Reklama

Reklama

Zakaz handlu w niedziele to fikcja. Pracownicy marketów wyjdą na ulice

Kolejne sklepy wielkopowierzchniowe otwierają się w niedzielę jako placówki pocztowe. Gotowa jest ustawa, która ma zamknąć tę furtkę. Ale w ukrócenie procederu nie wierzy nikt. - Jeszcze długo będziemy się bawić w prawną ciuciubabkę - mówi Małgorzata Marczulewska, prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom. - A do tego czasu pracowników otwartych w niedzielę sklepów czeka gehenna - dodaje Alfred Bujara z "Solidarności", zapowiadając na 4 listopada wielki protest pracowników marketów.

Nie ma dnia, by na maila Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom nie spływały skargi niezadowolonych pracowników. Od trzech miesięcy przeważająca większość zgłoszeń ma wspólny mianownik: markety otwarte pod pozorem świadczenia usług pocztowych.

Zakaz handlu w niedzielę to fikcja

- Na przestrzeni ostatniego miesiąca czy dwóch, takich spraw wpłynęło już do nas kilkaset i nie wydaje nam się, żeby była to ostateczna liczba - przyznaje Małgorzata Marczulewska, prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

- Te sieci idą na żywca, dla nich nie ma żadnych świętości, bycie placówką pocztową w sklepie dyskontowym, w hipermarkecie czy w sklepie spożywczo-monopolowym to jest kompletna kpina z prawa polskiego - mówi Alfred Bujara, szef sekcji krajowej pracowników handlu "Solidarności".

Reklama

Praca w niedzielę? Pracownicy marketów mają dość

Rzeczywistość pracy w niedzielę miała wyglądać inaczej.

- Kiedy markety otwierały się jako placówki pocztowe była mowa, że będzie dobrowolność pracy w niedzielę. Ale szybko się z tego wycofali, bo nie ma chętnych do tej pracy, więc dobrowolności nie ma. Znam kobiety, które poprzyjmowały się do pracy w danym sklepie na innych warunkach i teraz w niedzielę nie mają gdzie zostawić dzieci. Wiele z nich musiało się z tego tytułu pozwalniać - mówi Alfred Bujara, szef sekcji krajowej pracowników handlu "Solidarności".

Pracownicy Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom podkreślają: jeśli przepisy prawa pozwalają na to, że praca w handlu może być wykonywana w niedzielę, to pracownik nie może pracy odmówić.

- W licznych skargach pracownicy podnoszą najczęściej, że dowiadują się o konieczności przyjścia na niedzielną zmianę w ostatniej chwili. Mieliśmy sygnały, że pracownik o tym, że w niedzielę ma pojawić się w sklepie dowiadywał się w piątek późnym wieczorem, bądź w sobotę - opowiada Małgorzata Marczulewska.


W niedzielę nie ma klientów?

Pani Katarzyna od kilku lat pracuje w jednym z wielkopowierzchniowych marketów. Sklep, w którym obsługuje stoisko rybne otworzył się jako poczta w niedzielę dwa tygodnie temu. Kobieta opowiada Interii, że tych którzy robią zakupy w niedzielę można policzyć na palcach jednej ręki.

- W pierwszą niedzielę, w którą byliśmy otwarci, na porannej zmianie obsłużyłam na stoisku z rybami jedną osobę. Przez osiem godzin w sumie przyszło trzech klientów. Łączny obrót wyniósł 47 złotych. Myślę, że prąd, który tego dnia zużył sklep, kosztował więcej niż wyniósł nasz utarg - opowiada pracownica.

- Wielu polskich pracodawców zamyka się w niedzielę, bo mówi, że koszty które ponoszą nie pokrywają im zysku. Ale u nas okazuje się, że zachodnie sieci chcą wprowadzić jakąś nową kulturę i pokazać, że pracownicy jak tania siła robocza, jak niewolnicy, będą pracować od niedzieli do niedzieli, za wszelką cenę, nawet wbrew ekonomii, nie mając nic do gadania. Taka jest smutna prawda - mówi Alfred Bujara z handlowej "Solidarności".  

- Z drugiej strony może to i dobrze, że na razie klientów jest tak mało, bo niedzielny skład pracowników jest bardziej niż okrojony. Normalnie na każdym dziale są po dwie, trzy osoby. W niedzielę rano na każdym stoisku jest tylko jedna, a popołudniu jeden pracownik obsługuje dwa działy - opowiada pani Katarzyna.

Marczulewska przyznaje, że niedobory kadrowe są częstym motywem skarg.

- Nie ma rąk do pracy, więc pracownicy są do niej zmuszani. Wysyp takich pism nastąpił latem. Nic w tym dziwnego, bo nie ma szans, by w kurorcie nadmorskim czy górskim dwie osoby dobrze obsłużyły klientów, rozpakowały towar i zadbały o porządek - podkreśla Małgorzata  Marczulewska. - A do tego dochodziły roszady. Pracownicy z mniejszych miejscowości na siłę wożeni byli do pracy do innych sklepów danej sieci, często daleko od swojego miejsca zamieszkania - dodaje prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

Cud nad Wisłą, czyli jak markety budowlane stały się placówkami pocztowymi

Uchwalona w 2018 roku ustawa o ograniczeniu handlu w niedziele i święta od początku przewidywała ponad 30 wyłączeń, na mocy których dane placówki mogły pracować siedem dni w tygodniu.

- Zamysł był taki, że to wyłączenie w ustawie miało pozwolić na pracę dyżurującym punktom Poczty Polskiej, a stało się wyjściem awaryjnym dla sieci handlowych, które szybko znalazły w nim szansę dla siebie. I jak grzyby po deszczu zaczęły podpisywać umowy i świadczyć usługi pocztowe, a co za tym idzie legalnie funkcjonować także w niedzielę - opowiada Małgorzata Marczulewska. - Szczerze? Nas w ogóle nie zdziwiło otwieranie tych sklepów, bo kreatywność pracodawców już nie raz pokazała, że nie zna granic - dodaje prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

Jako pierwsze na szeroką skalę placówkami pocztowymi stały się Żabki, które jeszcze przed wejściem w życie ograniczenia handlu w niedzielę rozpoczęły współpracę z firmami kurierskimi. Szybko okazało się, że biznesowo był to strzał w dziesiątkę. Kiedy w życie weszła ustawa o zakazie handlu w niedzielę sklepy tej sieci, poza małymi osiedlowymi sklepami prowadzonymi przez właścicieli czy ich bliskich, stały się jedynymi czynnymi siedem dni w tygodniu. W 2021 roku do Żabek dołączyły dyskonty. Nie trzeba było długo czekać, by kolejne sieci podchwyciły pomysł. Peleton chętnych do wykorzystania triku "na placówkę pocztową" zamyka Castorama, która otworzyła swe podwoje w ubiegłą niedzielę. Na 90 placówek tego marketu budowlanego czynnych było wtedy aż 73.

- Wśród pracowników marketów od pewnego czasu krąży dowcip: "Jaka placówka świadcząca usługi pocztowe jako jedyna nie jest czynna w niedzielę? Poczta". Chyba wszystko co tylko mogło się już w ramach tej furtki otworzyć, już się otworzyło - żartują pracownicy jednej z sieci. Anonimowo. Bo żaden z nich nie chce stracić pracy.  

Zaostrzą zakaz handlu w niedzielę, czyli bat na "kreatywnych" pracodawców

Kiedy już wszyscy zrozumieli, że ustawa o ograniczeniu handlu w niedzielę stała się fikcją posłowie zabrali się za uszczelnienie przepisów. W ubiegły wtorek prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę zaostrzającą zakaz handlu w niedzielę. Po zmianach siódmego dnia tygodnia działać będą mogły tylko placówki, w których ponad 40 proc. działalności stanowi biznes pocztowy.

- Nie ma opcji, że takie sklepy jak nasz market wykażą, że 40 proc. ich obrotu to usługi pocztowe, bo jak do tej pory, u nas po dwóch otwartych niedzielach nie pojawiła się ani jedna paczka. Nikt niczego nie nadał, ani nie odebrał - opowiada pani Katarzyna, pracownica marketu.

Uszczelnienie wejdzie w życie 1 lutego 2022 r. Do tego czasu każda spożywcza czy budowlana placówka pocztowa może funkcjonować bez przeszkód w każdą niedzielę.

- My od ponad 2 lat wnioskowaliśmy o ustawę nowelizującą ograniczenie handlu w niedzielę, więc cieszymy się z niej, ale to vacatio legis jest za długie. Przez nadchodzące trzy miesiące polscy pracownicy międzynarodowych sieci marketów przeżyją gehennę - mówił Alfred Bujara.

Szef "Solidarności" zwraca uwagę, że międzynarodowe sieci marketów zamiast przestraszyć się nowelizacji, intensyfikują niedzielne działania handlowe.

- Powód jest prosty. Przed nami okres świąteczny, czas żniw dla wszystkich sklepów. W kieszeniach Polaków jest trochę wolnej gotówki, emeryci dostają czternastki. Sieci najwyraźniej liczą, że zgarną większość tych pieniędzy, a otwierając się w niedziele zwiększają swoje szanse. Konsekwencją tego będzie jednak zagłada całej masy mniejszych polskich sklepów rodzinnych, prowadzących od wielu miesięcy nierówną walkę z otwartymi w niedzielę z rzekomymi "placówkami pocztowymi", no i wyzysk pracowników, którzy już ledwie funkcjonują - tłumaczy Alfred Bujara.

Protest 4 listopada. Pracownicy wyjdą na ulice

Bujara zwraca uwagę na kierunek w jakim idą zmiany.

- W pandemii wydłużono czas pracy sklepów i on pozostał. W to miejsce nie zatrudniono nowych pracowników, bo wszystko się odbywa przy mniejszym składzie osobowym, więc jest tragedia jeśli chodzi o warunki pracy. Obciążenie pracownika dyskontów i hipermarketów w Polsce jest 2-3 krotnie większe niż w sklepach tej samej sieci na zachodzie. Ale jednocześnie nasi pracownicy zarabiają 3-4 krotnie mniej niż ich koledzy zza granicy - dodaje Alfred Bujara.

Związkowcy nie chcą tego jednak tak zostawić i dlatego 4 listopada organizują na ulicach Warszawy wielki protest przeciwko otwieraniu sklepów w niedziele, zbyt małej obsadzie kadrowej wielu placówek, fatalnym warunkom pracy i niskim pensjom.

- Na zachodzie ustawy też są i to wcale nie bardzo precyzyjne. Ale tam zamysłem ustawodawcy jest to, żeby sklepy w niedziele nie pracowały i te sklepy to szanują, nie szukają jakiś wyrw w ustawach. A u nas jest tak, jakby te sieci chciały pokazać, że to one tu rządzą, kosztem pracownik. A na to się nie zgadzamy, dlatego wychodzimy na ulice. Nie będziemy wyrobnikami zachodu - mówi szef handlowej "Solidarności".

Zmiana przepisów nie załatwia sprawy

- Jeśli markety nie zdołają wykazać obrotu wpisanego w nowelizację, to od lutego będą musiały się w niedzielę zamknąć, albo... znaleźć kolejne rozwiązanie jak obejść te przepisy. A praktyka pokazuje, że raczej pójdą w to drugie - alarmuje Małgorzata Marczulewska, prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

Marczulewska zapewnia, że jest jeden sposób, żeby problem raz na zawsze rozwiązać. Zmiana przepisów na takie, które dają możliwość pracy w niedzielę, ale na zasadzie dobrowolności i za wyższą stawkę godzinową niż w tygodniu.

- Są grupy zawodowe, które chętnie pracowałyby w niedzielę. Na przykład studenci studiów dziennych, którzy od poniedziałku do piątku są zajęci szkołą, a czas na ewentualne dorobienie mają tylko w weekendy. Tyle, że za odpowiednią stawkę, bo jak student ma do wyboru pracę w pubie a pracę w sklepie, to wiadomo że wybierze pub, bo tam zarobi więcej choćby z napiwków. Gdyby płaca w sklepie była proporcjonalna do tego jak się płaci w pubach to myślę, że nie byłoby problemu żeby znaleźć osoby chętne do pracy - tłumaczy Małgorzata Marczulewska.

Podobnego zdania są pracownicze związki zawodowe, które od lat powtarzają, że wynagrodzenie za pracę w niedziele powinno wynosić dwukrotność wynagrodzenia za normalne dni pracy i dotyczyć tylko tych, którzy chcą pracować siedem dni w tygodniu. 

- To byłby złoty środek. Ale dopóki go nie znajdziemy, będziemy świadkami wiecznej przepychanki i wyścigu, kto pierwszy znajdzie kolejną furtkę do obejścia przepisów - dodaje Marczulewska. 

- A naszym zdaniem i to nie załatwi sprawy. Robiliśmy badania, w których wyszło, że 98 proc. pracowników nie chce pracować w niedzielę, bez względu na proponowaną stawkę. Jedyne czego pragną, to godnie zarabiać za wykonywaną w tygodniu ciężką pracę - podsumowuje Alfred Bujara. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy