Reklama

Reklama

"Nie znajduje dowodów, by ktoś zapytał Agnieszkę, czy chce utrzymać ciąże, ryzykując życie"

Tragedią Agnieszki z Częstochowy, tak jak kilka miesięcy temu Izabeli z Pszczyny, żyje cała Polska. Od wczoraj media społecznościowe znowu obiegł hasztag #anijednejwiecej. Dziś głos zabrała pełnomocniczka męża zmarłej 37-latki. Mec. Kamila Ferenc mówi Interii o niepokojących wnioskach płynących z lektury dokumentacji medycznej i poddaje w wątpliwość czy lekarze pytali panią Agnieszkę o to, czy chce utrzymać ciążę, ryzykując swe życie. Tymczasem w sieci rozgorzała dyskusja, czy usunięcie jednego płodu w ciąży bliźniaczej jest w ogóle wykonalne.

Mec. Kamila Ferenc podzieliła się z Interią pierwszymi odczuciami po lekturze dokumentacji medycznej zmarłej 37-latki.  

- Wiele rzeczy w analizowanej dokumentacji medycznej pani Agnieszki wydaje mi się alarmujących - mówi mec. Kamila Ferenc, prawniczka Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, od środy pełnomocniczka męża zmarłej pani Agnieszki.

I dodaje: - Już na pierwszy rzut oka wydaje mi się, że pani Agnieszka była ofiarą lekceważącego podejścia do kobiet jako pacjentek, do kobiet w ciąży, do fetyszyzowania ciąży kosztem pacjentki, które sprawia, że się z pacjentką w ogóle nie rozmawia na temat tego jaką ścieżkę działania wybieramy i jakie ryzyko taki wybór ze sobą niesie. Tak ważne decyzje są podejmowane nad głową pacjentki. O niej, bez niej - mówi pełnomocniczka rodziny zmarłej kobiety.

Reklama

- Mam obawy, że zły stan zdrowia psychicznego i fizycznego pani Agnieszki został zignorowany i zamiast minimalizować ryzyko pogorszenia się stanu zdrowia, do czego ostatecznie doszło i zakończyło się zgonem, to jednak zafundowano jej cierpienie. Walczono o ciążę, bez zapytania o to, czego pacjentka chce. Mimo tego, że jej mąż już po obumarciu pierwszego płodu, prosił lekarzy, żeby ratowali żonę, nawet kosztem ciąży. Nie widzę w aktach sprawy żadnych dowodów na to, że były z nią podejmowane jakiekolwiek rozmowy, żeby wytłumaczyć jej jaki może być dalszy rozwój wypadków i jakie są ryzyka związane np. z utrzymywaniem ciąży - mówi Interii mec. Kamila Ferenc.

Dyskusja o aborcji selektywnej

W przestrzeni publicznej rozgorzała dyskusja czy lekarze mogli usunąć płód zaraz po jego obumarciu. Legalna Aborcja publikuje wpis, który wskazuje, że aborcja selektywna jest jak najbardziej możliwa. Ale nie w Polsce.

"Zabiegi aborcji selektywnej w przypadku ciąży mnogiej, zwłaszcza w drugim trymestrze ciąży i występowania wad płodu, wymagają wprawy i doświadczenia, są zabiegiem chirurgicznym. Ginekolodzy i ginekolożki powinni się tego uczyć w ramach praktyki lekarskiej. W Polsce z powodu restrykcyjnego prawa antyaborcyjnego szansa na zdobycie takiej umiejętności jest mała, a to wpływa na bezpieczeństwo pacjentek. Wiemy, że w Polsce są lekarze i lekarki, którzy umieją takie zabiegi robić, którzy takie zabiegi robili przed pseudo wyrokiem. W tym przypadku - mimo że jedno z bliźniąt żyło - lekarze nie zdecydowali się na usunięcie drugiego, martwego płodu" - piszą działaczki Legalnej Aborcji.

"Nie mamy magicznej różdżki, którą usuwamy obumarłą ciąże"

Głos natychmiast zabierają ginekolodzy, który z tą tezą kompletnie się nie zgadzają, prosząc by aktywistki "przestały manipulować, opowiadając głupoty". Lekarze zapewniają, że nawet przy selektywnej terminacji jednego płodu w ciąży mnogiej, obumarły płód pozostaje w macicy.

"W przypadku ciąży mnogiej na żadnym z etapów niezależnie od trymestru nie usuwamy martwego płodu z macicy. Takie postępowanie prowadziłoby do utraty ciąży. W pierwszym trymestrze spotykamy się z zespołem znikającego bliźniaka (vanishing twin syndrome), najczęściej między 5 a 9 tygodniem ciąży. Dotyczy to nawet 30 proc. ciąż mnogich. Na tym etapie dochodzi do "wchłonięcia" tkanek płodu. W kolejnych trymestrach również może dojść do obumarcia płodu, ale na tym etapie dojdzie do maceracji tkanek, nie gnicia. Taka ciąża jest ciążą wysokiego ryzyka, ale postępowanie jest zawsze wyczekujące, bo szansa na urodzenie zdrowego dziecka jest duża" - tłumaczy w swoim wpisie dr Anna Parzyńska, specjalistka położnictwa i ginekologii.

Podobne wyjaśnienie zamieszcza w sieci inna ginekolożka, opisując przypadek ciąży, w której jeden z płodów obumarł w 19 tygodniu ciąży, a drugie bliźnię urodziło się w 39 tygodniu w pełnym zdrowiu fizycznym.

"Postępowanie nie polega na natychmiastowym wydobyciu w magiczny sposób obumarłego płodu ani na zakończeniu ciąży. Postępowanie polega na ocenie kosmówkowości, czynników ryzyka powikłań, wykonaniu podstawowych badań i zaplanowaniu monitorowania dobrostanu pozostałego płodu i ciężarnej przez kolejne miesiące. Często do porodu. Jeśli dojdzie do obumarcia obu płodów postępowaniem z wyboru jest próba farmakologicznej indukcji poronienia. Nie mamy 'magicznej różdżki', którą usuwamy w 10 minut obumarłe ciąże. Indukcja może trwać od kilkunastu godzin do kilku dni" - czytamy we wpisie lekarki.

Do sprawy odnosi się pełnomocniczka rodziny zmarłej kobiety.

- W sieci zaroiło się od wpisów na temat procedury postępowania z ciążą bliźniaczą. Są one cenne poznawczo jako reguła "co do zasady". Nie biorą jednak pod uwagę ówczesnego stanu zdrowia fizycznego i psychicznego pacjentki, który osobiście oceniam jako fatalny. Pani Agnieszka trafiła do tego szpitala, bo czuła się bardzo źle i te obawy nie ustępowały, a wyniki badań nie były prawidłowe - mówi mec. Kamila Ferenc.

W swoim wpisie dr Anna Parzyńska zaznacza, że jeśli istnieją medyczne wskazania do zakończenia ciąży związane ze stanem zdrowia kobiety ciężarnej wtedy z przerwaniem ciąży się nie czeka. "Chyba że pacjentka nie zgadza się na zaproponowane postępowanie" - dodaje lekarka.

"Ryzyko sepsy jak kula śniegowa"

Zdaniem mec. Kamili Ferenc pani Agnieszka nie mogła się z czymkolwiek nie zgodzić, bo nikt niczego jej nie proponował.

- A błąd, bo w przypadku jakiejkolwiek ciąży obumarłej wewnątrzmacicznie ryzyko zakrzepicy jak i również wtórnie sepsy rośnie znamienicie. Taka pacjentka, która straci ciąże i dojdzie do obumarcia płodu zawsze jest w grupie ogromnego ryzyka wyindukowania zespołu DIC (zespołu rozsianego wykrzepiania wewnątrznaczyniowego - przyp. red.) albo zgonu z powodu sepsy - tłumaczy Interii dr Jacek Tulimowski, ginekolog-położnik. 

- Kaskadowość tych procesów to jest tzw. efekt kuli śnieżnej. Na początku możną ją jakoś zatrzymać, natomiast w momencie gdy ona się rozrośnie, nie ma już możliwości, żeby ten proces zahamować i w większości kończy się tragicznie - dodaje ginekolog.

Jego zdaniem winę ponosi system, bo mimo zapewnień, lekarze nadal w takich sytuacjach nie do końca wiedzą, co mają robić.

- Po głośnej historii pani Izabeli zostaliśmy, jako lekarze ginekolodzy-położnicy, poinformowani, że szanowne gremium naszych decydentów ułoży czytelny zakres postępowania dla lekarzy pracujących na oddziałach ginekologiczno-położniczych, żeby nie doszło do ponownej sytuacji związanej z możliwością zgonu pacjentki ciężarnej z powodu patologii rozwojowej jest dziecka. Ale żadnego algorytmu nie ma - mówi dr Jacek Tulimowski.

I dodaje: - Poprzednio był kubeł zimnej wody, teraz spotkał nas następny, wniosków jak zwykle nie ma żadnych. Jeżeli dzisiaj zaistnieje taka pacjentka w Głuchołazach, Szczytnie czy Kaliszu, to młodzi ludzie, którzy tam pracują znowu zostaną pozostawieni sami sobie i znowu będą się zastanawiać jak mają wybrnąć z sytuacji, żeby im nie umarła matka, ale żeby i oni nie poszli do więzienia - mówi dr Jacek Tulimowski.

- Przypominam, że mimo snutej narracji, prawo ciągle stawia wyżej zdrowie i życie kobiety niż życie płodu. Tutaj nie ma wątpliwości. Tylko lekarze często nie mają odwagi żeby je zastosować. Obawiają się, że to zostanie nie zrozumiane, bo ciągle mamy kult płodu i wielu środowiskom wydaje się, że płód ma równy status co kobieta, a czasami nawet ważniejszy. Tyle, że jest wręcz przeciwnie - mówi mec. Kamila Ferenc, prawniczka Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. - Chyba że pacjentka mówi: ratujemy płód, to wtedy szanujemy wolę pacjentki. Ma prawo poświęcić swoje życie dla płodu, ale to musi być jej decyzja. W przypadku pani Agnieszki nie znalazłam w dokumentacji medycznej żadnych śladów, aby ona taką decyzję podjęła - dodaje pełnomocniczka męża zmarłej 37-latki.

"Szwagier błagał, żeby ratowali siostrę nawet kosztem ciąży. Będziemy szukać sprawiedliwości"

W sprawie śmierci pani Agnieszki trwa postępowanie prowadzone przez Prokuraturę Okręgową w Częstochowie. Rodzina złożyła też skargę do Rzecznika Praw Pacjenta.

Siostra pani Agnieszki nagrała wczoraj krótki film, w którym podkreśla, że poprzez nagłośnienie sprawy chcą "ochronić inne kobiety w Polsce przed podobnym losem".

- Mąż Agnieszki, a mój szwagier błagał lekarzy, by ratowali mu żonę, nawet kosztem ciąży. Do końca miałam nadzieję, że wyjdzie z tego. Nie mogę uwierzyć w to co się stało. Do szpitala idzie się po to, aby dostać pomoc, a nie żeby umrzeć. Jak jest się w ciąży to powinno się mieć jeszcze lepszą opiekę. Bardzo potrzebujemy sprawiedliwości i będziemy jej szukać - zapewnia w nagraniu. 

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy