Reklama

Reklama

NFZ wylicza, ile kosztuje leczenie pacjenta. Lekarze o refundacji: System chory i opresyjny

2,6 tys. zł. Tyle wyniósł średni koszt leczenia jednego pacjenta w ubiegłym roku. Narodowy Fundusz Zdrowia opublikował raport, z którego wynika, że koszt refundowanych leków i świadczeń medycznych polskich pacjentów w 2021 roku sięgnął 83 mld zł. Jest mowa o konkretnych kwotach wędrujących do danych województw, są analizy, z których wynika, że środki przeznaczone na świadczenia dla 100 "najdroższych" pacjentów wystarczyłyby na leczenie ponad 57 tys. lżej chorujących. Interia sprawdza, w których regionach Polski refundacja jest najwyższa. I pyta środowisko medyczne, jak opublikowane dane przekładają się na lekową sytuację Polaków.

Refundacja to jeden z tych tematów, który rozgrzewa Polaków do czerwoności. Zwłaszcza gdy niezbędny lek okazuje się nierefundowany, rodzice zbierają miliony na leczenie dla umierających dzieci, albo wtedy, kiedy dany preparat refundują prawie wszyscy wokół, tylko nie Polska.

Narodowy Fundusz Zdrowia w raporcie "Wydatki na leczenie w 2021 roku i solidaryzm społeczny" podsumowuje refundację świadczeń i leczenia pacjentów w ubiegłym roku. Statystyki wskazują, że nie jest źle. A jak jest w rzeczywistości?

2,6 tys. zł na pacjenta. Od niecałych 2 do 12 mld zł na województwo

NFZ wylicza, że na świadczenia medyczne i leki, "które można dopasować do konkretnego pacjenta lub świadczenia", fundusz wydał w 2021 r. blisko 83 mld zł. Średnio koszt leczenia jednego pacjenta przekroczył 2,6 tys. zł. Pięć lat temu był niższy o 400 zł.

Reklama

Najniższy średni koszt leczenia pacjenta zanotowała Wielkopolska. Tu na jednego chorego przypadło 2 557 zł. Zaraz za nią uplasowało się województwo lubuskie z kwotą 2 560 zł. Różnica między nimi jest taka, że koszt całej ubiegłorocznej refundacji w Wielkopolsce to 7,41 mld , a w lubuskim - 2,09 mld zł.

Najwyższą średnią zanotowało województwo śląskie z kwotą 2 758 zł na pacjenta. Całkowita refundacja na Śląsku to 10 mld zł. Pod względem kwot przeznaczonych na refundację, wyżej jest tylko Mazowsze: 12 mld zł. Średnia wartość refundacji na pacjenta w tym województwie to 2 748 zł.

Najmniej w ubiegłym roku na refundację wydano w województwie opolskim - 1,95 mld zł (na pacjenta 2 614 zł). Mniej niż 3 mld zł kosztowała refundacja w lubuskim, świętokrzyskim, na Podlasiu, Warmii i Mazurach. Powyżej 5 mld zrefundowano w pomorskim, łódzkim, na Dolnym Śląsku czy w Małopolsce, gdzie roczny koszt refundacji to 7,4 mld zł.

Najdrożsi? Dzieci vs. emeryci

Analitycy porównali też wiek i płeć pacjentów z kosztami ich leczenia. Na stronie Narodowego Funduszu Zdrowia czytamy, że "najwięcej środków na leczenie NFZ wydaje na pacjentów w grupach: 0-4, 60-64, 65-69 i 70-74". Najwięcej, czyli ile?

Z analizy wynika, że o ile średni koszt leczenia chłopców z grupy 0-4 lata to w przeliczeniu na pacjenta nieco ponad 2 tys. zł za osobę (u dziewczynek z tej grupy wiekowej to 1,8 tys. zł), to już średnia refundacja u mężczyzn z grupy 75-79 lat wyniosła 6,9 tys. zł na osobę (u kobiet z tej samej grupy wiekowej - 5,3 tys. zł) i jest to najwyższa średnia wartość refundacji w przeliczeniu na pacjenta. Patrząc na ogólną wartość refundacji świadczeń i leków w 2021 roku, rekordzistami zostali mężczyźni z grupy 65-69 lat. Fundusz wskazuje tu kwotę 5,28 mld zł.

Średnio powyżej 4 tys. zł na osobę, czyli dwa razy więcej niż na statystyczne maluchy, NFZ "wydaje" na refundowane świadczenia i leki mężczyzn z grupy 60-64 i leczenie obu płci powyżej 65. roku życia. W każdej ze starszych grup zawsze średnio więcej na mężczyzn niż na kobiety.

Przykłady? Średnia u mężczyzn między 70. a 74. rokiem życia to 6,1 tys. zł. U ich rówieśniczek - 4,6 tys. zł. Refundowane świadczenia u mężczyzny z grupy 75-79 lat to wspomniane, rekordowe 6,9 tys. zł. Kobiety z tych samych roczników uzyskały statystycznie refundację o 1,6 tys. zł niższą.

Te dane, zdaniem specjalistów, potwierdzają znaną od lat regułę, że kiedy mężczyźni przychodzą do lekarza, ich choroba jest już w stadium co najmniej zaawansowanym.

Refundacja: Polska na tle krajów Grupy Wyszehradzkiej. Jakie wnioski?

- To są dane, które tworzą pewną refleksję, chociażby o tym, o czym głośno mówimy, czyli rozszerzaniu pewnych programów profilaktycznych. Niewątpliwie starsi mężczyźni to grupa, która się nie leczyła wcześniej, nie diagnozowała i która w związku z tym generuje duże koszty systemowe w zakresie onkologii czy chorób układu krążenia - mówi dr Michał Sutkowski, prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych.

Zaznacza, że chociaż nie każdy przypadek jest jednoznaczny z brakiem wcześniejszej profilaktyki, dane wskazują na pewną regułę, z której dobrze by było, wyciągnąć wnioski. - Być może należałoby podjąć jakąś dyskusję na temat różnego rodzaju chociażby ulg, dla osób które wykazują pewien stopień zainteresowania swoim zdrowiem wtedy, kiedy ono jeszcze nie jest na etapie choroby - dodaje dr Sutkowski.

24,5 mld zł dla 1 proc. populacji naszego kraju. "Duże zaskoczenie"

Z wyliczeń NFZ wynika, że środki przeznaczone na świadczenia dla 100 "najdroższych" pacjentów wystarczyłyby na leczenie ponad 57 tys. "średnich". Słowem "najdroższy", na potrzeby raportu, analitycy określili pacjentów, za których leczenie NFZ zapłacił najwięcej. Jednocześnie są to najciężej chorzy pacjenci, którzy wymagali np. kosztownych terapii.

Filip Urbański, zastępca dyrektora Departamentu Analiz i Innowacji w Centrali NFZ, zauważa, że najnowsze dane potwierdzają, że znacząca część środków jest przeznaczana jest na dość niewielką liczbę pacjentów.

- Ciekawy jest fakt, że w analizowanym obszarze, jak w wielu innych, obserwujemy tzw. zasadę Pareta: 80 proc. budżetu jest przeznaczane na potrzeby zdrowotne 20 proc. najbardziej potrzebującej populacji. Muszę przyznać, że wniosek z analizy rozkładu kosztów na populację jest dość zaskakujący. Okazuje się, że niemal 24,5 mld złotych przeznaczamy na świadczenia dla - uwaga - 1 proc. populacji mieszkańców naszego kraju - zauważa Urbański.

Lekarze: System opresyjny i skomplikowany

Co te dane oznaczają dla pacjentów? Czy dostając diagnozę o chorobie możemy się czuć bezpieczni?

- Same liczby nic nie znaczą - komentuje Marek Twardowski, wiceprezes Porozumienia Zielonogórskiego. - Liczby służą temu, żeby pokazać, jak wielki wysiłek wykonało państwo na rzecz pacjentów. Tylko że to nieprawda. Cały czas nie ma troski o pacjenta i nie ma troski o to, żeby uprościć w systemie ochrony zdrowia pracę lekarzy i farmaceutów względem pacjenta. Bo za wszelką cenę próbuje się oszczędzać, tylko o tym się nie mówi, a polski system refundacyjny różni się w sposób znaczący od sposobu rozumowania rozwiniętych krajów Europy i świata w zakresie, jak pomagać ludziom chorym - ocenia Twardowski.

Dr Michał Sutkowski, prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych podkreśla, że pacjenci kompletnie nie zdają sobie sprawy z tego, jaka jest cena zdrowia w Polsce. - Jak wygląda wycena świadczeń, jak wygląda koszt leczenia czy koszt osobowy pacjenta. My nie mamy ani kultury zdrowotnej, ani kultury opowieści o systemie opieki zdrowotnej. System jest zarządzany. Nie jest pacjentowi przybliżany. Nikomu się nie udało dotychczas opowiedzieć pacjentom o systemie. To jest wina wprowadzających zmiany. A to ważne, bo nie powinno to tak wyglądać, że tylko na barkach lekarza, ratownika czy pielęgniarki spoczywa ta opowieść - mówi dr Michał Sutkowski. 

Sam system określa jako skomplikowany i mało przyjazny. - W tym systemie źle czują się i pacjenci, i lekarze. System jest też opresyjny wobec lekarzy, bardzo często lekarzy rodzinnych, którzy nie mając zaświadczenia od lekarza specjalisty, (...) muszą wypisać pacjentowi lek na 100 proc., albo ryzykują karę finansową. A te są czasami absurdalne - zaznacza lekarz.

I dodaje: - Czasem trafiamy na rozsądnego urzędnika, który rozumie sytuację, ale czasem mamy do czynienia z urzędnikami, którzy nie rozumieją, że jak mamy 90-letniego pacjenta, który się dusi, to nie wyślemy go 25 km do pulmonologa po kartkę, tylko lekarz mu pisze leki, które pulmonolog zalecił pacjentowi półtora roku temu. I jeżeli pisze je na zniżkę refundacyjną, to ja go jako lekarza chwalę, bo pokazuje, że jest lekarzem, a nie nadmiernie surowym urzędnikiem. Ale nie zmienia to faktu, że w stosunku do NFZ, naraża się na odpowiedzialność - podkreśla dr Sutkowski.

NFZ: Realizujemy zasadę solidaryzmu społecznego. Lekarz: Solidaryzm? Nie istnieje

Przedstawiciele funduszu podkreślają, że dane refundacyjne pokazują, na czym polega w praktyce zasada solidaryzmu społecznego. Solidaryzmu, który, jak czytamy w podsumowaniu raportu NFZ, "sprowadza się do prostej zasady, że każdy obywatel, niezależnie od wieku, stanu zdrowia, płci i przede wszystkim niezależnie od wysokości płaconej składki zdrowotnej powinien otrzymać pomoc medyczną".

- Główną zasadą solidaryzmu społecznego jest bieżące finansowanie opieki zdrowotnej osobom chorym ze składki zdrowotnej, którą opłacają osoby zdrowe. To oczywiście duże uproszczenie, ale pokazuje mechanizm działania solidaryzmu - wyjaśnia Dariusz Dziełak, dyrektor Departamentu Analiz i Innowacji w Centrali NFZ.

Do zagadnienia solidaryzmu odnosi się w rozmowie z Interią Marek Twardowski. - Nie ma żadnego solidaryzmu społecznego - ocenia wiceprezes Federacji Porozumienie Zielonogórskie. - Solidaryzm społeczny polegałby na tym, że każdego pacjenta w Polsce stać byłoby na leczenie, które mu zaleci lekarz. Stać go? Nie. I to wszystko w temacie solidaryzmu. Bo solidaryzm polega na tym, że jest państwo, obywatele płacą podatki i składają się na leczenie pacjentów, żeby ludzie żyli dłużej. W związku z tym każdy obywatel powinien dostać lek, którym będzie się mógł leczyć. A jak jest? Wiadomo - mówi Marek Twardowski.

Dużo się zmieniło, ale jest jeszcze co robić

Plusy polskiej refundacji?

- Jeśli chodzi o samą refundację w ostatnich latach, to widać postęp. Są zmiany, jeśli chodzi o onkologię, kardiologię, diabetologię. To idzie w dobrym kierunku, ale nie oznacza to, że wszystko jest załatwione. Ustawa refundacyjna od lat ewoluuje, raz jest lepiej, raz jest gorzej, ale momentami jest absurdalnie. I na te absurdy wielokrotnie zwracaliśmy uwagę - zaznacza dr Michał Sutkowski.

Czy to oznacza, że całą ustawę refundacyjną należy wyrzucić do kosza? - Nie. Ustawa jako taka powinna funkcjonować, ale niewątpliwie powinna w wielu obszarach, pewnie także programów zdrowotnych, całej polityki lekowej być poddana krytycznej analizie - podkreśla prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych.

Radykalny w swej ocenie jest Marek Twardowski. - To jest chory system, który powinien być wreszcie zlikwidowany. W wielu krajach zupełnie inaczej podchodzi się do sposobu refundacji. Jeden z bardzo racjonalnych sposobów jest taki, że dane państwo określa, ile rocznie przeciętny obywatel jest w stanie udźwignąć wydatków na leki. I np. określa, że pacjenta ze swojej pracy czy emerytury jest stać na leki na poziomie np. 500 euro rocznie. Wszystkie apteki są w jednym systemie, wiedzą, ile dany obywatel już wydał. W momencie, kiedy dochodzi do 500 euro, wszystkie następne leki ma finansowane przez państwo. Może się bezpiecznie leczyć. To jest prawdziwy propacjencki system - podkreśla wiceprezes Federacji Porozumienie Zielonogórskie.

Obaj rozmówcy Interii wskazują na rolę, jaką w refundacji powinni pełnić medycy. - Dobrze by było, gdyby o refundacji w dużo większym stopniu decydował lekarz, jego kompetencje i ocena całościowa sytuacji, a nie tylko jakiś papier, który trzeba przynieść i dołączyć do dokumentacji. Bo to momentami jest kompletnie nieludzkie - ocenia dr Michał Sutkowski.

Irmina Brachacz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy