Reklama

Reklama

Nie ma winnych śmierci górników. Wdowa: W kopalniach obwinia się zawsze ofiary

- Najgorsze chwile to te, kiedy nasza czteroletnia córka budzi się rano i płacze, że chce do nieba. "Bo tam jest tata". I poczucie, że chociaż mąż umierał pod zwałowiskiem, nie mogąc złapać tchu, nikt za jego śmierć nie odpowiada - mówi Magdalena Broncel. Wdowa po górniku z kopalni Mysłowice-Wesoła nie umie się pogodzić z tym, że chociaż urząd górniczy znalazł szereg nieprawidłowości, kilka dni temu prokuratura sprawę ubiegłorocznego wypadku w kopalni umorzyła. - Wiedziałam, że winę zrzucą na zmarłych. Dlaczego? Bo w kopalniach tak się robi - przyznaje w rozmowie z Interią wdowa po jednym z dwóch górników, którzy 4 marca 2021 roku stracili życie w mysłowickiej kopalni.

Łukasz Broncel pracował w kopalni Mysłowice-Wesoła ponad 10 lat. 

- Mąż lubił pracę w kopalni. Tylko się jej bał. Widział kiedyś ludzi poparzonych po wybuchu metanu. Wiedział, co w kopalni może się wydarzyć - opowiada Magdalena Broncel, żona zmarłego górnika.

"Nie było żadnych zabezpieczeń. Bezpośrednio nad ich głowami wisiał strop"

4 marca 2021 roku 33-letni Łukasz Broncel razem z innymi górnikami pracował od godziny 13:00 w rejonie sekcji obudowy zmechanizowanej nr 94 na poziomie 665 m.

- Obudowa zmechanizowana to te "klatki", które podtrzymują strop, zabezpieczają wyrobisko przed naciskiem skał stropowych. Składa się z całego rzędu tzw. sekcji. Ta, przy której tego dnia pracowali górnicy, była nierozparta. Co oznacza, że między sekcją a stropem została pustka - tłumaczy Magdalena Broncel.

Reklama

Tego dnia jej mąż i dwóch innych górników wykonywali obudowę indywidulną

- Takie tymczasowe, dodatkowe zabezpieczenie, które się stawia, potem rozbiera i przenosi w kolejne miejsce urobku. Wnęka, w której się w czasie tych robót znaleźli, to najbardziej niebezpieczne miejsce, ponieważ dopóki nie skończą obudowy, wszystko wisi bezpośrednio nad ich głowami - tłumaczy żona górnika.

"Wszyscy słyszeli, nikt nie zareagował"

To co stało się około godziny 16:00 ciężko zrozumieć.

Pomimo, że skrajne sekcje obudowy zmechanizowanej nie zostały przebudowane do bocznej ściany wyrobiska, a obudowa indywidualna nie była jeszcze gotowa, górnik przodowy wydał kombajnistom polecenie rozpoczęcia urabiania ociosu węglowego kombajnem.

Z raportów powypadkowych dowiemy się później, że było to absolutnie niezgodne z ustaleniami technologii prowadzenia robót.

- Polecenie wydano przez urządzenie głośnomówiące. Słyszał je sztygar zmianowy. Myślę, że nadsztygar też. Nikt nie skorygował decyzji przodowego, nie wstrzymał prac. To było niewyobrażalne narażenie górników na niebezpieczeństwo. Zabezpieczenia nie było, a do tego kombajn zaczął fedrować, co wywoływało dodatkowe wibracje - mówi pani Magdalena.

O 16:28 skały stropowe runęły. Pod zwałowiskiem znalazło się czterech górników. Dwóch zostało rannych. Ciała Łukasza Broncla i górnika przodowego Marka Ł. wydobyto po dwóch godzinach akcji ratunkowej. O 18:35 lekarz stwierdził ich zgon.

"We śnie zemdlałam. W rzeczywistości byłam w takim szoku, że chciałam iść wieszać pranie"

Lista obrażeń Łukasza Broncla była długa. Od wielokrotnych złamań żeber, stłuczenia płuc, po złamanie kręgosłupa z uszkodzeniem rdzenia kręgowego. Przyczyną zgonu górnika stało się "uduszenie gwałtowne w następstwie unieruchomienia tułowia i klatki piersiowej, prowadzącego do braku możliwości wykonywania ruchów oddechowych".

- Mój mąż nie zmarł natychmiast, tak jak ten drugi górnik. On po prostu nie mógł zaczerpnąć powietrza. To mnie dobiło. Bo najbardziej bałam się tego, że leżał i umierał świadomie. No i niestety moje obawy się potwierdziły - mówi pani Magdalena.

Chwilę, w której dowiedziała się o śmierci męża, pamięta w najdrobniejszych szczegółach.

- Pamiętam jak schodziłam z praniem po schodach, dzieci położyłam dopiero co spać. Ktoś zadzwonił do drzwi, zobaczyłam pana w garniturze. Wpuścić go nie chciałam, bo myślałam, że to jakiś akwizytor. Wtedy powiedział, że jest z kopalni. Jak weszli do środka, poinformowali mnie, że w kopalni był wypadek i mój mąż nie żyje - opowiada Magdalena Broncel.

I dodaje: - Kiedyś, jeszcze przed ślubem, miałam taki sen, że Łukasz zginął w kopalni. Bo na samym początku człowiek bardzo się boi. Potem człowiek przyzwyczaja się do tej myśli, że mąż wychodzi po prostu do pracy i nie myśli się o tym ryzyku. W tym śnie jak przyszli mnie poinformować, to ja od razu zemdlałam. W rzeczywistości doznałam jakiegoś szoku. W pierwszym odruchu chciałam iść wieszać pranie. Kompletnie irracjonalnie. Potem pojechałam z delegacją z kopalni do teściów, bo nie chciałam im mówić przez telefon co się stało. Jak mnie odwieźli, stanęłam na chodniku przed domem i uzmysłowiłam sobie, że w środku śpią dzieci, którym muszę za chwilę powiedzieć, że tata nie żyje. Wtedy to ja nie mogłam złapać tchu.

Łukasz Broncel osierocił dwoje dzieci. Karol miał wtedy rok, Emilka trzy lata.

Okręgowy Urząd Górniczy: Długa lista nieprawidłowości

15 grudnia 2021 roku, dziewięć miesięcy po wypadku, do sprawy odnosi się Okręgowy Urząd Górniczy w Katowicach. Akcję ratunkową ocenia pozytywnie jako przeprowadzoną "sprawnie i z zastosowaniem dostępnych środków". Co do reszty formułuje szereg zastrzeżeń.   

- Stwierdzili nieprawidłowości związane z eksploatacją ściany, w tym "naruszenie zasad prowadzenia urabiania ociosu węglowego kombajnem, przebudowy sekcji obudów zmechanizowanych i elementów obudowy indywidualnej". Napisali, że badanie okoliczności i przyczyn zdarzenia wykazało nieprzestrzeganie przez pracowników zatrudnionych w ścianie, w tym przez przodowego oraz osoby dozoru ruchu, szeregu ustaleń określonych w dokumentacji prowadzenia ruchu zakładu górniczego - cytuje orzeczenie kontrolerów pani Magdalena.

Urząd Górniczy wskazał złamanie konkretnych przepisów, wśród nich ten mówiący, że górnicy którzy widzą zagrożenie dla ludzi, zakładu górniczego lub jego ruchu zobowiązani są "niezwłocznie ostrzec osoby zagrożone i podjąć środki dostępne w celu usunięcia niebezpieczeństwa". A także zapisy instrukcji obsługi zmechanizowanej obudowy ścianowej, mówiące o tym, że górnicy mają "trzymać się z dala od obudów, które nie są rozparte", a przy eksploatacji obudowy "zabrania się wchodzenia i pracy w przestrzeniach, które nie są należycie zabezpieczone przed spadaniem skał stropowych".

We wnioskach końcowych eksperci napisali: "Dla wyeliminowania występowania przypadków łamania ustalonych zasad bezpieczeństwa, konieczne jest wdrożenie działań i metod dyscyplinujących, w celu zapewnienia prawidłowego nadzoru. Koniecznym staje się bezwzględne piętnowanie zachowań związanych z nieprzestrzeganiem przez pracowników ustaleń dokumentacji, określającej bezpieczne metody pracy, co musi skutkować ich natychmiastowym odsunięciem od wykonywania danych czynności".

Prokuratura: Odpowiedzialności karnej nie ponosi nikt

Zaraz po wypadku sprawą zajęła się także prokuratura.

- Można by się spodziewać, że po szeregu zastrzeżeń z raportu górniczego śledztwo zakończy się aktem oskarżenia. Nic bardziej mylnego - wzdycha Magdalena Broncel.

Kilka dni temu prokurator Daniel Bosak z Prokuratury Rejonowej w Mysłowicach śledztwo w sprawie wypadku umorzył. "Wobec braku znamion czynu zabronionego".  

- Całą odpowiedzialność zwalono na przodowego brygady. Co dla mnie jest o tyle dziwne, że byli tam także wyznaczeni sekcyjni, ale przede wszystkim sztygar i nadsztygar. Nadsztygar to jest jakby prezes, sztygar to dyrektor, a przodowy to kierownik. Tu odpowiedzialność za wydane polecenie przypisuje się tylko przodowemu, który zginął razem z moim mężem. A ci wyżsi rangą przecież też tam byli. Żaden z nich nie zareagował, nikt prac nie zatrzymał. Ale winnych formalnie nie ma - zauważa Magdalena Broncel.

To, że "sztygar powinien zareagować na możliwą do zidentyfikowania nieprawidłowość" umarzający śledztwo prokurator potwierdza, ale jego zdaniem "konstatacja ta nie wystarczy do przypisania sztygarowi odpowiedzialności za skutek, który nie został spowodowany wyłącznie przez to zaniechanie. W niniejszej sprawie nie sposób przyjąć, że sztygar z pewnością mógł rozpoznać grożące górnikom niebezpieczeństwo. (...) Splot zasygnalizowanych wyżej okoliczności i uwarunkowań prawnych pociąga za sobą niemożność przypisania winy jakiejkolwiek osobie za spowodowanie skutku w postaci narażania na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu pokrzywdzonych" - podsumowuje prokurator umarzając śledztwo.

- Godzinę wcześniej w pobliżu tej ściany był wstrząs. Dokładnie o 15:29. To jest kopalnia metanowa. A wstrząs jest wyraźnym sygnałem do tego, żeby zachować szczególne środki ostrożności. Ale go zlekceważono. Wszystko zlekceważono - mówi wdowa.

Kopalnia: "Błędy czynnika ludzkiego"

Swoje ustalenia czyni też kopalnia. Pytamy o nie rzecznika prasowego Polskiej Grupy Górniczej, Tomasza Głogowskiego. 

- Zgodnie z ustaleniami zespołu powypadkowego PGG S.A., badającego okoliczności niekontrolowanego obwału stropu, do tragedii w głównej mierze przyczyniły się błędy i nieostrożność związane z pełnieniem funkcji przodowego zespołu pracowników, czyli tzw. przyczyny osobowe, czynnik ludzki. W szczególności eksperci zwrócili uwagę na nieprawidłową kolejność wykonywanych robót, lekceważenie zagrożenia w postaci zawału skał stropowych i nierozparcie w danych okolicznościach sekcji obudowy zmechanizowanej nr 94 - mówi Interii Tomasz Głogowski. 

Podkreśla, że "odpowiedzialność przodowego wynikała wprost z zatwierdzonej dokumentacji, będącej podstawą prowadzenia robót". 

- Jednocześnie specjaliści ocenili, że niezależnie od stwierdzonego naruszenia przez jednego z poszkodowanych pracowników przepisów, nie można uznać, aby stanowiło ono tzw. wyłączną przyczynę wypadku. Jedną z przyczyn było bowiem zdarzenie geologiczne z zakresu ryzyka towarzyszącego każdej eksploatacji górniczej w postaci obwału skał stropowych - zapewnia rzecznik spółki. 

Dodaje, że zespół powypadkowy PGG S.A. nie stwierdził, aby do wypadku doszło w związku z "nieprzestrzeganiem przez pracodawcę przepisów prawa pracy, BHP lub innych dotyczących ochrony życia i zdrowia".

Magdalena Broncel tylko wzdycha. 

- Po pogrzebie siedzieliśmy z tatą, który też jest górnikiem, analizowaliśmy wszystkie dokumenty, protokół z wypadku, zastanawiając się co z tym zrobią. Szczerze? Wiedzieliśmy, że winą obarczą ofiary. Dlaczego? Bo tak się w kopalniach robi - nie kryje smutku. - I nie, obwał nie jest czymś normalnym w kopalni. Gdyby tak było, mielibyśmy pogrzeby co tydzień - ocenia wdowa. 

Mimo upływu czasu, nie umie się pogodzić z tym, że nie ma winnych śmierci jej męża. Zaznacza, że jej celem nie jest "wsadzanie nikogo do więzienia".

- Nie chcę nikomu niszczyć życia. Chcę tylko wiedzieć, kto odpowiada za ten wypadek. Dla mnie nie jest to tylko przodowy, który zginął. Chcę żeby ta osoba przyszła i mnie przeprosiła. Żeby popatrzył na moje dzieci, zrozumiała co zrobiła i żeby następnym razem, dwa razy się zastanowił, zanim pośle ludzi do takiej roboty - mówi pani Magdalena.

Donos do prokuratury. "Nadgodziny? Przodowemu odmówić można tylko raz"

Już po wszczęciu śledztwa do prokuratury wpłynęło anonimowe pismo informujące o warunkach, w jakich osoby sprawujące dozór górniczy w KWK Mysłowice-Wesoła wykonują swoje obowiązki. Autor donosu zarzucał osobom zarządzającym kopalnią "zmuszanie pracowników do wykonywania prac w godzinach nadliczbowych."

W raporcie urzędu górniczego dotyczącego wypadku z 4 marca 2021 roku odnajdujemy informacje, że Marek Ł. - zmarły górnik przodowy - w okresie 30 dni poprzedzających wypadek przepracował 48 godzin nadliczbowych. Łukasz Broncel - 24. A dwaj ranni górnicy odpowiednio 32 i 48.

- W przodku to wygląda tak: jeśli przodowy potrzebuje kogoś do roboty na weekend, to można odmówić. Raz. Bo jak się drugi raz odmówi, to już się nie idzie do przodka, tylko na tyły. Mój mąż pracował praktycznie każdą sobotę, czasami i niedzielę, plus normalnie w tygodniu - mówi Magdalena Broncel.

Wszczęcia śledztwa w sprawie zmuszania górników do nadgodzin, odmówiono "z uwagi na brak danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia czynu".

- O tym, że w kopalniach są nieprzestrzegane przepisy, wie każdy. Mój mąż nieraz opowiadał takie historie, że włos na głowie się jeżył. Tam było ciągle parcie na robotę. Żeby jak najszybciej, jak najwięcej wydobyć. I to pewnie też był powód tego wypadku, w którym zginął Łukasz - dodaje wdowa.

"Staram się nie mieć żalu. Najtrudniejsze przychodzi wtedy, kiedy dzieci płaczą za tatą"

Na końcu umorzenia prokurator pisze: "Na marginesie warto jednak wskazać, że brak odpowiedzialności karnej za przyczynienie się do powstania skutku w żadnym wypadku nie wyklucza możliwej odpowiedzialności cywilnej (...) bowiem warunki przypisania sprawcy skutku w prawie karnym są bardziej restrykcyjne niż w prawie cywilnym".

- Jak do sprawy wypadku podeszła kopalnia? Przez pierwszy miesiąc jak było dużo formalności, spraw do załatwienia, to miałam wyznaczoną przez kopalnię opiekunkę. Wszędzie ze mną jeździła. To była duża pomoc. A po pogrzebie? Nie ma z nimi w ogóle kontaktu - opowiada pani Magdalena. - Finansowo? Wypłacili mi z góry ustaloną kwotę, jaką dostaje, zgodnie z uchwałą kopalni, rodzina każdego pracownika, który uległ śmiertelnemu wypadkowi przy pracy. Kiedy prawnicy wystąpili z przedsądowym wezwaniem do zapłaty odszkodowania w procesie cywilnym, bo Łukasz sam sobie na głowę tego stropu nie zrzucił, odmówili.

Wdowie pozostaje droga sądowa. Już wie, że w jej okolicy, za śmierć męża pod ziemią, sądy zasądzają maksymalnie 200 tys. zł. Ofiary wypadków komunikacyjnych dostają dwa razy więcej.

- A ja o te pieniądze walczyć muszę. Nie dla siebie. Jestem młoda, mam zdrowe ręce, ale odszkodowanie ma być zabezpieczeniem dla dzieci. Bo one teraz mają już tylko mnie. Nie jest mi łatwo ze świadomością, co by było z Emilką i Karolem, gdyby i mi się coś stało. Bardzo na tym punkcie panikowałam, dlatego sporządziłam testament z oświadczeniem woli do sprawowania opieki nad moimi dziećmi, pełnomocnictwa. Najważniejsze teraz to zabezpieczyć dzieci - mówi pani Magdalena. 

Mówi, że stara się nie mieć żalu. Jedyne co czuje to samotność i bezradność.

- Najgorsze są te momenty, kiedy czteroletnia córka wstaje rano i płacze, że ona by chciała iść do nieba. "Bo tata tam jest". Ja córce nawet nie mogę powiedzieć, że jadę na rozmowę o pracę. Raz jej powiedziałam, to mnie z domu nie wypuściła. "Bo jak tata poszedł do pracy, to już nigdy nie wrócił" - opowiada Magdalena Broncel. - Karol zaraz po wypadku chodził po domu i ciągle szukał taty. Jak odebrałam z kopalni rzeczy Łukasza, to dawałam mu jego kurtkę. Przytulał się do niej i wtedy się trochę uspokajał.

- Ostanie w życiu słowa do męża? Życzyłam mu spokojnej pracy. I żeby jak zwykle dał znać, jak wyjedzie na powierzchnię. Bo mieliśmy taki system, że jak tylko wyjechał, zanim poszedł się kąpać, to puszczał sygnał, że żyje.

4 marca 2021 roku umówiony znak już się nie pojawił. 

Irmina Brachacz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy