Reklama

Reklama

Zarzuty dla hejterów prof. Rokity. Znajomi nieżyjącego lekarza: To kpina

Był pierwszym pacjentem w Kielcach z pozytywnym testem na COVID-19. Prof. Wojciech Rokita popełnił samobójstwo po fali hejtu, jaka wylała się na niego w internecie z powodu zakażenia koronawirusem. Po ponad dwóch latach zarzuty usłyszało siedmioro hejterów profesora. Osoby z otoczenia nieżyjącego lekarza mają jednak do prokuratury żal, że ściga pomawiających, ale nie tych, którzy na to przyzwalali. Pierwsze zarzuty po dwóch latach nazywają "kpiną, a nie przełomem". Pikanterii sprawie dodaje fakt, że dziś nie wiadomo nawet, czy profesor rzeczywiście był chory na COVID-19.

Profesor Wojciech Rokita był cenionym kieleckim ginekologiem. Kierował Katedrą Ginekologii i Położnictwa Zespolonego Szpitala Wojewódzkiego w Kielcach. W marcu 2020 roku, kiedy w Polsce zaczynała się pandemia, zaraz po przylocie ze Szwajcarii, postanowił profilaktycznie zrobić test na obecność koronawirusa. Wynik okazał się pozytywny. Prof. Rokita trafił do Kliniki Chorób Zakaźnych. Został pierwszym oficjalnym przypadkiem zakażenia koronawirusem w Kielcach.

"Pierwszy pacjent z COVID-19 w Kielcach". Fala hejtu i pomówień

Chociaż lokalne media pisały o "lekarzu zakażonym koronawirusem", wieść, że chodzi konkretnie o prof. Rokitę, rozeszła się szybko. Razem z nią - fala pomówień, agresji i jadu. W komentarzach sugerowano, że zarażał pacjentów, zarzucano mu nieodpowiedzialność, opisywano sytuacje, gdzie rzekomo widziano profesora łamiącego zasady izolacji. Podważano jego kompetencje jako lekarza i szargano dobre imię. Coś, na co pracował całe życie.

Reklama

- Nie było w tym krzty prawdy. Wręcz przeciwnie. Zachowanie pana profesora, kiedy powziął wątpliwość co do tego, że może być zarażony, bo to była tylko wątpliwość, gdyż żadnych racjonalnych przesłanek, żeby stwierdzić, że jest chory nie było, było absolutnie ponadstandardowe. Zastosował samoizolację, przestrzegał zasad reżimu sanitarnego - mówi w rozmowie z Interią mec. Sławomir Gierada, pełnomocnik rodziny profesora.

Bliscy profesora od początku podkreślali, że w tym czasie nie przyjmował pacjentek. Stosowne oświadczenie o tym, że lekarz czuje się dobrze, został objęty kwarantanną i nie miał kontaktu z pacjentami oraz personelem wydał też Wojewódzki Szpital Zespolony w Kielcach. To jednak internautów nie przekonało.

- Fala hejtu wymierzona w profesora była okrutna. Zmasowany atak ze wszystkich stron, bo i w komentarzach na portalu lokalnej gazety, i na Facebooku, i na Messengerze. To nawet nie był hejt, to wybiło szambo - mówi mec. Sławomir Gierada.

Śmierć prof. Wojciecha Rokity. "Nie mamy wątpliwości, że zabił go hejt"

18 marca pojawiła się informacja, że prof. Wojciech Rokita zmarł w kieleckim szpitalu. 

- Chcę podkreślić, że bezpośrednią przyczyną nie było zakażenie COVID-19 - mówił w czasie konferencji prasowej Bartosz Stemplewski, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Kielcach. - Odszedł nasz kolega, wspaniały człowiek, lekarz i nauczyciel akademicki. Wszystkich nas to bardzo dotknęło - dodawał wyraźnie poruszony sprawą.

Kilka dni później okazało się, że prof. Wojciech Rokita odebrał sobie życie. W emocjonalnym nagraniu, zamieszczonym na Facebooku kielczanin Maksymilian Materna, znajomy rodziny lekarza, przekonywał, że znany ginekolog nie mógł znieść fali hejtu, jaka wylała się na niego na forach internetowych. Tuż przed śmiercią prof. Rokita dzwonił do Maksymiliana Materny z prośbą, by ten pomógł mu opanować szalejące po internecie pomówienia.

- Nie mamy wątpliwości, że do śmierci profesora doprowadził tylko i wyłącznie wymierzony w niego hejt - mówi mec. Sławomir Gierada

Zarzuty dla siedmiorga hejterów

Zaraz po śmierci profesora do kieleckiej prokuratury trafiło zawiadomienie dotyczące zniesławiania i pomawiania kieleckiego ginekologa w internecie, nakłaniania go do popełnienia samobójstwa oraz udostępnienia platformy internetowej, na której pojawiały się wpisy.

- W szczególności dotyczyło to naszego lokalnego dziennika. Profesor i jego bliscy informowali redaktora naczelnego o tym, że na forum gazety wylewa się ogromny hejt, ale nie podjęto żadnych szybkich prób zablokowania umieszczania komentarzy. Możliwość dodawania wpisów zamknięto dopiero po kilku dniach - mówi Interii mec. Sławomir Gierada.

Śledztwo wielokrotnie przedłużano. Po ponad dwóch latach nastąpił przełom. Siedmioro hejterów usłyszało prokuratorskie zarzuty. 

- W kwietniu dokonano przedstawienia zarzutów i przesłuchania czworga podejrzanych. W toku składania wyjaśnień dwie z tych osób przyznały się do zarzucanych im czynów. Pozostała trójka zarzuty usłyszy w maju - informuje Daniel Prokopowicz, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Kielcach.

Hejterom grozi kara grzywny, ograniczenie lub pozbawienie wolności do roku.

- Nie ukrywam, że liczyliśmy, że chociaż w wątku dotyczącym hejterów czas procedowania przez prokuraturę będzie krótszy. Nie mniej jednak dobrze się stało, że chociaż w tym zakresie mamy ustalone osoby, które hejtowały - ocenia mec. Sławomir Gierada, pełnomocnik rodziny zmarłego profesora.

Inaczej sprawę przełomu w śledztwie widzi Maksymilian Materna.

- Przełom? Po dwóch latach przesłuchano osoby, których adresy IP "udało się" ustalić. To kpina, a nie przełom - komentuje sprawę kielecki społecznik. - Wątek pomocnictwa w doprowadzeniu do samobójstwa nadal jest nierozpatrzony, choć powinien być sprawą priorytetową w tej sytuacji, gdyż od dopuszczenia możliwości szkalowania człowieka na forum rozpoczęła się ta tragedia - podkreśla.

"Ktoś na ten hejt pozwolił"

Pojawia się opinia, że prócz tych, którzy pisali obraźliwe komentarze, są jeszcze ci, którzy na to pozwalali. Maksymilian Materna wskazuje wprost na lokalną gazetę.

- Kwestią zasadniczą do tej sprawy jest targnięcie się profesora na własne życie. W ramach tego badany jest wątek dokonywania wpisów na forum lokalnej gazety. To cały czas jest przedmiotem śledztwa. W tym zakresie nie zostały podjęte jeszcze żadne decyzje, czy będą zarzuty, czy zostanie to umorzone - mówi Daniel Prokopowicz, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Kielcach.

- I tego zrozumieć nie można. Jak przez dwa lata można decydować o konieczności bądź braku możliwości postawienia zarzutów w tak oczywistej sprawie? - pyta Maksymilian Materna. - To jest absurd. Dwa lata oczekiwania na co? Przecież mamy forum, mamy dowody w postaci zrzutów z ekranu, mamy ofiarę pewnych zachowań. Ocena tego, czy te zachowania się przełożyły na tragedię powinna zająć chwilę. Jeśli prokuraturze zależy na postawieniu zarzutów, w jakiejkolwiek sprawie, to zarzut stawiają w ciągu kilkunastu, kilkudziesięciu godzin. Jeśli ktoś tego nie robi przez dwa lata, to wiadomo w jakim kierunku to zmierza - dodaje przyjaciel rodziny.

Stanisław Wróbel, naczelny Echa Dnia, podkreśla, że w tej sprawie gazeta nie ma sobie nic do zarzucenia.

- Nie czujemy się w jakikolwiek sposób za to odpowiedzialni. W żadnym naszym tekście nie było możliwości identyfikacji osoby lub osób, o których pisaliśmy, że byli zakażeni koronawirusem. Rozmawiałem z profesorem kilka razy, ogólnie radził się na temat wpisów w sieci, rozmawialiśmy na temat funkcjonowania forów internetowych. Jeśli chodzi o echodnia.eu na bieżąco staraliśmy się reagować na wpisy. Profesor nigdy nie zwracał się o usuwanie żadnych komentarzy. Nie mamy żadnego wpływu na media społecznościowe i fora internetowe, które poruszały ten temat - zapewnia Stanisław Wróbel.

- Na bieżąco reagowali na wpisy? Bzdura - obrusza się Maksymilian Materna. - Profesor nie miał pretensji? To jest kłamstwo. Tak bardzo "nie miał zastrzeżeń", że dzwonił do mnie i prosił o pomoc. To po co dzwonił do mnie, skoro był taki zadowolony z sytuacji? Absurd. Tam ściek płynął przez lata, ale w tej sytuacji granica została przekroczona - ocenia Materna.

"Nie wiadomo nawet, czy profesor rzeczywiście był chory"

Pozostający w bezpośrednim kontakcie z rodziną profesora Rokity Maksymilian Materna nie może się pogodzić z tym, co się wydarzyło.

- Chorego z Cybinki, pierwszego pacjenta z pozytywnym testem, klepano po plecach i życzono mu zdrowia. Profesora zaszczuto. Dla mnie "fenomenem" jest ten efekt domina. Gdzieś była ta pierwsza osoba, która napisała: "Zakażony doktor przyjmował pacjentki". Co jest bzdurą absolutną. Ale od tej iskry mamy pożar, prawdziwą pożogę, o której skutkach rozmawiamy po dwóch latach - mówi Maksymilian Materna.

Pikanterii sprawie dodaje fakt, że dziś nie wiadomo nawet czy profesor rzeczywiście był chory na COVID-19. Bo o ile pierwszy test przyniósł wynik pozytywny, powtórne badanie dało ujemny wynik.

- Długo czekaliśmy na opinię medyczną, która miała odpowiedzieć na pytanie który wynik był fałszywy. Niestety, niewiele ona wnosi do sprawy, bo jest niekategoryczna. Biegły wskazał, że nie może jednoznacznie ani potwierdzić, ani zaprzeczyć, że pokrzywdzony chorował na COVID-19, a to wynika z faktu na jakim etapie w tamtym czasie była diagnostyka w kierunku koronawirusa. Wtedy sposób badania nie był jeszcze tak doskonały jak w chwili obecnej. Dziś próbki nie nadają się do badań - mówi Daniel Prokopowicz, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Kielcach.

- O pośmiertne ponowne przebadanie próbek wnosiliśmy od razu. Prowadzący sprawę prokurator odmawiał. Tydzień przed tym jak upływał termin ważności pobranego materiału, prokurator w końcu pod naciskiem się zgodził. A teraz się dziwią, że opinia jest niejednoznaczna. To badanie mogło być przeprowadzone od razu - twierdzi Maksymilian Materna.

I podsumowuje: - Ciężko komentować koncertowe zaniedbania ludzi zajmujących się tą sprawą. Żyjemy w kraju, którego system zbudowany jest z paździerza, a człowiek znaczy tyle, na ile jest aktualnie przydatny. To przykre. Naiwnym jest podejrzenie, że ktokolwiek zajmuje się tą sprawą poważnie po takim czasie - mówi znajomy profesora Rokity.

Decyzję co do sposobu zakończenia całego postępowania, także w wątku doprowadzenia prof. Rokity do popełnienia samobójstwa, prokuratura planuje podjąć do końca czerwca.

Irmina Brachacz 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy