Reklama

Reklama

Złoto, ropa i bitcoiny. Wielka inwestycja, która okazała się mistyfikacją

Zaczyna się niewinnie, od reklamy w mediach społecznościowych obiecującej zysk. Klikasz, zostawiasz na siebie namiar, a potem wpłacasz pierwsze pieniądze. Efekt? - Straciłem 12 tys. euro i nie ma dnia, bym nie żałował swojej decyzji - mówi Interii pan Tomasz. Nie on jeden. Wtórują mu inni, którzy opowiadają nam, jak feralnie zainwestowali dziesiątki tysięcy złotych. Komisja Nadzoru Finansowego przestrzega: takie oferty to ostatnio prawdziwa plaga. Podchodźmy do nich z dużą nieufnością. - Przestępcy w trakcie pandemii COVID-19 zdecydowanie zwiększyli swoją kreatywność i aktywność - alarmuje rzecznik finansowy.

Nie ma dnia, by pan Tomasz nie sprawdzał na swoim rachunku, czy dostał od brokerów przedstawiających się jako Swiss Market Fx pieniądze.

- Gwarancja wypłaty - zżyma się, pokazując przysłane przez "brokera" zaświadczenie o wypłacie środków, których nigdy nie otrzymał. - Jak oni mogą patrzeć sobie w lustro? - pyta wyraźnie zdenerwowany.

Po pierwsze: obietnica wielkiego zysku

Pierwszy raz pan Tomasz o istnieniu Swiss Market Fx dowiaduje się, przeglądając Facebooka.

- Wyskoczyła mi ich reklama. Przeczytałem opinie, które były pod nią. Było sporo osób, które pisały, że warto inwestować, że zarabiają pieniądze. Zostawiłem swój numer. Dosłownie po chwili oddzwonił do mnie Mateusz Z., który przedstawił się jako analityk firmy Swiss Market Fx - opowiada mężczyzna.

Reklama

Na tę samą reklamę trafia pani Kinga, młoda matka na urlopie macierzyńskim, która chce podreperować domowy budżet. 

- Nawet znalazłam jakiś ranking, w którym ich niezwykle chwalono. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że takie zestawienia mogą być sponsorowane albo wręcz fałszowane - mówi poszkodowana.  

Do niej odzywa się kobieta, Sandra W. Wszyscy analitycy mówią po polsku, często z wyraźnym wschodnim akcentem.

- Inwestycja miała być między innymi w złoto, ropę i bitcoiny. Ani razu nie powiedzieli o żadnym ryzyku. Zapewniali, że będzie to czysty zysk. Ciągle powtarzali, że zarobione pieniądze mogę wypłacić w każdej chwili - podkreśla pan Tomasz.

To samo mówią nam pani Kinga, pani Katarzyna i pani Marta. Pierwsza straciła 4 tys. euro, druga o kilkaset euro więcej. Pani Marta w porę się opamiętała i dziś walczy "tylko" o 1300 zł.

- A wie pani, co jest najgorsze? Że takich jak my jest więcej - dodają poszkodowani.

Po drugie: rejestracja i 250 euro na początek

Warunkiem przystąpienia do inwestycji jest wpłata 250 euro i wysłanie kolorowej kopii dokumentu tożsamości.

- I instalacja aplikacji AnyDesk na swoim komputerze, żeby analityk, którego przyznają, mógł sam operować naszym ekranem. Bo rzekomo sami sobie nie poradzimy i on nam w tych skomplikowanych procesach pomoże. Kontaktowali się ze mną codziennie około 10. Ja im podawałem kod dostępu do ekranu, a Mateusz Z. coś tam pstrykał w aplikacji. Na tych kolorowych wykresach, było widać, że zarabiam - opowiada pan Tomasz.

Dodaje, że po około tygodniu poinformowano go, że aby powalczyć o większe pieniądze, trzeba więcej wpłacić.

- Zaproponował, że jak wpłacę 5 tys. euro, to oni dołożą mi 5 tys. dolarów w formie nieoprocentowanej pożyczki na trzy miesiące, bo przy takiej kwocie zysk będzie już pokaźny i obaj na tym skorzystamy. Brzmiało to sensownie - wyjaśnia pan Tomasz.

18 października wpłaca 5 tys. euro. Swiss Market Fx dokłada obiecane środki. Po kilku dniach przy nazwisku mężczyzny pojawia się zysk: 39 tys. dolarów. Bo, jak tłumaczą nasi rozmówcy, każdy ma na platformie dwa konta - w EUR i w USD.

- To wszystko wyglądało jak bajka. Taka kwota. Powiedziałem mojemu opiekunowi, że chcę wybrać te pieniądze. I wtedy dopiero się zaczęło - urywa pan Tomasz.

Po trzecie: depozyty, podatki, opłaty

Dzwoniący następnego dnia Waldemar B., przedstawiający się jako kolejny analityk Swiss Market Fx, poinformował pana Tomasza, że aby wybrać pieniądze, musi wpłacić depozyt.

- 7,5 tys. euro, które zwrócą mi zaraz po wypłacie środków. Mówił, że to jest polityka firmy, która zapobiega praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu. Powiedziałem, że nie mam takich pieniędzy i że nie będę nic wpłacał. Zaproponował, że pomogą mi uzyskać kredyt w moim banku, wezmę pożyczkę na jeden dzień i zaraz ją oddam. Stanowczo odmówiłem. Wtedy powiedział, że sami udzielą mi pożyczki na 2,5 tys. euro. Po namowach przechodzących w straszenie 11 listopada wpłaciłem kolejne 5 tys. euro na ten rzekomy chwilowy depozyt - opowiada mężczyzna.

Pan Tomasz do dziś nie otrzymał obiecanej wypłaty zysków. Jeszcze tego samego dnia, kiedy przelał kolejne 5 tys. euro, kontaktujący się z nim analitycy zablokowali go wszędzie gdzie było to możliwe.

- A potem zadzwonił do mnie jakiś inny pan z tej firmy i powiedział że jest mu bardzo przykro, ale ich firma została zaatakowana przez rosyjskich hakerów i moje pieniądze zniknęły. I natychmiast się rozłączył - wspomina pan Tomasz.

Po czwarte: tylko duże kwoty dużo zarabiają

Historie naszych kolejnych rozmówców są bliźniaczo podobne. Reklama, obietnica zysku, telefon od "analityka". 

Pani Katarzyna jest na rencie socjalnej. Kiedy zadzwonił pierwszy telefon, nie miała na koncie nawet wymaganych 250 euro.

- Chciałam wobec tego zrezygnować, ale analityk namówił mnie, żebym przelała to, co mam. W drodze wyjątku zeszli do 200 euro - opowiada pani Katarzyna.

Potem zachęcił kobietę do wzięcia kredytu. "Bo tylko duże kwoty dużo zarabiają", tłumaczył.

- W jednym banku dostałam odmowę, bo na rentę socjalną nie dają. W drugim przyznano mi 13 tys. Dzięki zdalnemu pulpitowi natychmiast przelali sobie te pieniądze. Mówili, że dzięki temu zarobiłam 26 tys. zł. Ale żeby je dostać, muszę zapłacić podatek. Przelałam 4,5 tys. zł. Od tamtej pory cisza - mówi pani Katarzyna.

- Pokazują dokument rejestracji firmy w Wielkiej Brytanii, ale jak się spojrzy na ich stronę, to siedzibę mają na jakiś wyspach, w jakimś raju podatkowym - dodaje inna poszkodowana, pani Kinga.

Po piąte: do ostatniej złotówki

Docieramy do osoby, która dobrze zna ten proceder.

- Mogę z panią porozmawiać, ale nie chcę być cytowany z nazwiskiem, bo to jest bardzo niebezpieczne. Ja się tych ludzi boję - mówi Interii.

I opowiada, że takich firm jest bardzo dużo. W ostatnim czasie to prawdziwa plaga.

- To nie są żadni brokerzy, to są ludzie podszywający się pod nich. Oni udostępniają klientom jakieś platformy inwestycyjne, które sami tworzą, natomiast to z inwestycjami nie ma nic wspólnego. Klient widzi kolorowe wykresy, ale nie wie, że po drugiej stronie siedzi osoba, która może rachunkiem klienta dowolnie sterować. Jak podkręci to klientowi, może urosnąć bardzo dużo, żeby zobaczył, jak super zarabia i ile może wypłacić. Ale jak klient nie chce zapłacić kolejnej kwoty na podatek czy jakiś depozyt, to wtedy można też rachunek "przykręcić", żeby przerazić klienta, że jak nie zapłaci to zaraz wszystko straci - opowiada nasz informator.

Bo przerażanie klienta jest tu normą. Panią Kingę namówiono na wpłatę 11 tys. zł wywierając na niej presję, że zaraz zniknie to, co już ma.

- I cały myk polega na tym, że klient wpłaca te pieniądze. Skuszony wizją zarobku, albo przerażony ich ofensywą. A jeśli się w porę nie zorientuje, to potem po ratowaniu konta jest jeszcze na przykład depozyt, albo podatek. I tak w nieskończoność, do ostatniej złotówki. To są mistrzowie manipulacji, nie mają żadnych skrupułów. Ludzie tracą całe majątki, zadłużają się, a bywa że przez zdalny pulpit brane są na nich dodatkowo pożyczki w instytucjach finansowych. Ciężkie sprawy - mówi anonimowo nasz informator.

Urzędy: oszuści w pandemii stali się jeszcze bardziej kreatywni

O Swiss Markets Fx pytamy w Urzędzie Komisji Nadzoru Finansowego, w biurze rzecznika finansowego i Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumenta. Sprawa jest im dobrze znana.

- Swiss Markets Fx z siedzibą na Saint Vincent i Grenadynach to podmiot nienadzorowany przez Komisję Nadzoru Finansowego. Otrzymaliśmy zewnętrzne sygnały na temat ich działalności od nieprofesjonalnych uczestników rynku finansowego (czyli zwykłych klientów nie zajmujących się zawodowo inwestycjami - przyp. red.). Aktualnie sygnały te są przedmiotem analizy UKNF. W przypadku uprawdopodobnienia naruszenia przepisów prawa zawiadamiana jest prokuratura i podmiot wpisywany jest na listę ostrzeżeń publicznych - wyjaśnia Interii Jacek Barszczewski, dyrektor Departamentu Komunikacji Społecznej KNF.

Działaniom spółki przygląda się też Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów i rzecznik finansowy.

- Odnotowaliśmy zgłoszenia dotyczące tego podmiotu. Rzecznik finansowy od dłuższego czasu obserwuje rosnącą aktywność oszustów, których celem jest nakłonienie ofiar do "wyjątkowo korzystnych inwestycji". Przestępcy w trakcie pandemii COVID-19 zdecydowanie zwiększyli swoją kreatywność i aktywność - mówi Interii Adam Rafalski, dyrektor Wydziału Edukacji i Komunikacji Rzecznika Finansowego. 

- Osoby, które zostały poszkodowane w związku z działalności platformy Swiss Markets FX, powinny złożyć zawiadomienie o podejrzeniu popełnia przestępstwa do właściwej jednostki policji lub prokuratury, zgodnie z treścią art. 304 § 1 Kodeksu postępowania karnego, jednocześnie informując o tym fakcie UKNF - dodaje Jacek Barszczewski z KNF-u.

Po szóste: pieniądze w raju podatkowym

Bohaterowie tekstu nadal walczą o odzyskanie swych pieniędzy, chociaż po cichu tracą nadzieję, że kiedykolwiek jeszcze je zobaczą.

- Ludzie, którzy zostali oszukani przez Swiss Markets Fx czy przez innego pseudobrokera, cały czas myślą, że są sami, że tylko ich to spotkało i czują się bezradni. A to może naprawdę doprowadzić do tragedii. Ja sama po tym wszystkim, co się stało, byłam w potężnej depresji. Teraz dochodzę do siebie i obiecałam sobie, że będę każdego przestrzegać przed tą firmą - mówi pani Kinga.

- Ci ludzie nie powinni być bezkarni - dodaje pani Marta.

Mateuszowi Z., Waldemarowi B. i innym kontaktującym się z bohaterami naszego tekstu analitykom wysłaliśmy maila z prośbą o ustosunkowanie się do zarzutów ich klientów. Żaden z doradców nie odpisał.

Odpisała za to przedstawicielka firmy Swiss Marktes, będącej częścią BDSwiss Group, której nazwą przedstawiają się kontaktujący się z poszkodowanymi rzekomi brokerzy.

Twierdzi, że nie dziwi jej treść naszych pytań, bo jako przedsiębiorstwo o ugruntowanej pozycji w dziedzinie inwestycji, często bywają celem oszustów podszywających się pod nich. Zapytaliśmy, czy konkretni "analitycy" są ich przedstawicielami.

"Możemy potwierdzić, że nasze praktyki są zgodne ze wszystkimi obowiązującymi przepisami i regulacjami oraz że osoby wymienione w korespondencji nie są i nigdy nie były naszymi pracownikami" - czytamy w odpowiedzi, pod którą podpisuje się Mikaela P.

Tytułuje się reprezentantką Zespołu ds. Rynków Szwajcarskich. Dziwi, że nie podaje jednak swego nazwiska.

- Przypominamy, że nieuczciwe platformy są często zarejestrowane w egzotycznych państwach, tzw. rajach podatkowych i przez to ustalenie sprawowanego nad nimi nadzoru jest bardzo trudne. Zalecamy zatem wzmożoną czujność, ograniczone zaufanie i możliwie jak najbardziej wnikliwe sprawdzenie firmy, która oferuje nam niewiarygodnie wysokie zarobki. W wielu przypadkach odzyskanie straconych pieniędzy jest wysoce skomplikowane, czasochłonne lub wręcz niemożliwe - informuje Urząd Komisji Nadzoru Finansowego.

 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy