej były gotowe odpowiedzieć na ewentualną agresję. Stąd wizyta szefa MON Mariusza Błaszczaka w Korei czy plany zakupu 500 HIMARSów z USA.

Jurij Felsztinski, autor książek m.in. "Wysadzić Rosję. Kulisy intryg FSB" deklaruje w różnych mediach, że Rosjanie mają rozmieścić taktyczną broń jądrową na Białorusi i w Donbasie, żeby atakować właśnie stamtąd. Co więcej, Putin ma wymusić odejście państw bałtyckich czy Polski z NATO przez szantaż nuklearny. Jak pan się odnosi do takich prognoz?

- Bardzo źle. Dla mnie to bardzo emocjonalne komentarze, analizy, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistą oceną sytuacji. Broń jądrowa najprawdopodobniej, od lat, jest już w Kaliningradzie i wszyscy eksperci, politycy czy wojskowi o tym wiedzą. To żadna tajemnica. Jeśli chodzi o Białoruś, rozmieszczenie tam broni jądrowej nic dla nas nie zmienia...

...bo?

- NATO ma czym odpowiedzieć, też ma broń nuklearną. Dlatego z wojskowego punktu widzenia taki atak nie robi wrażenia. Prawdopodobieństwo rosyjskiego uderzenia z Kaliningradu na Polskę czy kraje bałtyckie jest bardzo niskie. Oceniam je od 0 do 5 proc. Po co Rosjanie mieliby sięgać po broń nuklearną, kiedy są zaangażowani w operację na Ukrainie? Gdyby mieli gdziekolwiek uderzyć to raczej tam, a nie na państwa NATO.

Dlaczego?

- Z wojskowego puntu widzenia mogłoby bardzo mocno wpłynąć na ten konflikt. Posłużyć do szantażu czy wymuszenia zakończenia wojny. Niemniej, użycie broni nuklearnej w Ukrainie też jest bardzo wątpliwe.      

Postawił pan tezę, że Rosjanie będą potrzebowali dwóch dekad, żeby odbudować swoje siły zbrojne po ataku na Ukrainę. Oznacza to 20 lat spokoju dla krajów NATO?

- Jeżeli w Rosji będzie się utrzymywał spadek PKB, a budżet obronny Federacji Rosyjskiej zostanie zmniejszony to odbudowa potencjału zajmie dekadę, dwie. Jeśli przy dużym spadku PKB wydatki obronne zostaną utrzymane na poziomie 2021 r., to być może uda im się to nawet zrobić w 7-10 lat. Trzeba też pamiętać, że nowy sprzęt z rosyjskich fabryk będzie dużo gorszy niż ten, który produkowali do tej pory, bo Rosjanie zostali całkowicie odcięci od zachodnich komponentów.

Polacy mogą czuć się spokojniejsi?

- Najpewniej przez najbliższe pięć lat nie powinniśmy się niczego obawiać. 

Jakub Szczepański

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy