Reklama

Reklama

Bezpieczeństwo polskich żołnierzy w Iraku. Jaka jest prawda?

Z początkiem stycznia na amerykańskie bazy w Iraku poleciały irańskie pociski. Dopiero po kilku tygodniach władze Stanów Zjednoczonych ujawniły, że 11 wojskowych trafiło do szpitala z objawem wstrząśnienia mózgu. - Nasi żołnierze są bezpieczni - tuż po ostrzale przekonywał Polaków Paweł Soloch, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Ile w tym prawdy? Żeby zweryfikować informacje rozpowszechniane przez polityków, zwróciliśmy się do weteranów, którzy służyli na Bliskim Wschodzie. - Każdy biały jest celem, niezależnie od tego, skąd pochodzi - mówi Interii jeden z nich.

Prezydent Stanów Zjednoczonych, jednego z największych sojuszników Polski, zdecydował, że gen. Kasema Sulejmaniego, dowódcę jednostek specjalnych Al Kuds w Iranie, należy zlikwidować. Wojskowy zginął na początku stycznia, a niedługo później wybuchła wielka awantura. Tylko na początku, na cele Stanów Zjednoczonych w Iraku spadło 20 pocisków rakietowych. Na terenie amerykańskiej bazy byli polscy żołnierze. I chociaż nikomu nic się nie stało, w kraju rozgorzała dyskusja, czy nasi wojskowi nie są zagrożeni.

Reklama

- Są bezpieczni. To nie był atak skierowany przeciwko polskim żołnierzom, to był atak skierowany przeciwko bazom amerykańskim (...). Sytuacja jest pod całkowitą kontrolą - przekazał Soloch po spotkaniu BBN w sprawie sytuacji na Bliskim Wschodzie. Tego samego dnia wyszło jednak na jaw, że polska ambasador w Iraku Beata Pęksa wróciła do kraju z Bagdadu. Jak w rozmowie z Radio Zet przekazał minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz, nasz ambasador został ewakuowany na prośbę Brytyjczyków. Nie cały personel wrócił do Polski.

Dlaczego Wielka Brytania decyduje o tym, kiedy polska ambasador ma wracać do kraju? Bo, jak usłyszeliśmy w resorcie spraw zagranicznych, nasza placówka należy obecnie do "zasobów infrastrukturalnych Ambasady Wielkiej Brytanii w Iraku". - Całkowity roczny koszt utrzymania placówki, obejmujący m.in. koszt ochrony, wynosi ok. 325 tys. funtów (1,47 mln zł) - przekazała Interii Monika Kaniewska, zastępca dyrektora w biurze prasowym MSZ. Porozumienie w tej sprawie zawarto 8 sierpnia 2016 r. Jednak nie zawsze tak było.

Jeszcze kilka lat temu naszych dyplomatów i polskie placówki dyplomatyczne w Iraku chroniło Biuro Ochrony Rządu. Początkowo ambasada w Bagdadzie mieściła się w Czerwonej Strefie, czyli "na mieście". Zgodnie z raportem dotyczącym ataków na polskie placówki dyplomatyczne i BOR, do którego dotarła Interia, politycy zdecydowali się na niebezpieczniejszą lokalizację, bo chcieli "ułatwić kontakty ambasadora z Irakijczykami".

Co ciekawe, na remont budynku w Czerwonej Strefie, który przekazały nam wcześniej władze Iraku, Polska wydała łącznie 2,23 mln zł. To oficjalne dane z MSZ. - Pieniądze były przeznaczone na remont ambasady: prace rozbiórkowe, ziemne i zbrojeniowe, dokumentację projektową oraz kierownika projektu - twierdzi Kaniewska. Jak przekazała, "prace zostały zawieszone ze względów formalno-prawnych", a nieruchomość... wróciła do właściciela. Według resortu, ambasadę w Bagdadzie przeniesiono do Zielonej Strefy (centrum, gdzie znajdują się m.in. placówki amerykańskie - red.) w połowie 2014 r.

Poważne zamachy

Polscy wojskowi trafili do Iraku w 2003 r., niedługo po inwazji wojsk USA na ten kraj. Dzisiaj na miejscu pozostaje 268 polskich żołnierzy. Szkolą iracką armię, a nie strzelają do terrorystów. Co wcale nie oznacza, że jest bezpiecznie. - Każdy biały jest celem, niezależnie od tego, czy pochodzi z Francji, Wielkiej Brytanii, czy Polski. Zabicie kogokolwiek to element terroru psychologicznego. Chodzi o to, żeby informacja poszła w świat, a kolejni przybysze rezygnowali z przyjazdu - tłumaczy Marek, były funkcjonariusz BOR, który na misję do Iraku wyjechał po raz pierwszy w 2005 r.

Nasi rozmówcy należeli nie tylko do grup chroniących polskie obiekty za granicami. Jako BOR-owcy i podczas wyjazdów zagranicznych chronili m.in. Bronisława Komorowskiego, gen. Stanisława Kozieja, Radosława Sikorskiego czy Donalda Tuska. Doskonale pamiętają też słynny zamach z 3 października 2007 r. To wtedy na trasie przejazdu ambasadora w Iraku Edwarda Pietrzyka wybuchły trzy ładunki wybuchowe, a w wyniku odniesionych ran zginął ich kolega, por. Bartosz Orzechowski.

- Generał Pietrzyk został uratowany dzięki doskonałemu przeszkoleniu kolegów. To byli prawdziwi zawodowcy i patrioci. Doskonale wykonali swoje zadanie, chociaż wyposażenie mieli marne: od samochodów po kamizelki - denerwuje się "Żuraw", który jeździł na misje i do Iraku, i do Afganistanu. Czasy na pewno nie były lekkie. "Polowanie na polskich dyplomatów trwa od dawna" - pisał wówczas "Dziennik". Z opracowania stworzonego przez Centrum Szkolenia i Doskonalenia Zawodowego BOR, które stworzono na prośbę słowackich antyterrorystów wynika, że w latach 2004-2013 w Iraku doszło do 12 zamachów na polskich dyplomatów i kolumny specjalne BOR.

Mowa oczywiście o tych poważniejszych, bo o wystrzałach czy drobnych incydentach, do których dochodziło codziennie, nawet nikt nie wspomina. Zdarzało się, że MSZ nie wiedział i o groźniejszych zdarzeniach. Tak jak wtedy, gdy w 2008 r. Marek pojechał z jednym ze swoich kumpli na siłownię w Zielonej Strefie. Wtedy właśnie na budynek spadły rakiety.

- Zrobiliśmy trening, ostatnia seria gryfem łamanym przy lustrze. Ledwie odłożyliśmy sprzęt i ruszyliśmy do łazienki, kiedy usłyszeliśmy głośny świst i huk. Cztery osoby zginęły, 18 było rannych. Wśród zmarłych był amerykański pułkownik. To drugi tak wysoki rangą oficer, który poległ podczas całego konfliktu - wspomina były BOR-owiec. Dlaczego nie poinformowali MSZ? - Dla ministerstwa to nie miało żadnego znaczenia. A gdybyśmy to nagłośnili, zabroniliby nam trenować na siłowni. Po co to komu potrzebne? - opowiada.

Nasi rozmówcy są zgodni. Za 60 dolarów diety nie da się nikogo zachęcić do służby w tak niebezpiecznym miejscu. Zresztą nie o pieniądze chodzi. - Żeby jechać do Iraku czy Afganistanu jako ochroniarz VIP czy żołnierz trzeba być pasjonatem, może nawet trochę wariatem. Zmuszanie kogokolwiek czy wyjazd po kasę to pomyłka. Z naszych misji jestem dumny. Pomimo niedostatków w sprzęcie, poziom naszego wyszkolenia pozwolił nam uzyskać szacunek najbardziej poważanych specjalsów, jakimi w Polsce są GROM-owcy - wspomina "Koniu", który jako funkcjonariusz BOR jeździł na Bliski Wschód przez sześć lat.

Jak mówią Interii weterani, jeśli miejscowi dobrze przygotują zamach, nie ma szans, żeby ktokolwiek go przeżył. - Gdyby coś złego miało się stać, mina-pułapka czy cokolwiek innego, chciałem wracać do domu w trumnie, a nie bez nogi czy bez ręki. Miałem wrażenie, że nad moją zmianą faktycznie czuwał Pan Bóg. Na szczęście wszystko szło bokiem - opowiada "Żuraw".

Walutą "bison grass vodka"

Każdy z naszych rozmówców otarł się o śmierć, ale żaden nie cofnąłby czasu i nie zamienił swojej przygody z wojskiem i BOR na cokolwiek innego. - Jako funkcjonariusze od ochrony VIP-ów byliśmy w stanie załatwić wszystko. Za granicami współpracowaliśmy nie tylko z Amerykanami, ale żołnierzami z całego świata. W Polsce też wiedzieliśmy, do kogo zadzwonić, kiedy było trzeba - opowiada "Koniu". Jak mówi, najważniejsze było wzajemne zaufanie. Tym bardziej, że nawet groźba utraty życia powszedniała. 

- Początkowo, kiedy słyszysz alarm, latasz do bunkra, jakbyś miał sraczkę. Z czasem ci przechodzi, zaczynasz się przyzwyczajać. To ignorancja, pewnie złe podejście. Jak to się mówi, Pan Bóg kule nosi. Na moich wyjazdach było nawet po 20 alarmów dziennie. Starsi koledzy opowiadali, że i 60 razy dziennie musiałeś się kryć - mówi "Żuraw".

Czasem trzeba było też przymknąć oko na procedury. - Współpracowaliśmy chociażby z Amerykanami. To były słynne imprezy przy bigosie, mieli też bzika na punkcie naszej żubrówki. Tak wymieniało się informacje, zdobywało sprzęt, którego brakowało czy potrzebne mapy. Dzięki współpracy, znajomościom czy odrobinie "bison grass vodka" można było zdziałać cuda - zdradza "Żuraw". Zwraca uwagę, że do kraju mogliby wrócić w trumnach, gdyby nie... zwyczajne szczęście. Przykładów nie trzeba daleko szukać.

W sierpniu 2004 r. ambasadorem Polski w Iraku był Ryszard Krystosik. Napastnicy wystrzelili w kierunku ambasady z granatnika RPG-7. - Broń wycelowano w okno, za którym siedział pracownik ambasady. Na szczęście pocisk zaczepił o drut, zmienił tor lotu i uderzył nieco powyżej szyby - opowiadał Wiesław Kucharek, ówczesny Radca Polityczny Ambasady RP w Iraku.

"Koniu": - Napastnicy podjechali z ulicy i strzelili z granatnika w kierunku budynku. Nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy z zagrożeń, więc nie byliśmy dobrze przygotowani - wspomina. - Gdyby trafili, szyfrant siedzący w pomieszczeniu byłby bez szans i mielibyśmy tragedię. Na zdjęciu widać miejsce uderzenia, pół metra wyżej - dodaje.

W pamięć zapadł także zamach z kwietnia 2008 r. Polska ambasada została wtedy ostrzelana rakietami. Ściany się zawaliły, wszędzie było pełno gruzu i pyłu. - Zdjęcia mówią same za siebie. Kiedy Amerykanie przyjechali, pytali tylko, ilu zginęło. Ledwie jedna osoba miała centymetrowe rozcięcie na klatce piersiowej. Było widać nerw, asekuracyjnie wysłali go do szpitala. Mieliśmy mnóstwo szczęścia - opowiada Marek.

Biuro Ochrony Rządu wycofało się z Iraku w 2015 r. Obecnie zostali tam nasi żołnierze, którzy w ramach misji NATO szkolą miejscową armię. Czy można wierzyć w deklaracje polityków, a wojskowi faktycznie są bezpieczni? - Na terenie baz wojskowych są najbezpieczniejsi, to pewne. Mają tam systemy ostrzegania i, w razie potrzeby, natychmiastową pomoc medyczną - mówi "Żuraw". - Pozornie bezpieczne są schrony, ale są też dużym, łatwym celem. Zabicie żołnierza, obojętnie jakiej armii, będzie sukcesem propagandowym i psychologicznym - uważa "Koniu". Wspomina, że podczas ostrzeliwania Zielonej Strefy najważniejsze dla napastników były huk i zamieszanie.

Czy w kontekście doświadczeń naszych rozmówców na Bliskim Wschodzie politycy mają rację? - Powiem tak: na ich gadkę nigdy nie traciłem czasu. Szkoda nerwów - odpowiada "Żuraw".

Jakub Szczepański

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama